ISSN: 2658-2740

Emil Gieras „Kim jesteśmy?”

Opowiadania Emil Gieras - 17 lipca 2020

Mężczyzna dźwignął się na nogi i oparł o skalną ścianę. Z trudem oddychał gryzącym, palącym powietrzem. Starając się zachować spokój, lustrował otoczenie.

Przestronną, wysoką jaskinię oświetlała krwawa łuna sącząca się przez rosochate bruzdy, jakimi naznaczony był cały jej spąg. W powietrzu wirował leniwie czarny pył, rysując delikatne, drżące spirale przetykane wstęgami poszarpanego dymu. Było piekielnie gorąco. Cuchnęło siarką i rozgrzanym żelazem.

Mężczyzna zatoczył się. Z trudem ogniskował wzrok. Poszarpane skały straszyły ostrymi zębiskami, gdzieniegdzie lśniły złowrogo odbitym światłem, by w innym miejscu spiętrzać się w postaci jasnoszarej zastygłej piany. Na ziemi leżało kilka zielonoskórych trupów i trochę podróżniczego sprzętu w nieładzie.

Truchła nie budziły w nim żadnych emocji. Otrzepał się z piachu i okruchów żużlu. Obmacał pobieżnie członki i korpus. Czuł przerażające zmęczenie, to prawda, lecz poza tym nic go nie bolało, nie dostrzegł też żadnej kontuzji. Przeciągnął się, wyprostował do granic możliwości, aż coś chrupnęło mu w krzyżu, po czym zrobił kilka przysiadów. Wszystkie mięśnie i kości działały jak należy. Nasiliły się jedynie problemy ze złapaniem oddechu. Nienajgorzej, zupełnie nienajgorzej. Byłoby jeszcze lepiej – westchnął – gdyby pamiętał, kim jest i co tu, na bogów, robi. Tak, to byłoby całkiem wskazane.

Przyjrzał się sobie. W czerwonym blasku nadającemu wszystkiemu wygląd rdzy lub polerowanej miedzi widział zniszczoną tunikę sięgającą za kolana i wysokie, skórzane buty porządnej roboty. Szczupłe przedramiona zdobiły złote bransolety imitujące wijące się smoki, zaś wypielęgnowane dłonie – masywne pierścienie. Kasztanowe włosy, opadające na ramiona, miał poprzetykane kolorowymi paciorkami z kamieni szlachetnych i ażurowymi wałkami ze srebrnej nici. Uśmiechnął się w duchu. Był zamożny, wiedział o sobie przynajmniej tyle.

Podszedł do jednej ze szczelin w podłożu. Tak jak się spodziewał, głęboko pod nim kotłowała się magma, przelewając w niekończących się zapasach pasm czerwieni, czerni i złota, co i rusz strzelając w górę bukietem iskier. Góra Ognia, wnętrze wulkanu, to miejsce, do których człowiek nie trafiał przypadkowo, nie wybierał się też na wakacje z ukochaną czy piknik z okazji letniego przesilenia. Zapewne powierzono mu jakąś misję, sęk w tym, że nie miał pojęcia jaką.

Zmrużył oczy, na powrót przyzwyczajając wzrok do panującego półmroku i cieni tańczących na skalnych ścianach. Zielonoskórych trupów naliczył pięć. Na ich wielkich prostokątnych gębach, w których nie mieściły się długie, żółte zębiska, zastygły to dzika furia, to pośmiertny spokój. Ich muskularne ramiona zdobiły krwawe szramy, a wydatne kałduny – girlandy z kiszek. Swąd siarki na szczęście zagłuszał smród rozprutych jelit.

Jeszcze raz przyjrzał się swym dłoniom. Zdrowe i idealnie przycięte paznokcie pokrywał rdzawy osad, a krwawe liszaje sięgały dalej, aż do łokci.

– I w razie czego umiem się też bronić – mruknął do siebie szorstkim, obco brzmiącym głosem.

Wtem coś zachrobotało. Ciche jęknięcie odbiło się echem od stropu jaskini.

Mężczyzna instynktownie sięgnął do biodra, lecz nie znalazł tam żadnego ostrza. Błyskawicznie wypatrzył leżący w pyle zakrzywiony, długi nóż i schylił się po niego. Głowica idealnie leżała w ręce.

Pod przeciwległą ścianą gramolił się spod zielonego cielska, sapiąc z wysiłku, drugi człowiek.

– Paszoł won, bydlaku! – jęknął tamten, uwalniając się w końcu spod ciężaru wielkiego orka.

