Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (3)

Opowiadania Daniel Ostrowski - 29 stycznia 2013

– Lubię science-fiction – odburknąłem.

– No i sam widzisz! I nie możesz przyjąć, że masz do czynienia z inteligencją pozaziemską? Czy to tak trudno zrozumieć? Przecież możesz sobie łatwo wyobrazić, a nawet wydedukować, że skoro przybywamy na waszą planetę bez wrogich zamiarów, musimy się najpierw upewnić, czy wy takowych nie macie. Musimy przez pewien czas was poobserwować, poznać język, nauczyć się podstawowych funkcji i zwyczajów. Bez tego nie moglibyśmy się z wami porozumieć.

Fakt, lubię science-fiction. Powiem więcej, wierzę w to, co się w takiej literaturze opisuje. Wiele  nowinek technicznych, które były wymysłem pisarzy pięć dekad temu, dziś są rzeczywistością. A nawet tam, gdzie technika być może nigdy nie doścignie poziomu, jaki wymarzył sobie pisarz, ciekawe jest obserwowanie ludzi zderzonych z zaawansowanymi warunkami życia, często wynaturzonymi i dla nas niewyobrażalnymi. Tylko, kurde, nawet w science-fiction jest więcej realizmu niż w siedzącym na moim stole szczurze, który tłumaczy mi, że właśnie odbębnia bliskie spotkanie trzeciego stopnia! Nie będzie mi tu gryzoń kitu wciskał!

–  Tere-fere! – Ruszyłem do werbalnego kontrataku, zapominając na razie o teorii nowotworowej. – Przybywa sobie inteligencja pozaziemska o wyższym stopniu rozwoju na planetę Ziemia, bada ludzkość, uczy się języka, po czym wysyła przedstawiciela na rozmowę ze mną! Szarym pionkiem, elementem równie szarej masy ludzkiej! Gdybyście nas tak dobrze poznali, jak twierdzisz, to wiedzielibyście, że gadać trzeba z kimś ważnym. Z przywódcami, z rządami, z ministrami chociażby!

– No fakt, tu mnie masz. – Szczur zasępił się nieco, ale zaraz z powrotem pogodnie się uśmiechnął. – Tylko widzisz, ja tu do ciebie wpadłem… nieoficjalnie. Nie jestem naukowcem ani przywódcą naszej wyprawy ani specem od komunikacji. Jestem…  kucharzem. Wiesz, jak to jest. –  Skrzywił się i pomachał łapkami. – Wszyscy w terenie, latają po planecie tam i z powrotem, tylko dane spływają do komputerów. A ty siedź sam na statku i czekaj. To sobie pomyślałem, liznę trochę tych danych i pogadam z jakimś kumatym tubylcem. I tak trafiłem do ciebie.

– A czym wytłumaczysz, że spośród kilku miliardów ludzi właśnie ja doznałem zaszczytu porozmawiania z tobą?

Szczur znacząco wskazał na starego i nieczynnego grundiga. Magnetofon szpulowy był zepsuty, a radioodbiornik tak haniebnie rozstrojony, że nawet nie podłączałem go do prądu. Ale wyglądał rewelacyjnie, wiadomo, te stare grundigi miały naprawdę fajny dizajn, no i że byłem bardzo do niego przywiązany, to stał sobie na kuchennej półce jako ozdoba, a prawdziwe radyjko stało za nim. A ja, włączając radio, udawałem, że nadal słucham grundiga. Wiem, wiem, jestem pokopany – żona mi to cały czas powtarza.

Tknięty dziwną myślą zajrzałem za mój skarb. Kabel, zwykle niedbale zwinięty przy tylnej ściance, znikał w wywierconym w płycie kuchennej szafki otworze, razem z bliźniaczym przewodem od ukrytego za grundigiem tajwańskiego radia. Zerknąłem jeszcze w szparę przy ścianie… Tak, obie wtyczki tkwiły w gniazdku. Widać Gocha podłączyła przy sprzątaniu. Ona naprawdę nie lubiła nieporządku.

– Ten… to twoje radio silnie reaguje na nasze sygnały. W sposób bardzo wyraźny dla naszego sprzętu. Komputer zaraportował, przyjrzałem się… zobaczyłem, jak się męczysz z gotowaniem i trochę ci pomogłem. Telepatia. Tylko wiesz, takie wsadzanie myśli do waszych umysłów to rzecz bardzo skomplikowana i energożerna, przekaz holograficzny jest o wiele ekonomiczniejszy, więc pomyślałem, że wpadnę, przedstawię się i pogadamy. I może ci jeszcze sprzedam parę patentów na dobre żarcie.

