Milena Wójtowicz „Memento Mori” (2)

Tytuł: "Memento Mori"
Autor: Milena Wójtowicz,
Grafika: Magdalena Zawadzka,
Cykl: Post Scriptum
Wydawnictwo: Wydawnictwo Jaguar,
Redakcja: Dominika Repeczko, Agata Tryka,
Typ publikacji: papier, mobi, epub, pdf,
Premiera: 16 marca 2019
Liczba stron: 15
Format: 12x16,5 cm
Oprawa: broszurowa,
Cena (papier): za darmo
Więcej informacji: Milena Wójtowicz „Memento Mori”

Potrwało trochę, zanim doszła do siebie na tyle, żeby ruszyć na rekonesans włości. Antoni, który odszedł dwa dni przed swoimi dzie­więćdzie­siątymi piątymi urodzinami, ostatnie lata głównie przesiedział na nyskich fortach, żując źdźbła trawy i wpatrując się tęsknie w niebo, ale przynajmniej notatki po nim zostały.

Ludka miała w szpitalu dużo czasu na ich przejrzenie i wypisanie sobie na arkuszu papieru kancelaryjnego planu działania. I kiedy już ją wypuścili, zrehabilitowali, i kiedy, z duszą na ramieniu i starym wózkiem Antoniego w pogotowiu, poćwiczyła skoki z miejsca na biurko i z powrotem (z saltami pożegnała się na dobre, zresztą, to miała być porządna, uczciwa, rzeźnicka robota, a nie jakiś cyrk), uznała wreszcie, że jest gotowa, by zacząć.

Diabli ją podkusili, żeby zaczynać właśnie od Reginy.

– Zajedź od tyłu. – Pouczyła Łukaszka, kiedy byli już na rondzie. – Ja pójdę przodem, a ty wszystko wyładujesz.

– Ciotka, tu są ludzie – jęknął bratanek. – I mam tak po prostu tam ten cały bandżaj wnosić?

Ludmiła wzruszyła ramionami. Już mu miała ochotę sarknąć, że ludzie to pewnie przyszli na wszelki wypadek, żeby potem Regina do nich urazy nie miała i nie przyłaziła, ale uznała, że póki młody nie zatarga wszystkiego, gdzie trzeba, nie ma co go denerwować. Jeszcze spawarkę upuści, a sprzęt był pożyczony.

Zostawiła bratanka z całą logistyką, a sama powoli i z godnością wkro­czyła do kaplicy. Może i pogrzeb był świecki, ale gdzieś go odprawić było trzeba. Ludka ciekawa była, kto będzie przemawiał – z ludźmi to miała rację, wokół tłoczyły się chyba całe Zielęcice i pół Małujowic. Kilka znajomych twarzy z Brzegu też jej mignęło.

Wnuczka Reginy też tam była, chudziutka, blada, z ogromnymi czarnymi oczami wyglądającymi spod czarnej grzywki. Jak cień towarzyszyła jej ta blondyneczka, Ryńska. Te dwie zawsze się razem włóczyły, kontrastowe jak dzień i noc. Ryńska taksowała wzrokiem zgromadzonych, jakby pilnując przed nimi Piechotówny. Brunetka nerwowo wyłamywała palce, aż strzelały jej stawy, i z tego, co udało się Ludmile podsłuchać, gdy ich mijała, próbowała przekonać dyrektora zakładu pogrzebowego, żeby jednak tę trumnę zaspawać.

No proszę, miała mała rozumek, kto by się po niej spodziewał. Nie Ludmiła, to pewne, ale tak właściwie to smarkatej prawie nie znała. Tamtego pamiętnego pierwszego dnia Regina wyrzuciła ją z chałupy, zanim Sabina wróciła ze szkoły.

– Ni bydzisz mi dzieciątka nerwować! – orzekła stanowczo, spakowała oszołomionej Marciniakowej świeżo upieczone ciastka na drogę i pokazała drzwi.

Potem temat wnuczki też nie pojawiał się w ich rozmowach. Ludmiła doszła do wniosku, że Regina nie ufa jej na tyle, żeby gadać o młodej. W końcu Marciniakowa była wrogiem – oswojonym, ale jednak wrogiem. O córce i zięciu strzyga gadała za to bardzo chętnie, być może w nadziei, że Ludka weźmie i któreś z nich ukatrupi. O, o takiej śmierci i zabijaniu się nawzajem to rozmawiały prawie za każdym razem.

– Umieranie to parszywy los – powiedziała jej kiedyś Regina. – A nasi umierają latami. Też byś wyłaziła po złości i szarpała, kogo się da, jakbyś nawet po śmierci konała. Strigi z ziemi się biorą i do ziemi wracajom. A ziemia cierpliwa jest, nieśpieszna. Długo trwia zanim nas zabierze.

Wśród żałobników zapanowało pewne poruszenie, bo do mikrofonu dorwał się zięć Reginy. Ludmiła taktownie stłumiła prychnięcie. Głupadur, mówiła o nim stara Piechotowa. I jeszcze dodawała z przekąsem, że „on jij ni brzmi, ot co”. Niestety, brzmiał Karince i Ludka czasami miała wrażenie, że Regina szczerze żałuje, że grajka nie uciszyła permanentnie, zanim jej córka miała okazję go usłyszeć w klubie w piwnicach brzeskiego ratusza. Pożarły się o to podobno nie raz, ale serce nie sługa. Karina twardo rzekła, że żyć bez niego nie może, a on uznał, że nazwisko Piechota lepiej się nadaje do robienia kariery za granicą niż Chrzysztowski. Wyjechali razem na te koncerty po Ameryce, po Azji, Afryce… wszędzie byli. Wpadali w odwie­dziny z rzadka, trochę częściej po tym, jak zostawili Reginie wnuczkę. Sabinie Zbigniew też nie brzmiał, ucho najwyraźniej odziedziczyła po babci.

– Dziś jest dzień smutku, dziś jest dzień zwątpienia. – Zakrzyknął zięć Reginy. – Ale w takiej chwili musimy pamiętać, że po nocy przychodzi dzień, a poooo burzy spokój…!

Sabina skrzywiła się i nerwowo potarła ucho. Ludmiła miała nadzieję, że scen na pogrzebie nie będzie, w końcu jakoś odwiedziny ojca mała wytrzymywała. Sama na razie nie miała głowy do niedorosłych strzyg, musiała zająć się tymi nie do końca martwymi. Korzystając z tego, że obecni na pogrzebie zaczęli podchwytywać melodię, a cała uwaga skupiała się na głupadurze, Marciniakowa przemknęła na tyły.

Łukaszek już czekał przy trumnie, cały blady i zdenerwowany, jakby co najmniej Regina już zaczęła z grobu wstawać.

– Uspokój się – zganiła go. Jak ten Bronek chłopaka wychował, żeby ktoś z ich rodu robił za osikę w obliczu ledwie drobnej desakracji, i to nawet nie grobu! – Póki jej w ziemi nie złożą, to jest niegroźna.

– Ciotka, co mnie Piechotowa, jej to już wszystko jedno. – Wyrzucił z siebie chłopak. – Ale tu ludzie są, oni się na mnie gapili! I dyrektor mnie widział, jak tu przyjdzie…

Ludmiła mogłaby go trzepnąć w ucho, bo wywołał wilka z lasu. Dyrektor najwyraźniej oderwał się od pełnego pocieszenia duchowego chóralnego wykonania „a groby runą, runą!”, albo po prostu uciekł, żeby na to nie patrzeć i wparował prosto na nich. Prawie się o agregat potknął.

– Ależ… Pani Marciniak? – Poznał ją od razu. Był uczniem, gdy ona zaczynała pracę w sekretariacie, a teraz jego syn chodził do nich do szkoły, urwis jeden, i co raz lądował na dywaniku w pokoju nauczycielskim, niekiedy w towarzystwie strapionego ojczulka.

Ludmiła skrzywiła się, bo środki przeciwbólowe przestawały działać. Nie była dobra w te dyplomacje, w ogóle. Już Regina była do tego bardziej zdatna, chociaż ona głównie uśmiechała się do ludzi, szeroko i zębato, a oni raz-dwa uznawali, że nie chcieliby robić babince na złość.

– Jak ci rodzina mówi, żebyś trumnę zaspawał, to ściągasz spawacza i zaspawujesz – pouczyła dyrektora głosem nieznoszącym sprzeciwu. Działał nie tylko na smarkaczy, na dorosłych też. – A nie, żebym musiała tu przychodzić i sama to robić, aż od tego dźwigania heksenszusa dostałam!

– Ale… – Zamachał rękami jak nerwowy motylek.

– Żadne ale, wstanie Regina z grobu, to zacznie od Starobrzeskiej, bo tu ma najbliżej! Twoja siostra dalej tam z rodzicami mieszka!

Wytrzeszczył na nią oczy tak mocno, aż dziw, że mu na stałe nie zostało. Nie kłócił się już przynajmniej. Ludmiła uznała, że przez tyle lat pracy z nieboszczykami to i owo musiał załapać. Pamiętała go dobrze, głupim dzieciakiem nie był, coś mu musiało na starość z tego rozumu zostać…

– Ale to będzie widać… – wyjęczał wreszcie szeptem, rozglądając się, czy aby ktoś nie wchodzi.

– Całunem jakimś przykryjesz – zbyła jego troski Marciniakowa. – A w poniedziałek przyjdź do szkoły, Krzysia widziałam wczoraj z piwem w parku. Siedemnaście lat ma! – fuknęła.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Fantastyczny konkurs z Mileną Wójtowicz – wyniki
Konkursy Fahrenheit Crew - 13 maja 2018

  Drodzy czytelnicy! Konkurs, w którym do wygrania były egzemplarze powieści Mileny Wójtowicz pt. „Post scriptum”…

Konkurs PS: Memento Mori
Konkursy A.Mason - 3 kwietnia 2019

Drodzy czytelnicy! Uczestnicy Warszawskich Targów Fantastyki, którzy odwiedzili stoisko wydawnictwa Jaguar, mogli…

Premiera „Vice Versa”
Aktualności Fahrenheit Crew - 26 czerwca 2019

Od dziś można w księgarniach kupić „Vice Versa”, przezabawną kontynuację serii „Post…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!