Gdy tylko się dźwignął, zastygł z wzrokiem wbitym w mężczyznę z nożem. Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu. Nowo obudzony miał na sobie skórzane wytarte portki, takąż kurtkę i wysokie buty, jednak gorszej roboty niż u tego pierwszego. Był też od niego znacznie niższy, za to szerszy w barach. Spod czarnych jak smoła, krzaczastych brwi błyszczały bystro duże oczy, ciemne, podobnie jak karnacja i gęsta krótka broda pokrywająca szczękę i policzki.

– Nie masz pojęcia, kim jesteś? – spytał wyższy. Tamten przytaknął po chwili zastanowienia.

– Mam rozumieć, że jest nas dwóch? – dodał niskim, zdartym głosem.

***

– Ri-zen? – wydukał niepewnie śniady. Siedział na ziemi ze skrzyżowanymi nogami naprzeciw drugiego mężczyzny. Od ponad godziny próbowali we dwójkę ustalić, kim są i co ich przywiodło do tego piekielnego miejsca. Na początku ustalili, co – biorąc pod uwagę okoliczności – było sprawą priorytetową, że nie rzucą się sobie do gardeł, a następnie, że nie opuszczą jaskini, dopóki nie uda im się odtworzyć otaczającej ich rzeczywistości z resztek wspomnień.

– Jesteś z Rizen? – ożywił się ten wyglądający na zamożnego szlachcica.

– Nie wiem. Taka nazwa kołacze mi się w głowie. Jest taka miejscowość?

– Tak, jest taka osada, daleko na południu. Jestem tego… niemal pewien.

– Zatem niech będzie, jestem z Rizen. Czyli możesz mówić do mnie Darizen.

– Południowiec Darizen. W porządku. Ja zaś…

– Paniątko z Północy. – Smagły mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Jego szczery uśmiech i szeroka poczciwa twarz budziły zaufanie i już nieraz podniosły rozmówcę na duchu. Tym razem jednak „Paniątko” zupełnie zignorował żart towarzysza i zapatrzył się we wzór zdobiący brzeg tuniki. Złote zawijasy układały się w krótki powtarzający się napis.

– Nemen – przeczytał. Jeśli nawet nie było jego imię, to przynajmniej nazwa rodowa. No, w ostateczności – taką opcję także trzeba było brać pod rozwagę – mogła to być nazwa zakładu krawieckiego, w którym wykonano to ekskluzywne odzienie. Tą wątpliwością jednak wolał się już nie dzielić. Nemen brzmiało całkiem nieźle.

– Świetnie, nie będziemy już do siebie wołać „ej, ty!”, ani „eno, chono!”. Tylko że to w ogóle nie przybliża nas do prawdy – powiedział mężczyzna nazwany przed momentem mianem Darizon. – Trza się rozejrzeć. Tu musi coś… – To mówiąc, podniósł się i przeszedł kilka kroków. Coś przykuło jego uwagę. Schylił się po wypolerowany przedmiot błyszczący w popiele. – … być – dokończył.

Po chwili przyglądał się trzymanej w dłoni naturalnej wielkości wykonanej najprawdopodobniej ze złota ludzkiej czaszce. Ślepiła w niego czarnymi oczodołami. Południowiec miał wrażenie, że w tym spojrzeniu bez oczu tkwią niepojęte pokłady szyderstwa i wzgardy.

– Ciekawe – dodał Nemen, gdy się zbliżył. – Wiem, co to jest.

***

Czarnowłosy krążył po pieczarze, wodząc wzrokiem po skałach i zielonoskórych truchłach zastygłych w obronnych pozach.

– Orkowie musieli nas zaatakować, gdy tędy przechodziliśmy. To idealne miejsce na zasadzkę. – Wskazał szerokie półki skalne wiszące pod stropem. – Wywiązała się walka. Kilku usiekliśmy, lecz co najmniej jeden dopadł Czaszki. Patrz.

Przykucnął przy artefakcie, który zdawał się kluczowy w rozgrywającym się tu dramacie, i począł z tej perspektywy lustrować wnętrze groty. Czaszka tkwiła z powrotem w miejscu, w którym ją znaleźli. Darizen obracał się powoli wokół własnej osi i kreślił ręką okrąg w powietrzu. Nemen stanął obok niego. Teraz i on to widział. Ciała orków, poniszczone fragmenty uzbrojenia, sprzęty, wszystko układało się centrycznie, jakby odrzuciła ich jakaś potężna siła, mająca epicentrum właśnie tu, gdzie teraz stali. Nawet wulkaniczny pył uformował coś na kształt płytkiego leja nieopodal miejsca, gdzie znaleźli drogocenny przedmiot.

Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!