Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”

Opowiadania Cintryjka - 22 grudnia 2014

***

Niestety nie udało mi się znaleźć gumiennika. Zaszył się w jakąś dziurę, przepadł, najwidoczniej nie ufał w opiekę Riazańskiego, co zresztą dobrze świadczyło o jego inteligencji. Zresztą, nie mogłem się zabrać porządnie za poszukiwania, bo cały czas ktoś się koło mnie plątał. Faery snuła się za mną blada jak suknia panny młodej, cały czas samooskarżając się o próbę skrzatobójstwa. Nawet miło było słuchać jej srebrzystego głosiku, ale nie miałem czasu. Oprócz tego, ilekroć zauważył mnie ktoś z folwarcznej dzieciarni, musiałem dawać pokazy sztuczek, bawić się w berka, albo chodzić na rękach.
Z jakiejś dziury w domu wylazł także nareszcie tutejszy dobrochot i targając za siwą brodę, uprzejmie dowiadywał się o moje zdrowie. Z uprzejmości musiałem z nimi trochę porozmawiać, przeprosiłem, że nie odwiedziłem go wcześniej, a on mi przytakiwał, pod poważną miną ukrywając znudzenie, i wybaczał, z trudem powstrzymując ziewanie.
Wreszcie udało mi się przekonać wróżkę, że jest kompletnie niewinna, a ja nie mam do niej żalu. Następnie zapędziłem ją do doniczek.
— Słuchaj, wiem już jak skończyć tą aferę. To w gruncie rzeczy bardzo proste…
— Jaką aferę? — Wróżka jeszcze myślami była przy truciu skrzatów.
— Oj, no z leszymi. Przekonam kikimorę, żeby wybrała tego, który przyniesie jej kwiat.
— Czyli poetę! — Wróżka zmarszczyła czoło. — Przecież dopiero co mi tłumaczyłeś, że jak wybierze jednego, to drugi będzie cierpiał? Zresztą, jak masz zamiar ją przekonać?
— Żaden nie będzie cierpiał. Zdaj się na mnie, zobaczysz, że wszyscy będą zadowoleni. A kikimorze obiecam prezent od pana Riazańskiego.
— Chcesz ją przekupić? Jesteś wstrętny, skrzaciku. — Wróżka tupnęła nogą, a ja odetchnąłem z ulgą. Najwidoczniej wracała do normy. Taka podobała mi się znacznie bardziej; wolałem ją tupiącą nóżkami niż snującą się dookoła i błagającą o wybaczenie.
— Jakie tam kupić, przedstawić uroki małżeństwa. Tak czy siak, potrzebne więc będą kwiaty, i to jak najszybciej. Włóż w to całe swoje serce, i poproś jeszcze swoją rodzinę o pomoc. Mogę na ciebie liczyć?
— A kiedy pójdziemy do kikimory?
— My? Pójdę sam. Ty się będziesz zajmować kwiatkami, zapomniałaś?
— Czyli jednak mi nie wybaczyłeś — wróżka opuściła głowę i pociągnęła nosem.
— Wybaczyłem, ale przecież nawet w miejscowej gwarze nie mówisz. Jak jest książka po derewińsku?
— Kniga! — wykrzyknęła tryumfalnie wróżka. Niesamowite, jak szybko potrafiła zmienić nastrój. — A widzisz?
Westchnąłem.
— A jak będzie: przepiękna kikimoro, jeżeli wyjdziesz za pierwszego leszego, który podaruje ci kwiat, dostaniesz prezent ślubny od pana Riazańskiego?
— Powiesz mi, to się nauczę — odparła z niezachwianą pewnością siebie Faery.
Z kobietą nie wygrasz. Tak więc ruszyliśmy do lasu razem. Najpierw odwiedziliśmy kikimorę. W pierwszej chwili mój pomysł niezbyt jej przypadł do gustu. Miałem rację, że czerpała dużo radości z walki kandydatów o jej rękę.
— Szyszymoro, weźcie pod uwagę, że nie zawsze będziecie młoda — przekonywałem ją, starając się mówić głosem słodkim jak miód. Faery, blada na twarzy, lecz dzielnie uśmiechnięta, usiłowała nie zemdleć ze smrodu. — Uroda przemija. A do tego, co się stało z poprzednimi książkami?
— Zgniły — ponuro powiedziała kikimora.
— No widzicie. A tak, dostaniecie nie tylko nowe, ale jeszcze szafkę, w której będziecie mogli je schować.
— I tak zgnije.
— Ale zanim zgnije, trochę czasu minie.
Szyszymora zastanowiła się, mieszając śnieg z błotem bosą stopą.
— Zgodzę się, jak Riazański obieca mi dostarczać co roku nowe książki — zdecydowała wreszcie. — A kwiat to musi być róża.
— Róża nie wchodzi w grę. Ma być jakikolwiek kwiat. Ale z książkami, myślę, dam radę. Więc jak, zgoda?
— Zgoda.
— Przysięgniecie, że leszy, który przyniesie wam kwiat, powiedzmy, do południa w dzień przed pełnią… zostanie waszym mężem?
Ustaliliśmy jeszcze, że przyjdziemy przed południem, jako niezależni świadkowie. Szyszymora kiwnęła głową i dała nurka w swoje bajoro. Odetchnęliśmy z ulgą. Potem odwiedziliśmy leszego ze wschodniej części lasu i wytłumaczyliśmy mu warunki postawione przez kikimorę.
Nie mogłem się doczekać zmierzchu; opowiedziałem jeszcze dzieciom bajkę, a potem wymknąłem się znowu do lasu. Wróciłem zmarznięty, zmęczony, głodny, ale zadowolony.

***

Kilka kolejnych dni upłynęło mi jak we śnie. W dzień pokazywałem dzieciom sztuczki, a Faery siedziała obok i zaśmiewała się do łez. Potem dzieci pokazywały mi zabawy w rodzaju „złap skrzata” albo, dla odmiany, „uciekaj przed skrzatem”, aż przychodzili dorośli i wynajdywali wszystkim jakieś zajęcia. Dzieci były wyspane i pełne energii; w nocy dbałem, żeby nie przychodziły do nich żadne duchy z cieni. Nie pojawiało się nic większego od płaks i nocnic, a te mogłem z łatwością przegonić, kłując je pożyczonymi od pani Riazańskiej igłami. Później patrzyłem, jak wróżka śpiewa nad kwiatami. Kiedy kończyła, wychodziliśmy na dwór, szukać w korytarzach kopanych pod śniegiem czarodziejskich przejść do kryształowych zamków. Czasami opowiadała mi o swoim życiu w Tir Connaracht, o tamtejszych obyczajach, czasami ja odwdzięczałem się jej historiami z własnego życia. A czasami po prostu siedzieliśmy, trzymając się za ręce.
Nie przestawałem szukać gumiennika i wreszcie dopadłem go rankiem drugiego dnia. Wyjaśniłem mu kilka rzeczy, chociaż usiłował się wyrywać, a potem puściłem milusińskiego wolno, przykazując, by nie pokazywał mi się więcej na oczy.
Trzeciego dnia posadzone rośliny zakwitły. Przybiegli wszyscy z całego folwarku, niektórzy, gdy zdawało im się, że nikt nie widział, nieśmiało muskali delikatne płatki. Pani Riazańska nie powiedziała ani słowa, ale znam się na ludziach na tyle, że wiem, jakim słowom nie pozwoliła umknąć z ust.
— Wiesz, Faery — powiedziałem, gdy wróżka, zadowolona z siebie, przestała obiegać i oblatywać doniczki. — Wydaje mi się, że nie musicie się już martwić o pracę.
— Co ty mówisz?
— Następnej zimy cała szlachta będzie się zabijać o zaszczyt goszczenia kwiatowych duszków. Zobaczysz, że jeszcze dzisiaj Riazańska poprosi, żebyś wyhodowała dla niej kwiaty. Potem zaprosi na herbatkę swoje znajome z sąsiednich dworów. O kwiatach nawet nie wspomni, jestem tego pewien. Po prostu włoży świeżo ścięte tulipany do wazonów.
— Z tulipanami nie idzie mi za dobrze.
— Wszystko jedno, przecież nie o to chodzi. Macie gwarantowane zatrudnienie. Oczywiście, na pewno Riazańscy szepną za wami słówko u pszczelarzy, gdyby nie odpowiadało wam kiszenie się w pałacach.
— Tobie też się udało, Bury — powiedziała wróżka, uśmiechając się łagodnie. — Dzieci cię uwielbiają, Kucharka codziennie zostawia ci jakiś smaczny kąsek w podzięce za opiekę nad jej córką.
Kiwnąłem głową. Coś zawisło między nami, niewypowiedziane. Co się tak uśmiechasz, kretynie, zgromiłem sam siebie w myślach, ale nie potrafiłem się zmusić do powagi. Oczy Faery szkliły się, nie wiem, nadzieją, czy lękiem. Patrzyła na mnie długo, a na jej usta także zakradł się nieśmiały uśmiech.
— Musimy zanieść kwiat leszemu — powiedziałem. — Jutro dzień przed pełnią; rozstrzygnięcie.
— Tak — Faery zamrugała oczami, jak obudzona ze snu.
Pokazała mi, jak ściąć kwiat, jak go przybrać, wreszcie nauczyła zaklęcia chroniącego przed przemarznięciem. Wybrała dla zakochanego poety najpiękniejszą dalię. Ze stodoły wzięliśmy wiecheć słomy, żeby ją dokładnie opatulić. Potem wspólnie poszliśmy do lasu. Leszy był zachwycony. Przez całą powrotną drogę wróżka milczała, zerkając na mnie tylko czasami z ukosa. Kiedy powiedzieliśmy sobie dobranoc, poszedłem do lasu drugi raz, tym razem sam.
Nazajutrz rano zastałem wróżkę deliberującą nad doniczką, w której rosły „moje” pierwiosnki, gerbery i dalie. Wesoło pozdrowiłem ją i złapałem za rękę.
— Nie chcesz zobaczyć leszego podarowującego kikimorze, zaraz, jak to szło… okruch wiosny zagubiony w śnieżnej zamieci?
— Masz rację, Bury — wróżka poprawiła opadające jej na czoło włosy i podniosła się. Wyraźnie nad czymś się zastanawiała; rzuciła jeszcze raz okiem na doniczki z kwiatami, a potem równie badawczo obejrzała mnie. Nie przejąłem się tym. Narzuciłem na siebie płaszcz, i wyskoczyłem na dwór.
Kikimora siedziała już na brzegu swojego błota, wplatając coś we włosy. Ucieszyła się na nasz widok, i pomachała do nas brudną łapą. Faery wzięła głęboki wdech, na twarz przywdziała uśmiech i ruszyła do przodu, z determinacją żołnierza idącego pod ogień nieprzyjaciela.
— Żaden jeszcze nie przyszedł — powiedziała Szyszymora melancholijnie.
— Spokojnie, ustaliliśmy, przecież, że mają czas do południa — uspokoiłem ją.
— Chyba im na mnie nie zależy — pożaliła się Szyszymora. — Czekam, czekam, wczoraj też czekałam, i nic.
— Pięknolica kikimoro, nie martw się tak bardzo. Nie jest łatwo znaleźć w środku zimy chociaż jednego kwiatka — pocieszałem ją, zadowolony z siebie. — A teraz wybacz, usiądziemy sobie wysoko, żeby móc wszystko widzieć.
— Nie posiedzicie tutaj ze mną? Chętnie bym trochę z wami porozmawiała, zanim zjawi się kawaler. Bo chyba jakiś się zjawi? — zaniepokoiła się nagle błotnaja krasawica.
Jeszcze raz ją uspokoiłem, nie udało się uniknąć dłuższej rozmowy. Na szczęście, tupot nóg za nami obwieścił w końcu przybycie leszego w towarzystwie wilczej gwardii. Pośpiesznie pożegnałem kikimorę i pociągnąłem bliską omdlenia Faery za sobą.
— Teraz szybko, na ten świerk.
— Bury, ale po co?
— Mamy być bezstronnymi świadkami, nie pamiętasz? Właź, nie marudź, z góry wszystko będziemy mogli bezstronnie obserwować. Pośpiesz się trochę…
Leszy podszedł do kikimory i ukląkł przed nią bez słowa. Z pleców zdjął olbrzymi wiecheć słomy i rozwinął go dumnie, wyciągając ze środka mały, nieco pomięty kwiatek. Brakowało mu już dwóch płatków, ale kikimora była zachwycona.
— Piękna scena, prawda? — Wróżka uśmiechnęła się dziwnie smutno i melancholijnie. — Teraz ślub, wesele, i będą żyć długo i szczęśliwie.
— Zaczekaj jeszcze chwilkę — poprosiłem, rozglądając się nerwowo. — I może wejdźmy na wszelki wypadek nieco wyżej.
— Bury, nie wyglądasz na zadowolonego — zganiła mnie wróżka. — Nie cieszysz się, że zakończyliśmy wojnę w lesie?
— Jeszcze nie zakończyliśmy — powiedziałem nerwowo. — Faery, do góry. Proszę ciebie, nie pytaj, dlaczego, po prostu mnie posłuchaj. Hopsa!
W tej samej chwili leszy powstał z klęczek i rozejrzał się. Widząc nas gramolących się w górę świerka, zaśmiał się tubalnie i skinął do nas przyjaźnie dłonią.
— Ot, i nasze swaty — zahuczał, a potem przeszedł na szkierbski. — Zejdźcie, pani wróżko i wy, panie skrzacie. Chętnie bym was uściskał, gdybyście byli nieco więksi.
— Jeszcze chwileczkę — poprosiłem. — I wy też nie odchodźcie stąd, panie leszy.
— Boicie się wilków, panie skrzacie? — domyślił się leszy i zaśmiał się tubalnie. — Swoich nie ruszą, póki nie dostaną ode mnie rozkazu.
— Jeszcze nie ma południa — wyjaśniłem.
— Ale przecież już jeden leszy przyniósł mi kwiat, więc po co dalej czekać? — zdziwiła się Szyszymora.
— Tak, tak — potwierdziłem. — A teraz przypomnijcie sobie dokładnie, coście przysięgała, pani Szyszymoro.
Zanim kikimora zdążyła odpowiedzieć, spomiędzy drzew wyłoniła się druga gromada wilków. Drugi leszy, równie włochaty jak pierwszy, kroczył dostojnie za nimi.
— Nic tu po tobie, kuzynie — zawołał leszy ze wschodniego lasu. — Przyniosłem kikimorze kwiat. Należy ona teraz już do mnie.
Drugi leszy zamarł na chwilkę, a potem wykrzywił się straszliwie i skoczył do świerka, wygrażając pięściami.
— Więc to tak? Oszukałeś mnie, skrzacie! Okpiłeś mnie! Mówiłeś, że jak kikimorze kwiat przyniosę, zostanie moją żoną!
— I zostanie, szlachetny leszy — powiedziałem, łapiąc się na wszelki wypadek mocniej gałęzi.
— Jak może zostać, skoro ten tutaj wypierdek twierdzi, że należy do niego?
— Bury, o czym on mówi? — szepnęła Faery, a ja pośpiesznie przetłumaczyłem jej wrzaski spod drzewa. A potem wstałem, żeby mnie lepiej widzieli, i krzyknąłem, jak mogłem najgłośniej.
— Szlachetna Szyszymoro! Przypomnij nam, co dokładnie przysięgłaś uczynić.
— No… — stropiła się kikimora. — Że wyjdę za tego leszego, co kwiat mi przyniesie.
— Nie. Dokładnie obmyśliłem słowa, więc pozwól, że je przypomnę. Przysięgłaś, że który leszy w dzień przed pełnią, do południa, kwiat ci przyniesie, ten twoim mężem zostanie.
— Czyli ja — oświadczył leszy ze wschodniego lasu.
— Też — zgodziłem się z nim i usiadłem, zadowolony z siebie. — W przysiędze nie było nic powiedziane, że „pierwszy, który przyniesie”, albo „ten, który przyniesie piękniejszy”.
— Eee? — jęknęła kikimora, a drugiemu leszemu tymczasem twarz rozjaśniła się i wyciągnął zza pleców wiecheć słomy. Potem przystąpił do Szyszymory, uklęknął i wręczył jej małego, zmarzniętego pierwiosnka. Ogłupiała krasawica stała potem z dwoma kwiatkami, nie wiedząc, co z nimi zrobić.
— Bury, skąd on miał tego pierwiosnka?
— Zaniosłem mu — wyjaśniłem szeptem.
— Zaniosłeś mu? Ja myślałam…
Nie dowiedziałem się jednak, co myślała wróżka, bo pierwszy leszy ryknął i rzucił się na drugiego. Wilki zawahały się, a potem skoczyły za swoim panami. Krzyknąłem więc jeszcze raz, tak głośno, aż posypał się śnieg. Głos skrzaty mają donośny.
— Stać! Stać, mówię! — leszy zamarli, dysząc ciężko. Z tego, co widziałem, nie zdążyli sobie zrobić krzywdy. — Szyszymoro, musisz dotrzymać przysięgi. Poślubisz teraz obu leszych i będziesz ich…
— Jak to obu? — zaprotestowała kikimora.
— Sama mówiłaś, że obaj ci się podobają. Z tego, co wiem, nie ma nigdzie powiedziane, że leszy nie mogą mieć wspólnej żony.
— Skrzacie, kpisz sobie tutaj z nas — powiedział groźnie leszy. — Kpisz w żywe oczy. Ale zaraz twoje oczy będą martwe, tylko niech cię dostanę w swoje ręce.
— Panie leśny, zastanówcie się. Obaj chcecie mieć żonę. Obaj przypadliście jej do gustu. A co by się stało, gdyby piękna Szyszymora wybrała ciebie? Czy twój kuzyn zrezygnowałby z walki?
— Nie zrezygnowałbym — powiedział ponuro kuzyn.
— No właśnie. A teraz spójrzcie na siebie. Stare chłopy, a bijecie się jak dzieci. W całym cesarstwie będą niedługo opowiadać o was historie. A śmiech będzie taki, że w najgłębszym zakątku lasu się przed nim nie schowacie.
Obaj leszy popatrzyli na siebie, potem spojrzeli na kikimorę.
— A wy, szlachetna Szyszymoro — podjąłem. — Dwóch będziecie mieć mężów, czyli dwa razy tyle radości i męskiej krzepy do pomocy.
— Ale jakże to tak, panie skrzacie — jęknął leszy, ale już bez przekonania.
— No, jakoś między sobą dojdźcie do porozumienia. Na przykład, niech jedną zimę Szyszymora spędza z tobą, a drugą z twoim kuzynem. A teraz wszyscy dają sobie buzi, jak jedna wielka rodzina.
Leszy wahali się chwilkę, mierząc się nawzajem spojrzeniami. Ja w tym czasie wszystko przetłumaczyłem Faery. Wreszcie kikimora zachichotała i pierwsza cmoknęła obu w policzki. W tej samej chwili poczułem na swoim mokry pocałunek. Zdumiony, odwróciłem się i wtedy wróżka pocałowała mnie jeszcze raz.
— Nieźle to wszystko obmyśliłeś, sprytny skrzacie.
— Wiem — powiedziałem wesoło. — Wojna w lesie zakończona. Tadaa! Możemy wracać do domu i szykować się do wesela.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Radomir Darmiła „Czarbrończyni”
Opowiadania - 18 sierpnia 2017

Przekaz był tak silny, tak gwałtowny i nagły, że Armelia zatoczyła się…

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”
Opowiadania - 21 maja 2018

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!