Stanisław Truchan „Spirala Kaina”

Zażyłem drugą tabletkę Apapu i znów wyjrzałem przez okno. Ekipa z Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej zdążyła już obciąć konary drzewa i teraz mozolnie spychała gruby pień na trawnik pomiędzy jezdnią a koślawo ułożonym chodnikiem. Nawiasem mówiąc, swoją koślawość chodnik zawdzięczał fachowcom z tejże firmy, którzy – sam widziałem – w trakcie układania płytek fundowali sobie dość długie przerwy w pracy, a wtedy z rąk do rąk i od ust do ust krążyła duża, szarobrązowa rękawica robocza. Z palców nic nie kapało, więc można było się domyślić, że tkaninę od zawartości tego nietypowego naczynia oddziela jeszcze warstewka szkła.

No, będą o tym świerku gadać przez najbliższe pięć lat – pomyślałem, masując lewą skroń i obserwując licznie zgromadzonych gapiów. Faktycznie – na to się zanosiło. I jeszcze na to, że kiedy pilarze skończą robotę, ulica wciąż jeszcze będzie nieprzejezdna co najmniej przez najbliższe dwie godziny. Gęstniejąca z każdą chwilą czereda gapiów była przeszkodą trudniejszą do sforsowania niż drzewo o gabarytach kolumny frontonu La Madeleine (gdyby oczywiście kolumnom słynnego paryskiego kościoła mogły wyrosnąć gałęzie). Tak na oko zbiegło się chyba z pół miasta; małego wprawdzie, dziesięciotysięcznego zaledwie, ale jednak.

A gadać będzie o czym. Świerk znalazł się na naszej ulicy nie wiadomo jak i skąd – zupełnie jakby spadł z nieba. „Idę se, idę” – opowiadała Kopińska ze środkowej klatki mojego bloku – „a tu nagle jakby mnie co pchło, tak żem się znalazła od razu z dziesięć metrów dalej. Oglądam się, patrzę, a tu leży to drzewo za mną! Pieprzło o asfalt, aże śpilki na wszystkie strony poleciały!” Podobnie było z Jaśkiem Węglarzem, z tą tylko różnicą, że jego „pchło” nie w przód, a w tył. No i Węglarz – jak zwykle o tej porze – był trochę zawiany.

Ja wtedy siedziałem w kuchni, więc nie widziałem, jak drzewo „pieprzło” o asfalt. Usłyszałem tylko charakterystyczny trzask łamiących się gałęzi. Podszedłem do okna, zobaczyłem, że asfalt jakoś dziwnie nam się zazielenił, i mimo dręczącego mnie od godziny bólu głowy zbiegłem z mojego trzeciego piętra na dół. Wyszedłem na ulicę, obejrzałem świerczysko w całej okazałości i wróciłem w domowe pielesze, bo przecież żaden ze mnie Wyrwidąb ani nawet Przenosiświerk, więc płynności ruchu samochodowego na Beskidzkiej nie przywrócę, wątłe muskuły natężając… A gdybym nawet potrafił… przecież płacą za to komu innemu.

Faceci w seledynowych kamizelkach przyjechali dość szybko. Nawet mi się nie chciało patrzeć, jak sobie radzą z niespodziewanym kłopotem, bo porośnięte czarnym włosem siedlisko mojej nieprzeciętnej inteligencji zaczęło mi sprawiać coraz dotkliwszy ból. Najpierw łupnęło w prawej skroni, potem dla równowagi w lewej, a później już bolało w obu naraz. Zażyłem Apap – w porę sobie przypomniałem o skromnym zapasie, jaki mi pozostał po niedawnych perypetiach z dziurą po zębie – ale niewiele to pomogło. No to połknąłem kolejną tabletkę i zaciskając zęby podszedłem do okna.

W ułamku sekundy zdążyłem zobaczyć, jak potężny pień, oczyszczony z gałęzi, w całości ląduje na trawniku, łamiąc przy tym krzaki karagany wyrastające w miejscu, w którym kiedyś ci sami robotnicy wycięli spróchniałe drzewo. A potem poczułem ból w okolicach łuków brwiowych, i to ból tak silny, że odszedłem od okna, padłem na wersalkę, zamknąłem oczy i wtuliłem twarz w łatę naszytą parę miesięcy temu przez tapicera. Jakby to mogło uśmierzyć ból głowy…

O dziwo – przeszło. Tylko ta łata nagle stała się jakaś wilgotna. I pachniała próchnicą.

Wstałem, otworzyłem oczy.

Pomyślałem, że chyba mam halucynacje. Bo przecież mieszkania na trzecim piętrze w czteropiętrowych blokach, nawet przy Beskidzkiej, gdzie możliwe jest wszystko poza porządkiem na klatce schodowej, nie zamieniają się ni w pięć, ni w dziewięć w zielone łąki.

