Adam Cebula „Heretycka żerdź”

Felietony Adam Cebula - 12 września 2019

Nie, to nie ma być artykuł interwencyjny. Temat jest w tej chwili gorący, ale chodzi o to, co siedzi pod spodem. Prawdopodobnie będzie aktualne nie tylko za wiele miesięcy, ale i lat. To uzasadnia, żeby przypomnieć to, o czym teraz wiedzą wszyscy, bo minie trochę czasu i dramatyczne zdarzenia zatrą się w pamięci. Ktoś tu zajrzy, nie będzie wiedział, o czym piszę, linki staną się nieaktualne, więc proszę wybaczyć, muszę dodać garść informacji, które teraz wszyscy dobrze znają.

Za Gazetą Krakowską: „Co najmniej siedem razy pioruny uderzały w rejon Giewontu w czasie gwałtownej burzy w ostatni czwartek. Zginęły wówczas cztery osoby, a ponad 100 zostało rannych.

Jeden z piorunów uderzył w krzyż, po czym zszedł po łańcuchach rażąc ludzi. Jednak na samym szlaku dojściowym na szczyt widać siedem miejsc, gdzie również uderzył piorun. Nie wiem, czy było to siedem różnych piorunów, czy rozgałęzienia jednego. Te uderzenia rozdrabniały wielkie bloki skalne, które następnie raniły znajdujących się tam ludzi – mówi Marcin Strączek-Helios, leśniczy obwodu kuźnickiego w Tatrzańskim Parku Narodowym, który oceniał straty na miejscu”.

Za Polsatnews.pl „– Piorun uderzył w krzyż za mną. Żyję tylko dlatego, że nie zdążyłam dotknąć łańcucha. Pamiętam przerażający krzyk i księdza gdzieś za mną, udzielającego ogólnego rozgrzeszenia – relacjonuje polsatnews.pl turystka, która była w czwartek na Giewoncie, podczas burzy. – Mnóstwo rannych, niektórzy nadzy z popalonymi ubraniami, jedna pani wyglądała jak w agonii. Koszmar, którego nie zapomnę – dodała”.

Wypadek zdarzył się 22 sierpnia 2019 roku – zapiszmy dla potomności. O ile dobrze zrozumiałem, zginęło cztery osoby, ponad setka została ranna. Piszę ze znakiem zapytania, bo niektóre serwisy pisały o pięciu ofiarach śmiertelnych.

Po tragedii posypały się bardzo fachowe opinie o przyczynach, o tym, co turyści powinni byli robić, kto może być winny, poszukiwania winnych, aż po apele, aby krzyż usunąć. Za tech.wp.pl: „Wszystko, co jest metalowe i wszystko, co przewodzi prąd, przyciąga pioruny – wyjaśnia w rozmowie z WP Tech fizyk Tomasz Rożek, popularyzator nauki prowadzący bloga Nauka. To lubię. – W tym sensie, że ładunek łatwiej może przeskoczyć pomiędzy chmurą a ziemią. Nie jest jednak tak, że gdyby krzyż zniknął, to i piorunów by nie było. Albo że skoro jest krzyż, to pioruny się pojawiły. Ważniejsze jest jednak kolejne – to, że „krzyż działa jak piorunochron. Skoro tam jest, zmniejsza prawdopodobieństwo uderzenia w inne obiekty, w tym w ludzi”.

Jan Hartman profesor nauk humanistycznych umieścił wpis na twitterze

„@JanHartman1

Krzyż nadal zabija! Usunąć z Giewontu!”

Czy ja mam coś do krzyża? A owszem, powiem szczerze, że byłem ze dwa razy na Giewoncie i z bliska ta konstrukcja zrobiła na mnie wrażenie, nazwijmy to kurtuazyjnie, odpustowe. Natomiast gdy się patrzy z Zakopanego, nawet stanowi rodzaj wisienki na torcie, oczekiwałbym tam jakiegoś… no właśnie, szpikulca. Wiele światu nie widziałem, ale podobne akcenty widokowe są powszechne, jak mi się zdaje, w Alpach w Bawarii. Fakt, styl niezakopiański, lecz chłopakowi ze wsi Przedborowa się podoba.

Krzyż nie ma poniekąd nic do rzeczy. Wbrew pozorom nie chodzi mi też o to, jak zapobiegać takim tragediom, choć omówienie tego może się okazać do wyciągnięcia bardziej ogólnego wniosku. Sprawa jest bowiem tak klasycznym zagadnieniem ludzkiej wiedzy, że… wszyscy powinni?

Piorunochron zbudował (wynalazł, jak kto woli) wedle oficjalnych danych Benjamin Franklin. Za datę przyjmuje się 15 czerwca 1752 roku. Dla porządku – trochę ta wiedza jest umowna, czeski teolog i przyrodnik Václav Prokop Diviš także zbudował takie lub podobne urządzenie w latach 1750-1754. Mogę tylko domyślać, że to Franklin zrozumiał jak rzecz powinna działać i jest autorem teorii, która do dnia dzisiejszego jest podstawą projektowania tego pierwszego praktycznego urządzenia elektrycznego. Mniejsza o dywagacje, chodzi o to, że ta sprawa jest ćwiczona przez inżynierów przez długie stulecia. I od samego początku budzi wiele emocji. Za www.polskieradio.pl: „Piorunochron okrzyknięto nawet „heretycką żerdzią”, a kler angielski i amerykański uznał wynalazek za próbę przeciwstawienia się woli Bożej. Do tej pory jedynym znanym sposobem radzenia sobie z piorunami było bicie w kościelne dzwony”. W Przedborowie mówili: „I na co to poradzić”? No właśnie, piorunochron załatwia problem w praktyce zupełnie. Za dobrze działa, i to najpewniej budzi strach. Masz ową diabelską żerdź na dachu, broń Zeusa oraz jego następców cię nie sięgnie. Porządek świata zdaje się leżeć w gruzach. Jakoś tak.

Tymczasem na prądzie przez te blisko ponad 200 lat poznaliśmy się bardzo dobrze. Akurat zjawiska elektryczne wykazują się wielkim stopniem, nazwałbym to, czystości. To znaczy, że w przebieg realnego eksperymentu czy wydarzenia nie mieszają się jakieś inne dziedziny niż elektryka i nie zmieniają w zasadniczy sposób jego przebiegu.

Zapewne jesteśmy przekonani (po opisach w różnych książkach przyrodniczych), że zadaniem piorunochronu jest odprowadzenie ładunku elektrycznego do ziemi. Prawie dobrze. Niestety, awantury ideologiczne – w tym wyzywanie przydatnego urządzenia od „heretyckich żerdzi” po branie się za łby po tym, gdy piorun spowodował kolejny raz tragedię i szkody – ma w znacznej mierze u podstaw niezrozumienie czy zbytnie uproszczenie. Zapewne to, co powiem, zabrzmi jak pismo ze skarbówki albo instrukcja wojskowa, ale zadaniem instalacji odgromowej jest kontrolowane odprowadzanie wyładowań. Kontrolowane, to znaczy takie, aby nie doszło do szkód.

Nie bez przyczyny taka instalacja powinna mieć najmniej dwa przewody odprowadzające ładunek z tzw. zwodów poziomych (przewodów biegnących nad kalenicą dachu czy obiegających jego krawędzie) do ziemi. Robi się to, aby ograniczyć powstanie prądów indukowanych, i aby w obszarze chronionym nie powstały spadki napięć, czyli słynne napięcia krokowe. Nie bez przyczyny tzw. uziom (część instalacji, której działanie zwykle wyjaśnia się opowieścią, że odprowadza ona bezpośrednio do ziemi elektryczność) ma otaczać chroniony budynek czy obszar.

Ponieważ chodzi o coś o wiele mniej intuicyjnego, nie jakieś i owszem łatwe do narysowania i wyobrażenia odprowadzanie, ale o (jak mówią elektrycy i elektronicy) postawienie na jednym potencjale. To dlatego wrona może usiąść na przewodzie pod nie za wysokim – ale jednak dość wysokim, by ubiło słonia – napięciem, że pomiędzy nią samą (zwłaszcza pomiędzy łapami, którymi trzyma się owego przewodu) nie ma różnicy potencjałów. Dokładnie to samo osiągamy, otaczając budynek uziemieniem. Dalsza sprawa, to czy grunt ma na tyle dobrą przewodność, żeby ładunek odpłynął, ale w momencie uderzenia pioruna minimalizujemy różnice napięć wewnątrz chronionego obszaru i dzięki temu nikogo nie pokopie albo pokopie w dopuszczalny sposób, gdy pechowo w tym momencie np. będzie dotykał kranu.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Katastrofa poza horyzontem marzeń”
Para-Nauka Adam Cebula - 18 marca 2015

Niemal tradycyjnie przychodzi mi się tłumaczyć z włażenia w techniczne szczegóły. Powód jest zawsze…

Adam Cebula „Bardzo filozoficznie o energii”
Para-Nauka Adam Cebula - 26 kwietnia 2016

Energia energii nierówna, czyli Adam Cebula dłubie palcem w dżulach, kaloriach i elektronach. Bełkot…

Urodziny Andrzeja Drzewińskiego
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 października 2017

Naukowiec (profesor zwyczajny) oraz pisarz science fiction przyszedł na świat 16 października 1959 roku we Wrocławiu. Andrzej…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!