Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Opowiadania Radomir Darmiła - 21 maja 2018

— Nie rozumiem tylko jednego — powiedziała dziewczyna, sącząc powoli drinka z wysokiego kieliszka. — Ty nie jesteś na nic chory.

— Syndrom Saint-Gilasa.

— Ależ ja to wiem, wiem też, że ten syndrom jest wciągnięty na listę ministerialną. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak się stało, to znaczy dlaczego uznano to za skazę umożliwiającą dokonanie eutanazji. Nie powiedziałabym, by była to choroba. Wprost przeciwnie. Trudno też uznać to za schorzenie czy skazę genetyczną.

Chłopiec wzruszył ramionami.

— Pokłosie procesu sądowego o odszkodowania — odparł. — Wiesz, że my wszyscy jesteśmy efektami eksperymentów genetycznych w połowie dwudziestego pierwszego wieku.

Dziewczyna kiwnęła głową.

— Wiem. GenCo obiecywała długowieczne, wyjątkowo inteligentne i zdrowe dzieci. Nowoczesną elitę.

— No właśnie. Nasi rodzice otrzymali więc produkt wybrakowany, ale trudno było to udowodnić w sądzie. GenCo obiecywało w końcu idealne dzieci, a myśmy takimi właśnie dziećmi się okazali. Jesteśmy w końcu długowieczni jak cholera, piękni, ponadprzeciętnie inteligentni i tak dalej. Jedyny problem polega na tym, że nasz rozwój fizyczny zatrzymał się na poziomie dwunastolatków. Ale przecież w umowie nikt nie napisał, że kiedyś dorośniemy. Prawnicy analizowali tekst umowy dziesiątki razy i nikt nie zdołał dowieść, by z niej wynikało, że produkt dostarczony przez GenCo musi przejść przez proces dojrzewania. Wprost przeciwnie, dojrzewanie oznacza starzenie się, a myśmy przecież nie mieli się starzeć.

Proces trwał latami, rodzice byli co do jednego bogaci, niektórzy wprost nieprzyzwoicie bogaci. Któryś z nich w końcu wpadł na pomysł, by sprawę załatwić nie wprost. Opłacono odpowiednie osoby, jedno z dzieci zostało przebadane, przypadek opisano w literaturze i zyskał groźnie brzmiącą nazwę: syndrom Saint-Gilasa. Wciągnięto go później na listę skaz genetycznych opublikowaną przez WHO. Dalej poszło już z górki: GenCo skapitulowało i zbankrutowało, wypłacając odszkodowania. Spowodowało to z kolei spore zawirowanie na rynku usług genetycznych, spadki na giełdzie i tak dalej, co doprowadziło do znacznie większej ostrożności przy modyfikacjach przyszłych dzieci. Później, gdy tworzono listę ministerialną wad genetycznych, dla których dozwolona była eutanazja, syndrom Saint-Gilasa trafił na nią niejako z automatu. Żadnego urzędnika nie obchodziło w końcu, co oznaczała ta nazwa, ważne było tylko, że figurowała w wykazach opublikowanych przez kilka różnych organizacji zdrowia.

— Drugie pytanie. Dlaczego się na to godzisz?

— Bo to nieźle płatna praca.

— Nie, nie o to mi chodzi. Dlaczego godzisz się ze swoim stanem? Trudno mi uwierzyć, by to naprawdę było nieuleczalne. Zanim się spotkaliśmy, czytałam kilka artykułów na ten temat. Istnieją kuracje hormonalne, nawet dużo osób z tym syndromem je przechodziło. Wszystkie uwieńczone sukcesem.

— Alfrad Armaed.

— Kto?

— Mój przyjaciel. Też miał syndrom Saint-Gilasa. Spróbował kuracji hormonalnej. Szprycował się testosteronem i innymi androgenami. Po pół roku zaczęły mu rosnąć włosy na klatce piersiowej i jądrach.

— Czyli sukces.

— Nie do końca. Przez dwa lata nie urósł nawet o centymetr. Zwiększyła się mu muskulatura, pogrubiał głos, i z uroczego, inteligentnego chłopca powstał złośliwy, niski małpolud. Po dwóch latach zmarł na atak serca. — Chłopiec pokręcił głową i umoczył wargi w piwie. — Jak dla mnie to dość wysoka cena za możliwość posiadania owłosienia na klacie.

— I jajach — powiedziała wesoło. — Nie zapominaj o jajach.

— Tak czy inaczej kuracji hormonalnej poddało się nieco ponad tuzin z nas. Zawsze było tak samo: rozwój muskulatury, drugorzędnych cech płciowych, i zgon po kilku latach. Dziewczynom szło nieco lepiej, rekordzistka przeżyła osiem lat po rozpoczęciu kuracji. Widzisz, Monique, coś mamy zdrowo popieprzone w genach i nikt nie wie, co dokładnie.

— Mimo wszystko mógłbyś spróbować — upierała się dziewczyna.

— Kim miałbym być, jeśli nie uroczym, niegrzecznym chłopcem? — zapytał Chłopiec. — Ludzie przestaliby mnie rozpoznawać i skończyłbym na ulicy.

— Mógłbyś pomyśleć o małżeństwie dla pieniędzy. Stawiam kasztany przeciwko diamentom, że masz mnóstwo fanek tylko marzących, by się tobą zaopiekować.

— Owszem, ale one chcą się opiekować dwunastoletnim, uroczym i tak dalej chłopcem, a nie owłosionym kurduplem.

— Myślę, że nie doceniasz kobiet. Dla nas liczy się wnętrze, a nie tylko wygląd zewnętrzny.

— Akurat.

— No dobrze, trochę ważny jest — zgodziła się dziewczyna. — Ale widzisz, w dzisiejszych czasach to tylko kwestia pieniędzy i dobrego chirurga. Spójrz na mnie; chyba nie sądzisz, że mam tyle lat, na ile wyglądam. Dlatego kobiety są mądrzejsze, Joao. W przeciwieństwie do mężczyzn, nie lecimy na jakiegoś przygłupa tylko dlatego, że ma duże cycki.

— Rzeczywiście, raczej nie lecicie na mężczyzn z dużymi cyckami. Skończyłem czekoladę. Przejdziemy się gdzieś?

***

Spędzali z sobą bardzo dużo czasu. Chłopiec pokazywał jej ulubione miejsca, a ona wynajdywała w nich coś, czego wcześniej nie zauważał. Setki razy przechodził obok rynku, ale to dopiero ona pokazała mu niewielki antykwariat pełen książek i magicznych porcelanowych figurek. W parku znalazła uroczy zakątek tuż obok stawu. Wymienili się numerami i kiedy nie byli razem, pisali do siebie wiadomości. Przed snem rozmawiali długo przez telefon. Chłopiec zasypiał z myślą, że następnego dnia znowu ją spotka.

Spotykali się w różnych miejscach. Dziewczyna upierała się przy swojej różowej kawiarence, on wolał bar. Rozmawiali o filmach, o sztuce, o polityce. I o śmierci. Dziewczynę ten temat zdawał się fascynować najbardziej.

— Zastanawiałeś się kiedyś — zapytała raz, gdy siedzieli przy stoliku w „Różowym Słoniku” — dlaczego znajdują się ludzie gotowi zapłacić ciężkie pieniądze za możliwość udawanego morderstwa?

— Nie. Nic w tym dziwnego. Zawsze są tacy, którzy chcą zaznać chociażby nieco sławy. Łudzą się, że mordując mnie, trochę tej mojej sławy skapnie i na nich.

— Tutaj nie chodzi o sławę, Joao. Pomyśl tylko: sto lat temu to, co robisz, spotkałoby się z powszechnym oburzeniem. Pomijając nawet kwestię legalności twojego zajęcia, filmiki z twoim udziałem może krążyłyby gdzieś w drugim obiegu i nikt by się nie przyznawał do ich oglądania.

— Rozumiem, że masz jakąś teorię na ten temat.

— Tak. Naszą epokę charakteryzuje obsesja na punkcie śmierci.

— Śmierć zawsze ludzi fascynowała — powiedział.

— Być może — odparła. — Chyba źle to ujęłam. Tutaj przecież chodzi o coś innego. Ci ludzie nie płacą pieniędzy za oglądanie twojej śmierci. Oni chcą widzieć, jak jesteś mordowany. Fascynuje ich morderstwo. W dzisiejszych czasach morderstwo jest towarem bardziej pożądanym niż narkotyki i seks.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Powiązane wpisy

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania - 1 czerwca 2014

Od redakcji: Dziś, z okazji Dnia dziecka, mamy dla Was ciekawostkę, rarytas. Tekst został…

Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”
Opowiadania - 22 grudnia 2014

W pierwszej chwili nie mogłem pojąć, co robi stado wilków wokół rosnącej na polanie, otoczonej…

Tomasz Jarząb „Wola życia”
Opowiadania - 5 marca 2018

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!