Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów”

Występujące w tekście szczątki i kawałki przepisów kulinarnych stanowią radosny wymysł autora. Czytelników prosi się o zaniechanie prób ich stosowania i ostrzega, że czynić to mogą wyłącznie na własną odpowiedzialność.

PS. To o plackach ziemniaczanych z żółtym serem jest akurat prawdziwe, polecam.

 

Jestem mężczyzną wyemancypowanym.

Zaraz, zaraz, człowieku, o czym ty gadasz? W naszej rzeczywistości, kulturze, to mężczyźni byli i są płcią dominującą, uzurpującą sobie prawo do decydowania w zasadzie o wszystkim. To kobiety startują z gorszej pozycji i mimo wielu sukcesów nadal są gorzej traktowane. To kobiety dążą do równości płci, do zajęcia należnego im miejsca w historii, w społeczeństwie, w świecie. To kobiety mogą być wyemancypowane, nie mężczyźni!

A mimo to jestem mężczyzną wyemancypowanym. To znaczy – jestem mężem kobiety wyemancypowanej. Wszystko jasne?

Oczywiście to nie jest najprawdziwsza prawda. Feminizm mojej Gośki ściśle związany jest z obowiązkami domowymi. W skrytości ducha zawsze podejrzewałem, że nader chętnie zrezygnowałaby z pracy zarobkowej i pozwoliła pochłonąć gospodarstwu domowemu, gdybym tylko zdołał sam utrzymać naszą rodzinę na zadowalającym poziomie, pozwalającym w szczególności na urzeczywistnienie jej marzeń. W tym, co chyba najważniejsze, na regularne podróżowanie do mekki jej snów i fantazji – Francji. Ale zawód i praca nie dają mi takich możliwości. Wspólnie zarabiamy na nasze utrzymanie i wspólnie zajmujemy się domem. A to jest zarzewie konfliktów, przy którym, nawet przy mej wrodzonej ustępliwości, Bliski Wschód jest oaza spokoju.

Jestem więc mężczyzną wyemancypowanym, w każdym razie lubię tak o sobie myśleć, biorąc pod uwagę najzupełniej normalną skalę zjawisk zachodzącą w moim małżeństwie.

I przecież trzeba na coś zrzucić winę za to, że nasza cywilizacja stanęła na krawędzi zagłady, nieprawdaż?

 

Zaczęło się od lepienia pierogów. Takich zwykłych, ruskich. Walczyłem właśnie na froncie farszu i z rosnącą irytacją próbowałem go wymieszać i przyprawić tak, by smakował choćby tylko znośnie, czując coraz większy lęk przed lepieniem. Które, jak powszechnie wiadomo, jest w pierogach tak ich istotą, jak i największą zmorą wielu kucharzy, w tym sporej liczby początkujących w pierogarskim rzemiośle, z niżej podpisanym włącznie.

Lepienie pierogów było początkiem drugiego etapu mojej kariery domowego kucharza. Pierwszy był łatwy. Gdy po miesiącach mniej lub bardziej intensywnych kłótni i pretensji o prace domowe, o mój zbyt mały w nich udział – pretensji nieuzasadnionych, pozwalam sobie zaznaczyć – moja małżonka postanowiła wreszcie zrealizować wcześniejsze groźby wprowadzenia rygorystycznego podziału zadań, nie marudziłem specjalnie. Nie lubię sprzeczek i cichych dni, wolałem więc dostosować się, płacąc tym samym za upragniony i z dawna wyczekiwany spokój.

Tak, tak, byłem pantoflarzem, i to przez duże P. Nie takim, który tak sobie zwyczajnie realizuje dyspozycje małżonki, czyli robi, co ona mu każe. I nie dlatego, że on jest taki układny i spolegliwy, iż żonine przekonania o słuszności takiego postępowania wnet przyjmuje za własne. Tego zresztą, szczerze mówiąc, nie uważam za pantoflarstwo. To jest najzwyczajniejsza kolej rzeczy, kwintesencja małżeństwa i, nie boję się tego powiedzieć, sto procent tego, co facet może i powinien zrobić dla szczęśliwości stadła. Norma, znaczy się. O nie, prawdziwe pantoflarstwo to coś więcej! Prawdziwy pantoflarz robi to, czego chce żona, ZANIM ona zdąży swe pragnienia zwerbalizować! I robi to, mając pełne przekonanie o słuszności swych, przeciwstawnych małżonce, racji. A jego motywacją nie jest chęć zgodnego postępowania, tylko pragnienie uniknięcia marudzenia, jojczenia, mędzenia, pretensji, pitolenia, warczenia, smętkowania i cichych dni. Które zwykle, wbrew nazwie, wcale takie ciche nie są.

To właśnie ja, kwintesencja pantoflarza. I właśnie miałem przejąć obowiązki związane z przygotowywaniem posiłków.

Miało to, oczywiście, swoje plusy. Musicie wiedzieć, że moja szanowna małżonka jest sprzątaczką. Nie z zawodu, po prostu jako kobieta reprezentuje ten typ charakteru. Mam otóż teorię, że kobiety dzielą się na kucharki i sprzątaczki. Nie znaczy to, że muszą lubić jedno, a drugiego nie, po prostu jedna z tych funkcji zawsze będzie miała prymat nad drugą; czy to, jako lubiana bardziej, czy to też, jako nielubiana mniej. Co ciekawe, wszelkie moje rozmowy z kobietami na ten temat zdecydowanie potwierdzają tę teorię. Moja żona zaś, od kiedy pamiętam, wielką wagę przywiązywała do czystości i porządku oraz do czynności zmierzających do ich utrzymania, zaś gotowanie traktowała różnie, zwykle lubiła, ale i zdarzało się jej przy tym irytować.

Układ więc, zdawałoby się, idealny. Żona przejmuje w całości sprzątanie, mnie pozostaje tylko kucharzenie, co powinno być mi na rękę, bo gdyby zastosować powyższą teorię do mężczyzn, to ja zdecydowanie jestem kucharzem. Niestety jednak mam spore zaległości w tej dziedzinie. Choć nieprawdą jest, że kobieta wysysa gotowanie z mlekiem matki, to jednak jakoś tak wcześniej się zwykle do tego zabiera. Wcześniej, oczywiście, porównując z mężczyznami, którzy w ogóle zaczęli, bo z tymi niegotującymi nie ma porównania. A to oni stanowią większość!

Moje pierwsze, nieśmiałe próby gotowania czegokolwiek datują się na dość już zaawansowany i nie tak dawny, etap mojego życia. Studiów nie liczę, bo życie w akademiku nauczyło mnie jedynie gotowania kaszy lub ryżu oraz sosu z torebki. Pierwsze poważne gotowania zaczęły się, gdy już mieszkałem z moją ukochaną. A to sałatkę zrobić do obiadu, a to coś więcej: kotleciki mielone pod bacznym nadzorem przyszłej małżonki, schabowe, gulasz z kurczaka czy placki ziemniaczane z żółtym serem w ramach własnych eksperymentów kulinarnych. Udanych, dodam, co oczywiste, ale były też nieudane, że choćby wymienię placki ziemniaczane z tartą rzodkiewką, co wywołało reakcję pośrednią między niesmakiem a politowaniem. Był nawet taki okres, że małżonka z niejakim zadowoleniem stwierdzała, że na dwa tygodnie będzie się mogła z domu urwać, bo na tyle radzę sobie już w kuchni, że dzieci będą miały przez ten czas zróżnicowane obiady. Gdy już będziemy je mieć. Dzieci, znaczy się, nie obiady.

Gdy więc zostałem obarczony rolą kucharza, po początkowej obawie, czy dam radę codziennie po powrocie z pracy stanąć przed kuchenką i zapewnić ciepłe i smaczne obiady mojej rodzince, byłem raczej spokojny. To i owo umiałem zrobić, w czym problem?

Nie doceniłem jednak mojej Gośki. Gdy, zapytany, zdradziłem jej planowany jadłospis na kolejne dni, przerwała mi raptownie i oznajmiła, że ograniczanie się do potraw, które już umiem ugotować, jest absolutnie wykluczone. Że mam się uczyć nowych. I że najdalej za tydzień życzy sobie zjeść na obiad ruskie pierogi.

O zgrozo!

Toż nawet ona sama nie opanowała nigdy technologii kuchennej na tyle, by własnoręcznie wyprodukować to przednie danie. Kim jestem ja, marny, bym miał gotować rzeczy, których ona sama bała się zrobić? Byłem kompletnie załamany. To uczucie towarzyszyło mi u początków drugiego etapu kariery domowego kucharza.

Ściągnij tekst: