Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Wywiad z Januszem Stankiewiczem „Nic nie przebije warhammerowego krasnoluda”

31 marca 2023 roku miała miejsce premiera drugiego tom serii „Gorath” pt. „Krawędź otchłani”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Alegoria pod patronatem Fahrenheita. Mając na uwadze to wydarzenie, zapraszamy Was, szanowni czytelnicy, do lektury wywiadu z autorem.

Fahrenheit: Zacznijmy z przysłowiowego, dość wysokiego C. Właśnie ukazała się twoja druga powieść. Czy czujesz się już pełnoprawnym pisarzem? Czym dla Ciebie jest pisanie?

Janusz Stankiewicz: Pisarz, to brzmi dumnie, prawda? Choć są tacy, dla których, by móc nazwać się pisarzem, takim przez duże „P”, trzeba mieć solidny, uznany dorobek, pisać „wartościowe” książki, może należeć do jakiegoś cechu pisarskiego? W każdym razie nazwą cię pisarzem, gdy ONI uznają, że nim jesteś. Ja uważam, że jeśli piszesz z zamiarem wydania, w sensie: bierzesz pod uwagę czytelników, to jesteś pisarzem. Ja już nawet przed wydaniem pierwszego „Goratha” czułem się pisarzem, z tym, że niewydanym. Potem byłem debiutantem, teraz, gdy wychodzi „Krawędź Otchłani”, mogę mówić już o swoich książkach w liczbie mnogiej – to dla mnie nowa sytuacja, bardzo przyjemna.

W ogóle w mojej „karierze pisarskiej” wciąż pojawia się coś nowego, czegoś się uczę, z jakąś sytuacją mam do czynienia po raz pierwszy. Fajne to jest.

F: Kiedy zatem pojawiła się u ciebie myśl o napisaniu powieści? Czy już wcześniej tworzyłeś dla siebie krótsze lub dłuższe formy, czy był może to nagły przebłysk, impuls, natchnienie Muzy?

JS: Wiesz, od zawsze chodziły za mną pomysły na historie, bohaterów, nieraz zastanawiałem się, jak ja bym poprowadził jakiś wątek w ulubionym serialu czy komiksie. Kiedyś nawet napisałem scenariusz do amatorskiego horroru, takiego typowego slashera, gdzie ożywione mięso atakuje grupkę młodych w domku w lesie. Nakręciliśmy go z przyjaciółmi i świetnie się przy tym bawiliśmy.

Pomysły, by napisać książkę, pojawiały się już dość dawno, ale blokował mnie brak czasu oraz przekonanie, że by pisać książki, trzeba mieć coś do powiedzenia światu. Z perspektywy czasu żałuję, że nie wziąłem się za to wcześniej, że już wtedy nie zrozumiałem, że książka może być po prostu dobrą, rzetelną rozrywką.

F: A zatem, kiedy piszesz, masz na uwadze swoją osobistą ekspresję czy jednak pojawia się jakiś idealny czy domniemany odbiorca? W gronie pisarzy są bowiem osoby deklarujące, że nie tyle w akcie pisania, co w tworzeniu opowieści znajdują przyjemność wyłącznie dla siebie samych, a wtedy zainteresowanie innych osób – czytelników – staje się niejako dodatkiem. Jak jest zatem u Ciebie?

JS: Dla mnie czytelnicy są jednak najważniejsi, piszę dla ludzi. Oczywiście, mnie także musi się podobać historia, którą tworzę, jestem takim swoim pierwszym filtrem, na przykład nie wyobrażam sobie pisania książki, która mnie samego nudzi, męczy. I owszem, podczas pisania jestem, że tak powiem: „we własnym świecie”, ale zawsze z tyłu głowy mam świadomość, że to jest rzecz dla odbiorców. Moim zadaniem, jako pisarz muszę przede wszystkim dostarczyć czytelnikom dobrą treść, a nie wykładać swoje wnętrze i przemyślenia, mówiąc: korzystajcie z tej krynicy mądrości, którą łaskawie wam udostępniam.