Bingo! Szczur kosmita podpowiada mi, ba, uczy mnie gotować! I wszystko jasne!

– A co ty możesz, kurna, wiedzieć o naszym gotowaniu?

– A to akurat prosta sprawa. – Machnął lekceważąco ręką… czy łapką właściwie. – Po pierwsze, zdziwiłbyś się, jak zbliżone są nasze układy trawienne. Jemy praktycznie to samo i mamy bardzo podobne przyprawy. I gusta też! Po drugie, mam mnóstwo danych o waszej kuchni, moi kumple krążą po waszej planecie od paru miesięcy. Akurat na obserwację tak banalnych rzeczy, jak wasze gotowanie, nie mają czasu, ale podpięliśmy się do masy baz danych, no i do tej waszej sieci… Internetu, tak? Materiału mam mnóstwo, a nudząc się tutaj, w statku, wolę sobie poczytać o tym, na czym się znam. A po trzecie właśnie – jestem kucharzem! Może nie najlepszym, ale całkiem niezłym. W każdym razie – na pewno lepszym od ciebie.

Szczur patrzył na mnie znacząco. I zachęcająco. Klapnąłem ciężko na kuchennym krześle i oparłem łokcie na stole. Zawsze myślałem, że ktoś tam w górze musi być oprócz nas, że kiedyś pewnie uda się nam skontaktować. Ale właśnie ja, osobiście? Byłem rozbity i nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. No i czy mam temu gryzoniowi wierzyć? Czy jednak udać się do lekarza. Też niezbyt zachęcająca perspektywa, znając naszą służbę zdrowia.

– No dobra, stary, czas ucieka! – Mój gość zerwał się na równe nogi i zatarł z niecierpliwością łapki. – Co dzisiaj gotujemy? Co tam masz w lodówce?

–  Cielęcinę…

­– A co chciałeś z tym zrobić?

– Bitki jakieś…

– O nie, mój drogi. –  Pokręcił głową z dezaprobatą i spojrzał na mnie surowo. –  Nie marnujmy takiego dobrego mięska! Zrobisz pieczeń. Do roboty!

 

To się mogło tylko Monty Pythonom przyśnić. Ubrany w jakiś rodzaj spodenek i koszulki z krótkimi rękawami szczur o wzroście teriera biegał tam i z powrotem po szafkach kuchennych i po samej kuchence, wskazywał, doradzał i pomagał mi jak mógł. Muszę przyznać, że gdy pokonałem początkową niemoc i, nie ukrywam, również pewne obrzydzenie związane z obcowaniem ze sporym gryzoniem, współpraca układała się idealnie. I efekt też był bliski ideałowi.

Obiad był rewelacyjny, po prostu strzał w dziesiątkę. Co było tym większym sukcesem, że małżonka znienacka przyholowała na wyżerkę jakiś znajomych z pracy.

Szczur odwiedzał mnie teraz całkiem często. Przedstawił się jako Bob i upierał się przy tym imieniu, tłumacząc, że jego prawdziwe imię jest czymś w rodzaju odpowiednika Roberta, zaś skrócona angielska forma, najbardziej mu odpowiada. Gotowaliśmy razem, co i rusz sięgając do nowych przepisów i pomysłów na ich wariacje. Pomysły Boba nieodmiennie były świetne. Nawet wtedy, gdy nie trafiały w gust Gośki, przyznawała, że smak nowych dań jest ciekawy. Ona sama pytała mnie oczywiście o źródła mego kulinarnego, odkrytego znienacka talentu, ale cóż mogłem jej powiedzieć, prawdę? Uśmiechałem się więc tajemniczo – i gotowałem dalej.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

„Serca z Kamienia” – premiera dodatku do „Wiedźmina 3”
Gry MAT - 13 października 2015

Zgodnie z zapowiedziami CD Projekt RED, od dzisiaj (13 października) dostępna jest pierwsza z dwóch dodatkowych…

Nabór tekstów do magazynu „Biały Kruk”
Aktualności Fahrenheit Crew - 29 marca 2017

Nowo powstający Magazyn „Biały Kruk” organizuje nabór tekstów do pierwszego numeru czasopisma. Poszukiwane…

Majowa „NowaFantasyka”
Aktualności Fahrenheit Crew - 25 kwietnia 2013

Entropia, Obcy i my (05/2013)   Obecnie – twierdzi Paul Davies w świetnej książce…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!