Daniel Ostrowski „Agencja ds. Reklamy”

Proza życia: poniedziałek, piąta rano. Budzik wyje, a moja pierwsza świadoma myśl, nieodmiennie, jak każdego roboczego dnia, brzmi: i tak, kurwa, do zajebania. Do końca usranego życia. No dobra, do emerytury, ale to mi jakoś humoru nie poprawia.

No właśnie, budzik. No nic, trzeba sięgnąć, wymacać przyciski i wdusić właściwy. Zapewne byłoby bardziej dramatycznie, gdybym jednym zdecydowanym ciosem pięści rozbił obudowę i zmiażdżył bebechy mego porannego dręczyciela. I od razu – i akcja, i rys charakterologiczny mojej postaci: facet twardy, zdecydowany, męski, nieliczący się z konsekwencjami. Tyle, że nie bardzo mnie stać na zakup kilkudziesięciu budzików miesięcznie, wolę więc spokojnie wyłączyć sygnał budzenia i pozostawić urządzenie w stanie nienaruszonym. Wbrew odczuwanym emocjom, zaznaczam.

Dlaczego jeszcze uwielbiam te poranki? Gołe stopy poszukujące po omacku kapci na zimnej podłodze, zimna woda w kranie, zanim ten chromolony junkers wreszcie zaskoczy, i uczucie niesmaku ogarniające mnie, gdy przekrwione oczy osiągną wreszcie stan właściwej percepcji i ukażą mi w lustrze obraz mojej mordy.

Oto ja. Urzędnik niższego szczebla, nudna praca, szare lokum, rzęchowaty samochód, alimenty na karku. Kumpli brak, w zasadzie, bo pracowi się raczej nie liczą. I jeszcze pieprzony, dodatkowy dyżur w BOK-u, co jest takim drobniutkim bonusem od losu. Widać uznał, że codziennie flekowanie mnie nie wystarcza, jeszcze kopniak dla zdrowia i jedziemy.

 

Tytułem wyjaśnienia. Pracę może i mam niezbyt ambitną, ale ją lubię i uważam za potrzebną, a co najważniejsze – nieźle mi płacą. Pensja zasadnicza jest głodowa, ale nie ma tragedii. W lwiej części moje wynagrodzenie wynika z ilości załatwionych przeze mnie spraw. I choć nasza agencja działa ledwie dwa lata z małym hakiem, mamy dość dużo pracy. Zwykle w tygodniu jestem w stanie skutecznie sfinalizować średnio dwadzieścia do trzydziestu tematów. Obczajam, kwalifikuję i kieruję do dalszego postępowania. I z tego jest kasa! Zarabiam przyzwoicie, choć sporą część szmalu zabiera sobie moja była żona. Ale nie w tym problem.

Jest nim biuro obsługi klienta, najbardziej niepopularne miejsce w agencji. Nikt tam nie trafia z ulicy, co najwyżej akwizytorzy i żebracy, z rzadka jakiś oszołom. Mimo to zawsze któryś z pracowników musi tam siedzieć, bo choć dziewięćdziesiąt dziewięć procent spraw przychodzi drogą pośrednią: mejlem, faksem, telefonem czy listem, to jeden procent, przynajmniej w zamyśle, powinien trafiać do nas osobiście. I dla niego utrzymujemy na parterze mały punkt przyjęć. Nieważne, że to jedna wielka bzdura! I tak wszyscy pracownicy agencji muszą odbębniać dyżury, dwa obowiązkowe tygodnie w ciągu roku, według grafiku. Więc gdy siedzę w BOK-u, nie załatwiam żadnych spraw, za ten okres dostaję golutką pensję zasadniczą. Czyli – jest biednie.

Kiedyś mnie to wkurzało, ale się przyzwyczaiłem. Odbębniam swoje i już. Nawet mam z tego trochę zabawy, zBOKowy totek. To taka nasza mała rozrywka. Obstawiamy, ilu komu się trafi na dyżurze akwizytorów, a ilu żebraków. Stawki nie są wysokie, więc praktycznie wszyscy gramy, nawet szefu. Siedząc tutaj jestem wyłączony z gry, moim zadaniem jest tylko rejestrować szczegółowo wizyty w BOK-owym monitoringu. Mogę za to brać udział w grze głównej, którą nazywamy „Numerek”. Po pełnym roku, czyli gdy już wszyscy pracownicy odbędą swoje zBOKowe dyżury, wspólnie głosujemy na najbardziej chamską odzywkę sprzedaną akwizytorowi. Oczywiście, w numerek szefu nie gra.