Myśląc o książce, scenach, z których ona się składa, bohaterach pierwszoplanowych, ale i epizodycznych, zawsze zastanawiam się: czy to jest fajne, czy wzbudzi emocje, więcej: staram się, w miarę możliwości, tymi emocjami czytelników kierować – w odpowiednim miejscu je podbić, w innym trochę stonować, dać odpocząć. Na przykład w „Gorath. Uderz pierwszy”, bliżej końca, mam sekwencję scen o bardzo wysokim stopniu intensywności, następuje też pewien zwrot akcji, wychodzi na jaw część motywów głównego antagonisty, a tytułowy bohater staje przed wyborem. Pierwotnie w tym miejscu miałem przejść od razu do finału, zgodnie z pierwszym tytułem i niejako motywem przewodnim książki: „Bez oddechu”. Ale czułem, że jednak powinienem dać czytelnikom chwilę (parę stron) na przetrawienie tego, co zaszło, ułożenie sobie w głowie intrygi, spokojne zastanowienie się, co oni by w takiej sytuacji zrobili. I dodałem takie fragmenty wytchnieniowe, pisane z punktu widzenia innych postaci, pogłębiające trochę ich perspektywę, może delikatną zapowiedź tego, co może się znaleźć w kolejnych tomach.

Zatem tak: w moim pisaniu czytelnik jest na pierwszym miejscu, moje książki mają być dla czytelników odpoczynkiem, wytchnieniem, rozrywką. W tym sensie walczę o czas odbiorców z grami wideo i Netflixem.

F: Dlaczego zdecydowałeś się na fantasy?

JS: Fantasy to gatunek, który ukształtował mnie jako czytelnika. W czasach, gdy czytałem najwięcej, czyli w liceum i na studiach, przeczytałem masę fantastyki, mam wrażenie, że wiem, jakie cechy powinna mieć dobra powieść fantasy, a przede wszystkim wiedziałem, jaką ja sam chciałbym przeczytać. I taką starałem się napisać.

Nawiasem mówiąc, moją pierwszą książką miał być reportaż o ludziach, z którymi pracowałem. Chciałem ich pokazać, opowiedzieć ich historie, bo uważam, że na to zasługują. Ale czułem, że to jeszcze nie ten moment, że na to nie jestem do końca gotowy, i lepiej na debiut wybrać gatunek, który się naprawdę dobrze zna.

A pomysł na Goratha krążył w mojej głowie już ładnych parę lat, uważałem, że historia gwałtownego, takiego zwierzęcego zabijaki, zmuszonego do subtelnej gry, może być interesująca.

F: A jaka jest geneza pomysłu na takiego bohatera oraz nietypowy świat? Przyznasz, że odbiega on od powszechnego wyobrażenia na temat kondycji i hierarchii ras, a zatem klasycznego wyobrażenia nie tylko o podziale na dobry i złych, ale nawet cywilizowanych i dzikich.
Dla czytelników, którzy jeszcze nie sięgnęli po twoje książki, możemy zdradzić, że jest to rzeczywistość zdominowana przez orki. To one sprawują rządy i stanowią niejako elitę.

JS: Takie odwrócenie klasycznych ról, prawda? Wyobraziłem sobie taką trochę średniowieczną Europę, podbitą przez Mongołów Czyngis-Chana, choć mój świat jest już kilkaset lat po zwycięstwie orków. Potrzebna była mi opresyjna, barbarzyńska, okrutna władza, by świat nabrał odpowiedniego dla tej opowieści klimatu. I zawsze lubiłem wielorasowość, podobała mi się w grach RPG, czy w uniwersum Gwiezdnych Wojen. No i nic nie przebije takiego solidnego, warhammerowego krasnoluda.

Wprawdzie teraz jest w fantasy trend, by wszystko „ogrywać” ludźmi, ludami o różnych kulturach i przez chwilę zastanawiałem się, czy te różne rasy są w mojej powieści konieczne. Ale potem pomyślałem: to moja książka, chcę mieć orków, półorków, elfów i całą resztę – i będę ich miał.

W samym „Uderz pierwszy” napięcia między narodami, rasami nie są uwypuklone – co zresztą  zostało mi wytknięte w waszej recenzji, a miejsce akcji – miasto Savona – odrobinę przypomina wieloetniczną Marsylię. Ale już w „Krawędzi Otchłani”, poza wąską perspektywą prostego zabijaki Goratha, mamy też szerszy obraz, dotykamy wielkiej polityki, pokazuję czytelnikom część konsekwencji orkowej ekspansji, punkt widzenia elit pokonanych ras. Odsłaniam więcej świata, choć wciąż tylko część, która służy opowiadanej historii. Piszę bardziej „bohaterami”, niż „światem”, to perspektywę moich postaci i ich emocje przede wszystkim mają poznać czytelnicy.

F: A czy na twój pomysł łatwo było znaleźć wydawcę? Czy udałeś się do wydawnictwa z już gotową powieścią, czy była ona tylko w fazie koncepcyjnej?

JS: Nie było łatwo. Wciąż pamiętam, jak to było szukać wydawcy, rozsyłać pełny tekst książki i propozycję wydawniczą, pisać streszczenia i konspekty, czekać miesiącami na odpowiedź. Współczuję i trzymam kciuki za wszystkich autorów, którzy szukają wydawcy dla swoich tekstów.

Teraz, jako już wydany autor, poznałem trochę perspektywę wydawnictw, wiem, że i one wkładają mnóstwo pracy i czasu w czytanie, i wewnętrzne recenzje nadsyłanych tekstów, i rozumiem, jak dla wydawcy może być frustrujące, gdy okazuje się że pracuje nad tekstem, który za chwilę wydaje ktoś inny. Uważam jednak, że rynek, czyli wydawcy, powinni podjąć próbę poprawienia obecnego systemu. Bo jakkolwiek frustrujące dla wydawcy jest zlecenie recenzji tekstu, który pójdzie ostatecznie w inne ręce, to i tak nieporównanie trudniej ma początkujący autor, gdy wydawnictwa nie odpowiadają. Ile myśli przechodzi wtedy przez głowę: „może mój mail nie dotarł?”, „może trafił do spamu?”, „może wcale nie czytają?”, „może moja książka jest do kitu?”, „może zły mail napisałem?” albo „to dlatego, że mam słabe social media?” czy „piszę w niesprzedawalnym gatunku?” Itd. itd. Siedzisz i się frustrujesz. I rozważasz vanity albo – jeśli masz żyłkę przedsiębiorcy – myślisz o selfpublishingu.

Wiem, bo sam przechodziłem przez ten proces myślowy, w covidzie, nawet bez opcji wybrania się na targi książki i szansy rozmowy z wydawcami bezpośrednio. A potem, po ponad 8 miesiącach obgryzania paznokci, dwa wydawnictwa odpowiedziały pozytywnie, jeszcze później dowiedziałem się, że trzecie ciepło myślało o moim „Uderz pierwszy”, ale zanim podjęło decyzję, już ogłosiłem, że książka wyjdzie w Alegorii.

Teraz, gdy ludzie piszący pytają mnie o proces wydawniczy, poszukiwania wydawcy, pisanie, odpowiadam: nie poddawajcie się. Wierzcie w swój tekst, pracujcie nad nim, rozsyłajcie, gdzie się da. Przyjeżdżajcie na targi książki, a jeśli piszecie fantastykę – na konwenty, próbujcie bezpośrednio rozmawiać z pracownikami wydawnictw. Świadomość, że ktoś wasz tekst czytał i ocenił, jest bardzo ważna. Nawet jeśli odrzucą. Najgorsza jest niepewność.

F: Powiedz nam w takim razie o swoich inspiracjach. Jakie fantastyczne lektury były (i są) dla ciebie ważne? Czy są autorki lub autorzy, których utwory szczególnie popchnęły cię do pracy twórczej?

JS: Inspirują mnie nie tylko autorzy fantastyki, mam wrażenie, że teraz czytam jej mniej, niż innych gatunków, a z pewnością mniej niż kiedyś. Próbuję obserwować i podkradać od najlepszych, czasem czytając coś, czy oglądając, próbuję się zastanowić, jak on (albo ona!) to zrobił/a, co działa w danej scenie lub postaci, że wzbudza konkretne emocje. Od razu rodzą się też pomysły (to właśnie inspiracja J), jak i ja mógłbym osiągnąć podobny efekt. I tu rzeczywiście można się nauczyć wiele od bardzo szerokiego spektrum twórców, od Victora Hugo czy Johna Steinbecka do Neila Gaimana, Jakuba Żulczyka czy Quentina Tarantino.

Z fantastyki oczywiście zawsze był i zawsze będzie Tolkien, moja pierwsza wielka miłość, choć przecież klimat w moich książkach jest bardzo odległy od tolkienowskiego.

Niedościgłym wzorem i idolem jest Andrzej Sapkowski. I tu klimatem pewnie jestem trochę bliżej, no ale za – choćby ułamek – biegłości językowej pana Andrzeja oddałbym kilka palców prawej ręki.

Z wydających współcześnie autorów bardzo imponuje mi to, co robi Joe Abercrombie – to, jak potrafi budować swoich bohaterów i jak potrafi czytelników za nimi pociągnąć… Jego „Pierwsze Prawo”, „Zemstę…”, „Bohaterów” i „Czerwoną Krainę” czytałem po kilka razy.

F: „Gorath” w założeniu ma być trylogią. A czy masz już pomysły na kolejne opowieści? Co to będzie?

JS: Pomysłów jest sporo, ale wszystko po kolei, na razie muszę dowieźć trzeci tom Goratha, solidnie zakończyć ten cykl.

Gdy to już mi się uda, chciałbym odskoczyć na chwilę od fantastyki i spróbować napisać coś współczesnego. Uwielbiam fantasy i uważam, że jest to gatunek dający bardzo wiele możliwości, ale takiego codziennego znoju współczesnego człowieka, walki z budzikiem, aplikacjami w telefonie, korkami, rozkopanym miastem, social mediami itd. to w fantasy nie opiszesz, a mam na to ochotę. Mimo wszystko pewnie byłaby to sensacja, szybkie tempo, zbrodnia, bo skoro mam już doświadczenie w scenach akcji, to pewnie je wykorzystam.

Nie porzucam też planów na reportaż, ale, jako że wciąż czuję się świeżym i mało okrzepłym na rynku autorem, może być i tak, że będę się musiał dostosować do życzeń wydawców i – jeśli cykl „Goratha” sprzeda się dobrze – będzie potrzeba z tzw. „rynku”, bym napisał coś jeszcze w „swoim stylu”.

A z kolei moja żona proponuje, bym napisał historię o współczesnym typowym facecie, którego wciąż coś irytuje i ciągle marudzi, taki trochę „Dzień Świra” – podobno szybko by mi to poszło.

F: Dziękujemy za rozmowę.

 




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Wywiad z Michałem „Baniakiem” Bańką – część III: O różnych aspektach RPG i kanale na YouTube

Z okazji niedawnej premiery książki „Niedopowiedziane historie: BCU” zapraszamy Was, drodzy czytelnicy,…

[Recenzja] Serial „Amerykańscy bogowie”

Pierwsze wrażenia Od końca kwietnia widzowie mogą oglądać pierwszą serię „Amerykańskich bogów” („American…

[Recenzja] Antologia „Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony” antologia

Dobiega końca styczeń, najwyższy zatem czas na pierwszą fantastyczną recenzję. Oto ocena…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit