Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności”

Zmrożone, szare bruzdy ciągnęły się niemal po horyzont, przyprószone cienką warstewką szronu. Tu i ówdzie sterczały pod niebo rozcapierzone, powykręcane wierzby, ale Bakar Herrera nie patrzył ani na nie, ani na pole. Nie miał też czasu kontemplować płożącego się na horyzoncie lasu, który oddzielał szarość gleby od nieco tylko jaśniejszej szarości nieba. Bakar Herrera był w pracy.

Panuje mniemanie, że zapador myli się tylko raz. Bakar uważał je za nieco przesadzone, niemniej nie zamierzał na własnej skórze przekonywać się, ile pomyłek wytrzyma jego ciało. Dlatego też z najwyższą ostrożnością odkręcił pokrywę zagrzebanej w ziemi płaskiej puszki, po czym wsunął do środka cążki. Lekki opór i ciche kliknięcie świadczyły o tym, że drut zapalnika został przecięty. Oczywiście Bakar nie był już tak głupi jak kiedyś – wyjąwszy narzędzie spod pokrywy, nie odrzucał jej od razu w przesyconej ulgą radości. Wyjął z saszetki kawałek sznurka, chwycił jego dwa końce i przeciągnął delikatnie między puszką a pokrywą. Dopiero upewniwszy się, że nie ma więcej żadnego połączenia, postanowił odłożyć metalowy krąg obok.

Huk eksplozji wprawił w drżenie szarą glebę, rozszedł się falą wraz z drobnymi kamieniami i strzępami mięsa wyrwanego z ciała Bakara. Największy fragment trupa odskoczył w tył i zarył nienaturalnie wygiętą głową w bruzdę.

Po trwającej mgnienie oka chwili nad polem zapadła martwa cisza.

***

Dagr Gravetikke omiótł ponurym spojrzeniem zakład i westchnął. Następnie zaś odłożył okrwawioną głowę Bakara z powrotem na błyszczący stół ze stali nierdzewnej, na którym spoczywały pozostałe szczątki.

– Tylko problemy mam przez ciebie – mruknął z niechęcią. Odwróciwszy się do drzwi, zdjął okrągłe okulary w cienkich oprawkach i oznajmił czekającemu posłańcowi: – Niczego nie obiecuję.

Drugi z mężczyzn wzdrygnął się na dźwięk zgrzytliwego głosu Dagra. By ukryć tę reakcję, odchrząknął i strzepnął z szarej kurtki munduru niewidoczny pyłek.

– Jaki termin mam podać pułkownik Goizane? – zapytał, ostentacyjnie ignorując oświadczenie tamtego.

– Jaki chcesz. I tak go pewnie nie dotrzymam. – Gravetikke wzruszył ramionami. – Był za blisko wybuchu. Nawet nie wiem, czy to jest całość. – Zatoczył ręką łuk nad stołem ze strzępami mięsa. – A ja muszę mieć całość, jeśli mam coś zdziałać.

– Pułkownik jest skrupulatna, grabarzu.

– To nieważne. – Dagr wiedział, oczywiście, że w zwrocie „grabarzu” kryła się podtrzymywana od stuleci pogarda dla jego cechu, ale nie zamierzał dać się sprowokować. – Przy takiej eksplozji część mogła zwyczajnie wyparować. Musielibyście tu mieć cholernego Czarnego Mistyka, a nie, jak trafnie raczyłeś zaznaczyć, grabarza.

– Przekażę pułkownik Goizane, że obrobisz się w ciągu ziemskiej doby.

Posłaniec strzelił obcasami czarnych oficerek, odwrócił się na pięcie i opuścił zakład pogrzebowy, z trzaskiem zamykając potężne, obite żelazem drzwi.

Dagr fuknął i zmełł w ustach przekleństwo. Podkasał rękawy fraka, odłożył cylinder na wolny skraj stołu, po czym – bez większych nadziei – zaczął układać szklane paciorki wokół szczątków Bakara.

Nie czuł się najlepiej. I nie chodziło tylko o fakt, że robił coś, za co dawno już powinien być wykluczony z cechu. Lata temu przestał się tym przejmować. Teraz całkiem zwyczajnie źle się czuł. Nie umiał określić epicentrum bólu – może gnieździło się w głowie, może w żołądku. Stawy też jakby niechętnie poddawały się woli.

Przecierając spocone czoło przedramieniem, raz po raz mrugał gwałtownie, by przegnać sprzed oczu wirujące mroczki. To zdecydowanie nie był jego dzień.

***

Goizane Vela huknęła na poły własną, a na poły spiżową pięścią o biurko – pokój wypełnił się metalicznym pogłosem, który długo jeszcze dźwięczał w uszach posłańca. Od czasu tamtego okropnego wypadku z windą interorbitalną gniew pułkownik jeszcze bardziej dawał się we znaki otoczeniu.

– Nie życzę sobie! – zawołała Goizane, zmiatając z blatu projektor map. Maszyna z hukiem poleciała na ścianę, po zetknięciu z którą odskoczyło kilka blaszek. – Nie przyjmuję tego!

– Tak też mu powiedziałem, ma’am – zaczął posłaniec, mnąc w dłoniach furażerkę.

– To teraz ja mu powiem parę słów – warknęła pułkownik. Kilkoma długimi krokami przeszła pokój i dopadła wieszaka, z którego porwała brązowy płaszcz. Zakładając go po drodze, wciągając rękawiczki i dopinając pasek, przemaszerowała przez korytarz i zatrzymała się przed windą.

Zacisnęła pięść.

Od wypadku nie przepadała za tymi środkami transportu. A jednak na posterunkach nie było innego rozsądnego przejścia między poszczególnymi poziomami. Oczywiście, gdzieś ponoć istniały schody, ale stacjonujący tu żołnierze i personel zdawali się bardziej przyjmować to na wiarę, niż faktycznie wiedzieć, gdzie one mogą się znajdować. Biorąc pod uwagę rozbudowane systemy chłodzące i całą resztę bebechów, które musiały się kryć między pokładami, schody – jeśli rzeczywiście gdzieś się kryły – najpewniej ciągnęły się kilometrami.

Goizane nie miała tyle czasu. Szarpnęła za wajchę przy drzwiach, które z ociąganiem się rozsunęły, by zaraz połknąć wchodzącą kobietę.

*

Zakład pogrzebowy mieścił się na najniższym poziomie posterunku. Nikt już się tu nie wysilał na ukrywanie przewodów i wentylatorów w ścianach, toteż korytarze wypełniało dudnienie i od czasu do czasu wizg dodatkowych pomp. Grube szyby wizjerów, poznaczone szramami przez działka myśliwców, niezmiennie od czasów wojny straszyły pęknięciem. W ogóle wszystko tu, na dole, wyglądało, jakby utknęło w tamtym burzliwym okresie, kiedy jeszcze niektórzy łudzili się, że dla ludzkości jest nadzieja, ale większość myślała już tylko o tym, jak by opuścić planetę i urządzić się na jakiejś stacji.

Cóż, skoro niemal wszystkie stacje zniszczono w przydługim łabędzim śpiewie Ziemi. Te, które ominął pocisk, i tak straciły łączność, a z czasem i paliwo, toteż dryfowały teraz po orbicie wraz z setkami innych kosmicznych śmieci.

Posterunków takich jak ten krążyło nad martwą planetą kilkanaście, choć z upływem lat coraz więcej z nich przeobrażało się w blaszane grobowce. Mieszkańcy jednych próbowali urządzić się jakoś i zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Ale byli i inni, którzy usiłowali w nieustannym, rozkołysanym dryfie łapać otaczający ich złom, dotrzeć do niezakotwiczonych wind, a może nawet z ich pomocą przedostać się na powierzchnię, żeby spróbować tam odbudować cywilizację. Albo przynajmniej odbudować własny dom, dożyć swoich dni w spokoju, pod znajomym niebem.

Kimś takim była pułkownik Goizane i pozostali mieszkańcy Posterunku Scudo 3. Dlatego potrzebowali Bakara – dzięki niemu nie tracili ludzi. Mógł wytrzymać więcej i był, no… wielorazowego użytku.

Kimś takim natomiast zupełnie nie był Dagr Gravetikke. I w tym tkwił problem.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Jagna Rolska „Na początku był Człowiek”
Opowiadania Jagna Rolska - 23 sierpnia 2019

Tym razem mamy dla czytelników przedruk opowiadania Jagny Rolskiej, które pierwotnie zostało…

Dyskusyjny Klub Komiksowy w Sopotece
Komiks MAT - 22 lutego 2017

Jutro (23.02.2017) o godzinie 17.30 w Sopotece (ul. Tadeusza Kościuszki 14, Sopot) odbędzie się spotkanie Dyskusyjnego…

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!