Natomiast to, co teraz mnie najbardziej wkurwia, to fakt, że w tym roku swój dyżur, całe pieprzone dwa tygodnie, odbębniłem już w maju! Przemęczyłem już swoje! Niestety, nasz kolega, którego kolej właśnie wypadła, wylądował w szpitalu z jakimś ciężkim zatruciem i nie zanosi się na to, by szybko wrócił. Szefu musiał kogoś wskazać, urządził sprawiedliwe losowanie i wypadło na mnie. Szlag by to trafił!

Polazłem podyskutować, ale żadne protesty nic nie dały. Było losowanie? Było. Sprawiedliwe? Mucha nie siada, nie ma się do czego przyczepić, kupa ludzi gapiła się na ręce jego sekretarki, gdy ta z nabożną miną grzebała w „bębnie losującym”. Na każdego mogło paść. Pogódź się z tym i zapierdalaj. A poza tym zawsze jest możliwość, że jednak załatwisz w BOK-u jakiegoś klienta i… zgarniesz całą pulę!

No tak, zapomniałbym wspomnieć o najbardziej kuriozalnym aspekcie tej historii. Kiedy minęło pierwsze pół roku funkcjonowania naszej agencji i do biura obsługi klienta nawet pies z kulawą nogą nie przyszedł, pracownicy zaczęli sarkać. A to by zlikwidować biuro, że tracimy na tym i tak dalej. Ale szefu miał swoje prikazy, likwidować nie mógł, choć pewnie też by chciał. Przecież przez cały rok musi płacić temu czy innemu pracownikowi, który nic nie robi. Kij, że płacić mało, ale taki pracownik w tym czasie mógłby załatwiać sprawy. A przecież statystyka jest statystyką.

Więc szefu wykroił z funduszu premiowego kwotę w wysokości, pi razy oko, rocznego zasadniczego wynagrodzenia, zablokował to na osobnym koncie i powiedział, że to nagroda dla tego, kto pierwszy skutecznie obsłuży klienta w tym biurze. Pomysł nie był zły, tylko… nadal nikt nie przychodził. Szef wielokrotnie dokładał jakieś końcówki funduszu zwiększając w ten sposób stawkę, rosły też procenty na koncie. No, w każdym razie kwota zrobiła się wcale przyjemna.

Nagroda ta stała się naszą agencyjną legendą. Nowi pracownicy nawet chętnie przesiadywali w biurze, licząc, że to im trafi się ten pierwszy klient. Po jakimś czasie oczywiście każdy obojętniał, jak my, weterani agencji. A nagroda została, spuchła, objadła się naszymi nadziejami. I oczywiście była poza czyimkolwiek zasięgiem.

 

I w ten sposób wracamy do mnie. Siedzę sobie w malutkim pokoju, przez olbrzymią, brudnawą szybę obserwuję ludzi tonących w śniegowej chlapie, piję kawę i czuję boleśnie, jak pieniądze uciekają mi z konta. Skrupulatnie włączam nagrywanie przy każdej nudnej wizycie i zaznaczam w totkowym formularzu rodzaj odwiedzających. Proste: akwizytor, żebrak, pomyłka, inne. Klientów w naszym formularzu nie ma.

Najgorsze, że z tego wkurwienia nie mam dziś weny do fajnych odzywek. Bez słowa pokazuję wyjście ręką. Sflaczałem, ani chybi.

Między rzadkimi wizytami „interesantów” nic się nie dzieje.

Nudzę się.

 

Cichy syk otwieranych drzwi zewnętrznych przerywa znienacka stan zadumy nad katastrofami tego świata, mizerną kondycją polityków oraz kolejnym frapującym tekstem w stylu: pierś czy butelka – co jest lepsze dla matki i dziecka. Szybkim rzutem oka znad Wirtualnej Polski rejestruję faceta: płaszcz, garnitur, teczka. Akwizytor czy nie? Eeee, chyba nie… Pewnie przez pomyłkę tu wlazł, biznesmen jakiś. Wtacza się do środka, otrzepując zaraz za drzwiami buty z szarej brei, śmiałym spojrzeniem lustruje wnętrze i mnie – na samiusieńkim końcu. Chyba jednak akwizytor.

Ściągnij tekst: