Jagna Rolska „Duch” (3)

Opowiadania Jagna Rolska - 18 kwietnia 2013

– Ojciec! – rozpoznał od razu chłopak. – Musimy mu pomóc!

Kucharce pomysł ryzykowania życia dla pana Wiktora nie wydał się najszczęśliwszym, ale chrześcijańskie sumienie zwyciężyło. Pakując na wózek to, co zostało z butnego fabrykanta, nie miała specjalnej nadziei, że uda mu się dotrwać przy życiu aż do Mokotowa. Udało mu się. Widać nie spłacił jeszcze krzywd wyrządzonych na tym świecie. Kucharka nie miała wątpliwości, że Bóg ma w tym swój plan i ona tym boskim zamysłom nie ma prawa stawać na drodze. I tak do jej rodziny w tych niespokojnych czasach dołączyli cichy, grzeczny Duch i jego zwyrodniały, kaleki ojciec.

Gdy Duchowi udało się w końcu zaprzyjaźnić z fetorem, los pomocnika pana Józefa wydał mu się więcej niż zadowalający. Przemierzając długie odcinki kanałów, uczył się ich odgłosów i na podstawie różnic w rozchodzeniu się dźwięków układał w głowie mapę podziemnej Warszawy. Kanały były jedynym miejscem, gdzie czuł się równy innym ludziom. Tutaj spotykani pracownicy byli tak jak on bezbronni w zderzeniu z ciemnością. Maleńkie lampki, których ledwie tlące się ciepło wyczuwał czasami na skórze, nie mogły dawać zbyt wielkiej obrony przez mrokiem. Pan Józef szybko zaczął doceniać młodego pomocnika. Chłopak z niezwykłą precyzją odgadywał, w których miejscach tunele zapadają się głęboko pod brudną wodę i gdzie trzeba uważać na każdy krok. To, co mąż kucharki zwykł przypisywać niezwykłej intuicji Ducha, on sam po prostu słyszał. Inaczej brzmi dźwięk kroków w tunelu z niewielką ilością wody, a zupełnie inaczej w miejscach, gdzie zdradziecki nurt ma głębokość dwóch metrów. Inaczej pachnie korytarz zawalony starymi cegłami, a inaczej drożny, wiodący do kolejnego włazu. Bardzo szybko stał się maskotką całej braci kanalarzy, a wielu z nich z czasem uwierzyło, że gdy chłopiec schodzi pod ziemię, to na zmianie nikomu nie przytrafi się nic złego. I rzeczywiście Duch najwyraźniej przynosił im szczęście, a oni zawsze mieli dla niego jabłko, grudkę cukru czy choćby dobre słowo.

Tego lipcowego dnia, gdy siedzieli z panem Józefem po pracy na krawężniku przy włazie numer trzy na Ackerstrasse, Duch ponownie poczuł dziwny zapach zapamiętany z domu rodzinnego. Ten sam, który towarzyszył mieszkańcom domu na Rakowcu tuż przed wybuchem wojny. Była to przede wszystkim woń strachu, ale przecież przez ostatnie lata strach wgryzł się tak mocno w mury i ulice, że musiało chodzić o coś innego. Chłopak skoncentrował się na odgłosach dobiegających z pobliskiego chodnika. Pospieszne kroki gubiły rytm, obcasy wbijały się w betonowe płyty mocniej niż zwykle, a ludzie oddychali płycej i szybciej. I nie była to tylko wina obezwładniającego upału. Ulica pachniała i brzmiała inaczej. To właśnie ten zapach unosił się w rodzinnym domu. Woń gorączkowego oczekiwania podszytego strachem.

– Chcesz jeszcze chleba? – zapytał pogodnym głosem pan Józef.

– Coś dziwnego się dzieje – szepnął chłopak.

– Łapanka? – Kanalarz poruszył się niespokojnie. Duch słyszał trzaskające oficerkami kroki gestapowców zanim oni sami pojawiali się w dole ulicy i nie raz uratował dupę sobie i jemu.

– Nie, panie Józefie, to nie to. Coś dziwnego w ludziach siedzi. Jakby na coś czekali.

– Chodźmy do domu! – zarządził mąż kucharki, a Duchowi nie umknęła dziwna nuta w jego głosie. Tak jakby wiedział, co się święci, ale nie chciał o tym mówić.

 

– Nie! Nie zgadzam się! – Szloch kucharki stłumił trzask przestawianych garnków.

Duch mył ojca i starał się cicho odciskać szmatkę w miednicy. Jego uszy łowiły spór pomiędzy panem Józefem i jego żoną.

– Zrozum kobieto! To jest wojna! Na wojnie nie ma dzieci! – grzmiał kanalarz.

– On nie widzi! Jest kaleką! Co może pomóc w tej waszej wojnie?

– Porusza się w ciemnościach jak kot! Jest więcej wart dla sprawy niż tuzin widzących chłopaków!

W kuchni zapadła cisza, a w pokoju Wiktor mamrotał pod nosem przekleństwa. Znów odpłynął w przeszłość i zdawało mu się, że rozkazuje służbie w domu na Rakowcu. Chłopak szybko wysuszył ojca lnianym ręcznikiem i otulił kołdrą. W pokoju panował nieznośny upał. Cóż z tego, że okna były uchylone, skoro jakikolwiek dostęp świeżego powietrza skutecznie blokowały pomalowane na czarno arkusze papieru na stałe wmontowane we framugi okien. Zaciemnienie było konieczne. Do światła niczym ćmy ściągały wojenne kłopoty.

– Ja się zgadzam – powiedział Duch, stając w progu kuchni.

– Syneczku! – zaszlochała kucharka. – Dość już jednego chłopca ojczyźnie podarowałam!

– Mamo! – rozległ się basowy i poważny głos zza pieca. – Pozwól chłopcu samemu zadecydować.

Tak właśnie Duch poznał Michała, człowieka, który wkrótce zawładnął jego życiem i śmiercią.

 

– Duch! Strona?

Rozkaz Michała smagnął chłopaka po uszach i pomimo próby zachowania beztroskiego tonu nuta paniki była więcej niż oczywista. Od trzech dni na ogonie siedział im oddział Niemców. Tropił ich w kanałach i nie dawał nawet sekundy wytchnienia. Żarcie skończyło się już dawno temu. Wody było pod dostatkiem i nikt nie próbował myśleć o jej jakości. Dopóki była, organizmy wyczerpanych powstańców podejmowały kolejny ponadludzki wysiłek. Duch nie spał od kilku dni. Próby przyłożenia głowy do bruku chodnika pod drabinką szóstego, siódmego, czy dwunastego włazu na Mokotowie spełzały na niczym. Jeśli nie budziła go bomba, to trącał w ramię Michał. Kolejny zawał w kanałach. Trzeba wyprowadzić oddział dalej na północ. Duch podrywał się na równe nogi i zaciskając pięści próbował węszyć.

– W lewo sto metrów, skręt ponownie w lewo, niski tunel, chyba woda – raportował Duch, zapadając ponownie w letarg.

– Nie czas na sen teraz! – szarpał go Michał, poprawiając karabin pod pachą. – Chodź! Krysia! Pomóż mu!

Ducha opasywały jedwabiste dłonie pachnące prochem strzelniczym i zgnilizną kanałowej wody. Właściwie było mu wszystko jedno. Cały oddział jechał trupem. Jeśli żyli, to ten stan rzeczy już wkrótce się zmieni. Dudnienie kroków zagłuszył pisk z głębi kanału. Szczury. Nigdy dotąd nie emitowały aż tak wysokich tonów. Chłopak wsparł się mocniej na ramieniu sanitariuszki. Było gorzej niż kiedykolwiek. Wyczuwał to wszystkimi zmysłami. Gryzonie krążyły wokół jak oszalałe, a daleko za nimi, w odległym końcu korytarza, zadźwięczały stalą kroki niemieckich butów.

– Niemcy! – szepnął Duch.

– Zaraz ich przywitamy! – zarechotał Jaś, blondyn urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, wyjmując zza pazuchy lugera.

– Nie! – niewidomy powstaniec zaprotestował półgłosem. – Jest ich zbyt wielu. Musimy się schować.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Fahrenheit nr 55
Archiwum Fahrenheita Fahrenheit Crew - 1 listopada 2006

FAHRENHEIT NR 55 10-2006 / 11-2006 DZIAŁY STAŁE OKŁADKA 451 FAHRENHEITA LITERATURA BOOKIET RECENZJE…

Steve Martini „Podwójne trafienie”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 5 lipca 2006

Sprawa Emiliana Ruiza wydaje się beznadziejna. Ochroniarz i były żołnierz oskarżony jest o zamordowanie…

Rafael Ábalos „KÔT”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 2 października 2007

Nowa fascynująca powieść autora GRIMPOWA – hiszpańskiego Imienia Róży. Mroczna przeszłość, groźne…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!