Łączka przypominała mi pastwisko Matusiaka w Bednarce, mojej rodzinnej wsi. Łagodnie pochylony stok, w dole strumyk, nad nim stare olchy… Był nawet rząd starych, wypróchniałych wierzb, ciągnący się mniej więcej prostopadle do strumyka. Nawet urwisko porośnięte kępami ostrężyny. Wypisz wymaluj jak u Matusiaków.

A głowa przestała boleć.

Skąd ja się tutaj wziąłem?

Zanim zdążyłem sobie – bo komu innemu, skoro nikogo w pobliżu nie było? – zadać to zasadnicze pytanie, moją uwagę przykuł jakiś ruch w bliskim sąsiedztwie starych wierzb, dostrzeżony nagle kątem oka. Spojrzałem w tamtym kierunku: kot, biały kot. Podobny do Filemona z dobranocki. Stanął na tylnych łapach i zaczął sobie ostrzyć pazurki o pień.

W chwilę później „Filemon” sprawił, że o mało znów nie przewróciłem się z wrażenia. Kocisko odwróciło się tyłem do starej wierzby i z ogonem wycelowanym w słońce zaczęło skubać trawę. Zupełnie jak krowa. Albo raczej jak owca, bo przecież było białe.

Zaraz potem poczułem ssanie w dołku. Przecież wszystko zaczęło się od bólu głowy. Tak wyglądają objawy niektórych chorób. Często śmiertelnych.

Jednak nie miałem czasu się zastanawiać, czy i kiedy umrę, bo objawy choroby, nasilając się, zaczynały wyglądać coraz bardziej intrygująco. Na skraju łąki wylądował świerk… Tak, tak, dobrze powiedziałem: wylądował. Najpierw, kołysząc wierzchołkiem jak karawela masztem, leciał powoli w powietrzu, co pozwalało zauważyć zupełny brak korzeni, a potem osiadł na trawie w pozycji pionowej, podpierając się dolnymi gałęziami. Stał tak może z minutę, a potem pomiędzy obłą końcówką pnia a ziemią coś się poruszyło. Wyglądało to tak, jakby wiszącej w powietrzu choince – takiej dużej, jakie się ustawia na miejskich placach przed Bożym Narodzeniem – zaczął nagle wyrastać ogon. Po upływie kolejnych dziesięciu minut ten cienki dzyndzelek podobny do świńskiego ogonka dotknął ziemi. Równocześnie gałązki świerka zaszeleściły, jakby poruszone lekkim podmuchem wiatru.

Tylko że żadnego wiatru nie było.

Minął tak chyba kwadrans. „Filemon” wciąż w najlepsze pasł się na trawie, a świerk szeleścił igłami. Z miejsca, w którym koniuszek „ogonka” zagłębił się w ziemię, dobiegały odgłosy przypominające siorbanie i mlaskanie. Wreszcie wszystko ucichło, gałązki znieruchomiały, a chwilę później przypomniała mi się piosenka ze starej, trzeszczącej płyty zespołu Homo homini, Drzewa ruszają w drogę. Świerk oderwał się od ziemi i poszybował w siną dal ponad koronami wiekowych czarnych olch.

Dowiercił się do źródła, napił się wody i odleciał – pomyślałem. Śledziłem wzrokiem jego lot, dopóki nie zniknął na horyzoncie, czyli za wierzchołkami drzew rosnących na wzgórzu po drugiej stronie strumienia. Zaintrygowany dziwnym zjawiskiem poszedłem w tamtym kierunku. Po dwóch minutach marszu stanąłem u stóp potężnej czarnej olchy rosnącej nad strumieniem. Przezwyciężając obawę, dotknąłem pnia; drzewo wyglądało jak bliźniaczka olchy, pod którą Matusiak trzydzieści lat temu po raz pierwszy pocałował swoją późniejszą żonę, Jaśkę Wydartuchównę. Nic nie wskazywało na to, by samodzielnie mogło się wykopać z ziemi, nie mówiąc już o odlocie. Inne drzewa też sprawiały wrażenie solidnie zakotwiczonych w tutejszej szarobrunatnej glinie.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Mogą Cię zainteresować

Konkurs wakacyjny z Rebisem – odsłona druga
Aktualności Fahrenheit Crew - 13 lipca 2006

Wydawnictwo Rebis i redakcja Fahrenheita ogłaszają drugi wakacyjny konkurs z nagrodami. Do wygrania 8 kompletów thrillerów.…

Sklep Powergraphu
Aktualności Fahrenheit Crew - 30 stycznia 2011

Wszystko 30% taniej!!! Powergraph uruchomił własny sklep internetowy. Do 14 lutego trwa promocja –…

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król alchemików”
Fantastyka Fahrenheit Crew - 23 czerwca 2012

Audiobook Tytuł: Kacper Ryx i król alchemików Autor: Mariusz Wollny Wydawca: Biblioteka Akustyczna…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!