Adam Cebula „Gawron czyli kruk”

Opowiadania Adam Cebula - 2 kwietnia 2012

Zostałem Przewodniczącym. Może i dobrze, ale chciałem być Prezesem. Siedzę teraz na ławce na rynku i gapię się na ptaki, które podłażą coraz bliżej. Może to też dobrze, ale zastanawiam się, niepokoi mnie to. Wcale mi się nie podobają. Wstałbym i poszedł sobie, lecz wtedy one się ostentacyjnie zerwą.  To może zostać źle odebrane! Mój Boże, trzeba uważać. Trzeba uważać, bardzo!  Kto by się na przykład spodziewał, że gawron to kruk, a kruk pewnie jest pod ochroną… Nigdy człowiek nie wie, z kim ma do czynienia… Ba… swoją drogą, jak można coś takiego przewidzieć? Tam choćby, gdzie się gapił Filip, nie było niczego oprócz niezbyt dużego, czarnego, latającego stwora. Naprawdę nic innego tam nie było!

W czym tkwi naprawdę problem, uświadomiłem sobie, przechodząc przez mały rynek. Oni karmili ptaki. Mało sympatyczne, czarne, wydające niepokojące, chrapliwe głosy. A jednak ludzie widzieli, jak wydzierają z bułek, które sami jedli, duże kęsy, jak im je rzucają, jak śledzą błyszczącymi oczami, ptaszyska chwytające w czarne dzioby kawałki jedzenia i odlatujące z nim gdzieś w ustronne miejsca. Dlatego przechodnie wkładali chętnie w wyciągnięte ręce drobne monety, które oni zamieniali na pokarm dla czarnych ptaków. Siedzieli na obrzeżu starej, kanciastej fontanny z granitu, na plikach starych gazet, cierpieli zimno i karmili te ptaszyska, oddając im z tego, czego sami mieli za mało. To było sedno problemu.

 

*****
 

Kiedy sobie to wszystko do kupy poskładałem, zrozumiałem, że nie sposób się pozbyć ptasiego wątku. Gdybym choćby miał opisać to, co widziałem, co właściwie było zwykłą, prawie codzienną czynnością, musiałem się do niego odwołać. Po prostu schodziliśmy się na umówione miejsce.  Dla postronnych pewnie to wyglądało na zlatywanie się czarnych skrzydlatych stworów. Nie umawialiśmy się przecież, ale wszyscy nosimy czarne długie płaszcze. Tak… To mogło wyglądać, jakby zlatywały się kruki. Albo gawrony. Rynek był prawie pusty. Punktualnie o szesnastej pojawiliśmy się w jego różnych miejscach i ruszyliśmy w jednym kierunku. Musieliśmy się w tych czarnych płaszczach mocno odcinać od kolorowych fasad zabytkowych kamieniczek. Nieliczni przechodnie oglądali się za nami. Był też jakiś prawdziwy czarny ptak. Siedział nad wejściem. Miałem wrażenie, że sprawdza, czy wszyscy jesteśmy. A gdy się przekonał, że jest komplet, powiedział „Ha!” i odleciał. Właśnie… nie kra, miałem wrażenie, że usłyszałem „ha”…

Czy to, co się stało, miało jakiś związek z naszym zebraniem w kawiarni? Może… Gdy dziś sobie o tym wszystkim myślę, to oczywiste jest jedynie czasowe, linearne następstwo zdarzeń. Przecież w końcu musieliśmy sobie o tym opowiedzieć, sprawa musiała wypłynąć na naszą wokandę wcześniej lub może jedynie nieco później. To, że upadło stanowisko Prezesa, a ja z konieczności zostałem Przewodniczącym – okoliczność z pewnością przygnębiająca, jeśli odwołać się choćby do naszych ideałów – było raczej wynikiem ogólniejszych uwarunkowań, a nie detalicznego przebiegu spotkania.  Choć właściwie mogło chodzić o jedno słówko: krakać. Prezes mówił, że ze wszystkiego najważniejszym jest skończyć z czarnowidztwem. Żeby przestać krakać. Na to krakanie nikt uwagi nie zwrócił, bo rzecz obracała się wokół tego, czy dawać, czy nie dawać bezdomnym. Pojawili się oni niedawno na mniejszym rynku. Pewien związek z kłopotem miał, fakt, tak naprawdę ten plac był wyraźnie większym od tego najważniejszego, gdzie stał ratusz i gdzie mieściła się kawiarnia Rajcowska, miejsce naszego zebrania. Tam, a nie tu, skupiała się większa część ruchu i naturalnie większa była publiczność.

Specjalnie nie konspirowaliśmy się, ale chyba każdy z nas wolał pogadać sobie swobodnie, bez skupionych spojrzeń w tle gdzieś za plecami, bez tych nadstawionych uszu, dziwnie precyzyjnie wychwytujących wszystko, co tyczyło się podwyżek czynszów, stawek za wodę lub wszelkich innych obciążeń – przecież niezbędnych dla funkcjonowania miasta. Wystarczyło słówko, a jegomość przechadzający się w okolicy ratusza całkiem przypadkiem zmieniał nagle kierunek marszu i bezbłędnie trafiał do kupieckiego cechu.

Ależ oczywiście, że nieformalna narada nie miała nałożonego tematu jałmużny. Mieliśmy pogadać o sprawie o wiele bardzie skomplikowanej, o wiele ważniejszej, a mianowicie, czy zacząć remont od ulicy Igiełkowej, czy też, jak sugerowali budowlańcy, Nożowej. Nożowa pasowała bardziej i taki był plan. Pan inżynier stwierdził, że trzeba podłączać, zapewne instalacje, w odpowiedniej kolejności, i ta odpowiednia to była najpierw Nożowa. Wszelako, na Igiełkowej miały być wybory i te wybory były zbyt poważnym argumentem politycznym, aby go nie przedyskutować. W zależności od wyniku albo będzie kłopot z tym remontem, albo nie. Niestety. Pafnucy przed spotkaniem zapytał Inżyniera. Inżynier zaś powiedział, że absolutnie nie ma co marzyć o przestawieniu kolejności, niezależnie czy jest to politycznie pożądane, czy nie. W innej niż inżynierska kolejności – remontu po prostu nie będzie. To właśnie nam zakomunikował i zamiast ożywionej dyskusji usłyszałem westchnienia i coś w rodzaju ,,tak, tak”. A skoro remont musiał się odbyć, jak się musiał, to rozmowa nieuchronnie weszła na to najpierw, jak ludzie są pozbawieni wyczucia sytuacji, że postępują wbrew i wszystko utrudniają, jak na przykład ci bezdomni. Musiało to wypłynąć. Każdy z nas pewnie wolałby uniknąć rozmowy o tym tu i teraz. Bo nie lubiliśmy w kawiarni rozmawiać o czymś, co dotyczyło nas osobiście. Lecz ponieważ Pan Inżynier wykazał się zupełnym brakiem zrozumienia dla politycznych realiów, taki rozwój wydarzeń był nie do uniknięcia.

Po kilku zdaniach chaotycznego wprowadzenia, w których jeszcze udawaliśmy, że ci wyciągający po jałmużnę swoje ręce oraz ptaki siadające wokół nich są na przykład nieistniejący, Prezes przyznał, że z tego może być problem. A skoro Prezes tak powiedział, to Filip zwrócił uwagę, że jak się zacznie im dawać, to oni, ci bezdomni, przyzwyczają się, żeby brać. No i już nie będzie można przestać. Dawać oczywiście. Tak zamiast o Igiełkowej, rozwinęła się zupełnie nieplanowana dyskusja. Nie byliśmy przygotowani na pytania, a i tezy były przypadkowe. Obracaliśmy się dość chaotycznie w naszych wypowiedziach wokół demoralizującego wpływu niekontrolowanego przekazu środków.   Pafnucy zaś natychmiast wykazał, że sprawy są jeszcze bardziej skomplikowane.

– To, moi panowie, jest w duchu neoliberalizmu. My właśnie występowaliśmy przeciw tym poglądom.

To… Czyli niedawanie jałmużny. Zabrałem głos w tej sprawie. Przypomniałem, że występowaliśmy. Przy czym nam chodziło o ochronę podstawowej komórki społecznej. Tu urwałem swoją wypowiedź. Tyle, co przypomniałem, było szczerą i czystą prawdą, więc o ile nie dodałem od siebie jakiś pochopnych wniosków, było jedynie wypełnieniem kronikarskiego obowiązku. Tak przynajmniej to sobie planowałem. Niestety… Moja ostrożność nie dorównywała ani trochę roztropności Przewodniczącego. Po tym, co powiedziałem, dyskusja potoczyła się w niebezpiecznym kierunku. Przecież z jednej strony bezdomny nie jest żadną podstawową komórką, a już na pewno nie społeczną. A z drugiej strony, jak by nie dawać, niedawanie wygląda okropnie! Niestety, okropnie! Bezdomny stoi najpierw z wyciągniętą ręką i wszyscy widzą, jaką ma nadzieję w oczach, a potem, jak się tę rękę odepchnie, odchodzi ze zwieszoną głową i wzdycha, czasami łzę uroni…

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Jacek Komuda „Opowieści z Dzikich Pól”
Patronaty F-ta Jacek Komuda - 8 września 2009

Brzęk szabel, błysk zbroi, pojedynki, kurhany, szubienice… Horror po sarmacku Kresy Rzeczypospolitej –…

Czat z Cardem
Aktualności Fahrenheit Crew - 21 sierpnia 2010

Informujemy, że 23 sierpnia gościem Wirtualnej Polski będzie Orson Scott Card. Ściągnij tekst:

Orhan Pamuk „Dom ciszy”
Fantastyka Fahrenheit Crew - 14 lutego 2009

Wydawnictwo Literackie Lata osiemdziesiąte XX wieku, stary rozsypujący się dom kilkadziesiąt kilometrów…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!