Adam Cebula „Coś na ciężkie czasy, czyli globalna wiocha”

Felietony Adam Cebula - 21 września 2012

Podobno pisarze pomagają zrozumieć czasy. Wiele razy to słyszałem i w młodości zachodziłem w głowę: a co tu do zrozumienia? Dopiero po latach zaczyna mi świtać. Ja, dziecko bardzo szczególnych czasów, rzeczywiście miałem większość spraw wyłożonych z powalającą prostotą i od razu dobrze. Żyłem w okresie, gdy podstawowe problemy ludzkości były w sumie proste i prowadziły do ogólnej konkluzji: że ściema nie popłaca.

Czasy były nieskomplikowane – dwa obozy polityczne, zagrożenie atomowe i zagwozdka: jak się pozbyć arsenału, który narósł na skutek ochoty zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Ktoś, kto oglądał filmy szkoleniowe z tamtego okresu, na których uczono, jak się zachować na wypadek ataku jądrowego, może coś z tego zrozumieć. W centrum zainteresowania były sprawy czysto fizyczne – ot, choćby czynniki rażenia, a to fala uderzeniowa, a to promieniowanie cieplne, przenikliwe, impuls elektromagnetyczny.

Codziennością tamtych czasów była bryndza, elementem bryndzy były braki. Jeśli nawet jakiś zakład produkcji garnków wydolił z wyprodukowaniem takiej liczby naczyń, ze powinna starczyć na zapas dla całej ludności kraju, owe garnki gdzieś tajemniczo się zapodziewały, a jeśli już docierały do sklepów, to nawis inflacyjny załatwiał nadwyżkę produkcyjną w pięć minut. Czasy były niefinezyjne, bo ludzie chcieli mieć towary, i przedmiotem ich zainteresowania była produkcja. Zastanawialiśmy się nad tym, co rzeczywiście było: a to nad liczbą głowic jądrowych, a to nad garnkami czy telewizorami.

Fizyczność naszych problemów była, powiedzmy sobie szczerze, w porównaniu do czasów dzisiejszych, po prostu przytłaczająca. Wystarczy zdemontować pewną liczbę głowic jądrowych, robi się lepiej, wystarczy by było jeszcze więcej garnków, także lepiej. Uświadommy sobie: facet urodzony w tamtych czasach nie miał specjalnie czego rozumieć, gdyby go zapytano o świat. Było prosto: więcej butów i zboża, mniej czołgów i rakiet. Czegóż tu chcieć od pisarzy?

No i się porobiło. Runęła komuna, przyszło nowe stare, czyli kapitalizm. Jak napisał jakiś publicysta w Gazecie Wyborczej, nie zamawialiśmy tak w szczególności kapitalizmu. Jednak z powodu, że chyba nie było lepszego pomysłu…

Problem w tym, że przyszedł kapitalizm schyłkowy. Coś… Nie kapitalizm, ale coś. Mówimy „kapitalizm” z braku lepszego, adekwatnego określenia – bo różnymi słowami chrzcimy ostatnimi czasy byty zmyślone, niekoniecznie istniejące, niekoniecznie zgodnie z właściwym znaczeniem słowa. To, co mamy, ostatnio nazywa się na przykład kapitalizmem kasynowym.

Naszą dzisiejszą codziennością jest tak zwany KRYZYS. Bolesne tym bardziej, że – jak się zdawało – tak długo tak dobrze żarło, i zdechło zupełnie niespodziewanie i nagle. Z dnia na dzień znaleźliśmy się w świecie, w którym przestały obowiązywać dotychczasowe, przyjazne nam reguły. Z dnia na dzień działania, które do tej pory przynosiły nam korzyści, przestały być skuteczne. Zaskoczeni ludzie kombinują, co zrobić, próbują coś wymyślić, z każdego kąta wyziera żal do rzeczywistości: przecież to miało być takie piękne, fundusze emerytalne miały przynosić wspaniałe emerytury, inwestycje giełdowe miały dawać kasę rentierom… Przecież zrobiliśmy, jak od nas chcieli, sprywatyzowaliśmy, urynkowiliśmy, zrobiliśmy KAPITALIZM.

Zwykły kapitalizm to fabryka, fabrykant i towar. Fabrykant kombinuje, co by tu ludziom sprzedać – a ludzie dobrze się zastanawiają, nim coś kupią. Z tego powodu fabrykant, choćby chciał wcisnąć byle co, musi się ostro nagłówkować, co fabrykować. Tym bardziej, że kapitalizm rynkowy w domyśle wymaga, by było bardzo wielu producentów tego samego towaru. I bardzo wielu kupców. Jeśli producent coś sknoci, to klienci przeniosą się do innego producenta. Ale też zawsze będzie miał szansę: może obniżyć cenę i ponieważ mamy wielu kupców, to znajdą się tacy, co gorszy towar kupią za mniejsze pieniądze.

Na rynku o takich własnościach procesy nie zachodzą katastroficznie. One przebiegają spokojnie, coś idzie w dół lub w górę, i co najważniejsze – reaguje na nasze działanie. Sprzedaż spada, obniżamy cenę, sprzedaż rośnie. Podnosimy jakość towaru, możemy podnieść jego cenę, sprzedaż pozostanie na tym samym poziomie. W tym świecie nie ma towarów bezwartościowych: nikt ich nie kupił, produkcja została zastopowana na starcie.

Ależ oczywiście: takiego świata nie ma. To świat idealistyczny. W naszym świecie dzieją się rzeczy dziwne i niesamowite. Oto na przykład ktoś wpada na pomysł, by sprzedawać Dobre Rady Cioci Klementyny. Oczywiście, wolny rynek zapewnia mu to, że może to robić – cokolwiek za tą nazwą się kryje. Bo na myśli mamy świat idealny, w którym ludzie bardzo uważają, co kupują. W tym świecie oczywiście towar bezwartościowy zostanie wyrzucony z rynku. Więc dokonujemy takiego rozumowania: skoro towar jest na rynku, to zgodnie z regułami idealnego świata jest potrzebny i wartościowy. Także w naszym realnym i pokręconym świecie. Odwrócenie implikacji, klasyczny błąd z punktu widzenia logiki.

Ależ oczywiście, handluje się z powodzeniem nie tylko rzeczami zupełnie pozbawionymi wartości, ale szkodliwymi – wódką, papierosami, innymi używkami, oferuje się usługi hazardowe. Pomysł, że jeśli coś jest na rynku, jest przez ten rynek zweryfikowane, nawet w przybliżeniu nie pasuje do naszych czasów. Tylko część takich dinozaurów, jak autor niniejszego tekstu, zastanawia się nad tak zwaną wartością użytkową. Niniejszym przyznaję się zresztą do popełniania wielu błędów w nabywaniu i ogłaszam, że nawet dość spore doświadczenie, jako testera sprzętu, nie chroni przed nimi. W starciu między konsumentem a producentem na oszukiwanie i wykrywanie ściemy konsument jest właściwie na straconej pozycji – wiele cech towarów jest przez niego nie do sprawdzenia, albo sprawdzenie wymaga wielkiego wysiłku. Mamy więc banalny wniosek: handluje się rzeczami o coraz bardziej wątpliwej wartości.

Papiery wartościowe – w szeroko pojętym rozumieniu – są dobrym przykładem tego, co klasyfikuje się jako towar i szkodliwy, i często wręcz niebezpieczny dla każdego, kto ma z nim do czynienia. Jest stara zasada Kopernika oraz pewnego angielskiego notabla, że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Dziś ta zasada jest podawana inaczej: towar gorszy wypiera towar lepszy. Im gorszy towar, tym więcej jest go w obrocie. „Tak wychodzi”, że wysokie obroty notują papiery dłużne dłużników, którzy nie tylko nie mają szansy spłacić zobowiązań, ale już w ogóle nie istnieją. Bardzo chętnie obraca się papierami będącymi zakładami, że jak waluta pójdzie górę – to coś. Te papiery, które nie istnieją w formie papierowej, a są jedynie stanami namagnesowania dysków twardych, potrafiły niektórym krajom, jak np USA, bodaj w 2008 roku przynieść dochód koło połowy PKB – w tym konkretnym wypadku 48%. Przy czym za 2008 nie ręczę.

Producentem tego nieistniejącego towaru są tak zwane instytucje finansowe. O ile zatem dochodzi do obrotu nim, to bank centralny musi dodrukować pieniądza, bo inaczej dojdzie do deflacji. Sprawa prosta: jeśli X chce od Y-ka coś kupić, to musi ściągnąć do własnej kieszeni gotówkę. Jeśli ma nadzieję to coś później sprzedać Z-towi, Z też będzie musiał mieć gotówkę w kieszeni. Towar „zaadsorbował” pewną część pieniędzy. Jeśli to jest kwota rzędu połowy pieniędzy na rynku, to w innych miejscach tej kasy musi brakować. Stosunek ilości pieniądza do towaru został zakłócony: chleb i koszula muszą mniej kosztować.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Cały Pyrkon w Twojej dłoni – PyrApka już gotowa
Aktualności MAT - 15 maja 2018

Cały Pyrkon w zasięgu dłoni! Oddajemy w Wasze ręce PyrApkę, która pomoże…

Adam Cebula „Paktów nie dotrzymywać!”
Felietony Adam Cebula - 2 czerwca 2017

Jak w SF funkcjonuje motyw katastroficzny? Można by odpowiedzieć „dobrze”. Co chwilę…

Michael Grant „Posłaniec Strachu”
Ksiażki fantastyczne MAT - 23 listopada 2015

Posłaniec Strachu Michael Grant Tytuł oryginalny: Messenger of Fear Liczba stron: 456…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!