Adam Cebula „Grzech niepierworodny”

cukieras 2Podatek z jajec złożony to dycht poważna sprawa, zwłaszcza gdy podgrodzie w ruinie… Adam Cebula uczynił ucieszno-smutną facecyją, przez okno wyglądając.

 

Antoni, czyli Ongard, znalazł się nagle przed bramą miasta. Z fosy dolatywał go smrodek mułu. Nie był zbyt intensywny, ale ostrzegał, że skąpanie się w bajurze do przyjemnych należeć nie będzie. Na drodze wiodącej do zwodzonego mostu walały się w piasku i drobnych kamieniach skorupy potłuczonych garnków, patyki i końskie kupy. One też podśmierdywały jak należy. Na szczęście podmuchy wiatru co chwilę przynosiły zapach suszonego siana. Ongard zamrugał, ścisnął na moment powieki; niezbyt dobrze widział. Powtórzył manewr kilka razy i łzy wypłynęły. Mógł się lepiej rozejrzeć. W fosie rosły jakieś wodne chwasty, trzcina, tatarak , i pływały kaczki. Mur obronny spadał do niej masywnym, stromo nachylonym zboczem wielkich głazów, spomiędzy których wyrastały kępy trawy. Na tym fundamencie stała wysoka na kilku chłopa część postawiona z cegieł. Wieńczyły ją fantazyjne blanki, które zbiegały się ku barbakanowi strzegącemu wjazdu. Ongard obejrzał się . Droga biegła ku trzem pagórkom, na których rosły stare drzewa, przy trakcie także rosły, ale z rzadka. Były różne, najbliżej rozpoznał gruszę, dalej widział chyba wielką lipę, kilkaset kroków za nią rosochatą sosnę. Cóż jeszcze? Stadko kóz, po lewej, w dali kilka chałup krytych słomą… jakieś sto kroków od fosy. Zapewne były to domki rzemieślników, którzy nie mieli pieniędzy na wykup miejsca w mieście.

Gdzie są ludzie? Dostrzegł jakąś babinę z wiązką chrustu na grzbiecie. Widział takie na ilustracjach w dziecięcych książkach dawno temu. Straże? Owszem, po chwili wypatrzył jednego… Jedną? Przez blanki wystawała wypięta goła pupa, plecy jej właściciela skrywała kolczuga. Sytuacja był jednoznaczna.

– A fe! – Skrzywił się.

Ocenił sytuację: obok fosy biegła ścieżka. Idąc na wprost ryzykował, że trafi pod tę wypiętą pupę. Zdecydował po chwili medytacji, że – tak czy inaczej – lepiej obejrzeć gród z zewnątrz, nim wejdzie się do jego wnętrza. W środku trudno będzie ocenić wielkość, policzyć bramy czy choćby dowiedzieć się, w jakim kierunku wybiegają z niego drogi. Ruszył ścieżką. Coś zadzwoniło za nim. Odwrócił się gwałtownie. Na wysokości twarzy unosił się osobnik wysokości kilkuletniego dziecka, lecz ze starą, pomarszczoną twarzą. Odziany był w ciemnoniebieskie, powłóczyste szaty ze szpiczastym kapturem.

– Dzień dobry, Ongard, jestem Guru, twój przewodnik. Pięć pierwszych rad muszę ci dać za darmo, ale później każde wywołanie mnie będzie kosztować miedziaka. To niewiele, prawda? Ach, jeszcze nie wiesz, jak niewiele, ale się dowiesz. – Odsłonił w wymuszonym uśmiechu żółtawe zęby. – Dobrze czynisz, powiem ci. Powiem za darmo. Masz jeszcze całe pięć darmowych porad. Jak będziesz chciał mnie wywołać, spluń przez lewe ramię, wówczas się pojawię. – Zadzwonił i zniknął.

Ongard patrzył chwilę w miejsce, gdzie przed chwilą lewitował przewodnik, podrapał się w głowę i ruszył przed siebie. Cóż innego mógł zrobić? Minął krowę, która przyglądał mu się badawczo i w końcu zaryczała donośnie, potem z pewną ostrożnością obszedł psa, bo warczał w jego kierunku ostrzegawczo, doszedł do gruszki, pod którą leżały ulęgałki. Po krótkiej medytacji podniósł jedną i zaczął jeść. Obserwował mur na drugim brzegu fosy. Widać było, że fortyfikacje przechodziły zmienne koleje losu. Połacie różnokolorowej cegły i nieforemne łaty z polnego kamienia świadczyły, że z jakichś powodów robiły się w nim znaczne wyłomy i łatano je raz z większym nakładem kosztów, kiedy indziej – czym popadnie. Doszedł w końcu w pobliże chałup domniemanych rzemieślników i stwierdził, że za załomem obronnej budowli chroniącej miasto coś majaczy. Zrobił kolejne kilkanaście kroków i dostrzegł prymitywną kładkę położoną na kołkach wbitych w dno fosy. Dostrzegł za chruścianym płotem babinę grzebiącą w ziemi – chyba wyrywała chwasty z jakiejś kapusty czy brukwi – i zawołał:

– Hej, gospodyni, a da się tędy wejść do miasta?

– A jaka ze mnie gospodyni… – odpowiedziała zdziwiona nieco i zaraz dodała: – Da się, co ma się nie dać. Tedy najlepiej. Przez bramę to by was na kopytkowe złupili. A tak darmo wejdziecie.

– Za darmo… powiadacie… – Coś go zaniepokoiło. Coś w dali, co majaczyło pod wielkim dębem, jednym drzew z kępy na najbliższym pagórku. – A tam – wskazał ręką – co to jest?

– Kobieta obejrzała się we wskazanym kierunku i kiwnęła głową.

– Chodzi wam o to, co przypomina wisielca?

– Tak…

– No, to różnie powiadają… że wisielec albo tylko kapota po nim. No, że jedne ludziska chcieli go obwiesić, a z miasta polecieli i ze wsi. Jedni gadają, że go odratowali, a drudzy, że tam wisi i nie ma komu nieboraka pochować. No widzita – dodała ze złością – przecie tu każdy cięgiem ma robotę, od świtania do zachodu, dziciska trza wykarmić, żeby choróbska ich nie wytrzebiły. Trza wam do miasta, to się na to dziwowisko nie oglądajta, po kładce, i najtaniej i najbliżej wam będzie.

Tak, czy owak, wisielec czy kapota, Ongard uznał, że mu szczęście sprzyja, i ruszył dalej. Kładka wyłoniła się w całej okazałości. Przez chwilę zwątpił w to, że jej użycie było dobrym pomysłem. Składała się z dwu cienkich żerdzi. Miejsca było ledwie na dwie stopy. Na środku fosy jakiś złamany fragment przeprawy zwisał jednym końcem do wody, w której kąpiel z pewnością nie mogła należeć do przyjemnych, o czym przypominał zapach. Ongard spojrzał przed siebie. Jak mu się zdawało, zza kolejnego załomu murów widać było trakt, posuwał się nim wóz jakiegoś kupca, bo był zbyt porządny na chłopski. W każdym razie Ongardowi zdawało się, że widzi, ale gałęzie krzaka rosnącego na kamiennym fundamencie muru zasłaniały widok. Ruszył więc dalej, mijając kładkę, i w końcu zobaczył wyraźnie szarożółtą wstęgę drogi oraz ów wóz. Zadzwonił za nim guru.

– Dobrze czynisz – powiedział i zniknął tak szybko, że Ongadr, obróciwszy się, ledwie dostrzegł szpiczasty koniec jego kaptura.

– Iść do traktu? – Zastanowił się. Po chwili medytacji postanowił, że od tamtej strony, skoro traktem wjeżdżają bogaci kupcy, na bramie muszą łupić jeszcze bardziej. Wrócił do kładki. Co prawda Guru powiedział… Ale… Rozejrzał się. Wypatrzył kawał solidnego kija. Chwycił go, sprawdził wytrzymałość: można się było na nim wesprzeć. Ruszył na przeprawę. Brzdęk!

Obejrzał się, wystraszony. Guru również się wystraszył.

– Nie gap się na mnie! – rozkazał. Ongard z trudem zachował równowagę. – Nie gap się! – komenderował Guru. – Chciałem ci powiedzieć, że dobrze robisz, i ciągle masz pięć darmowych rad.

Ongard brnął, podpierając się kijem. Fosa była płytka. Upadek groził tylko wybłoceniem się i zmoczeniem, ale wędrowiec nie miał najmniejszej ochoty wytaplać się w bajurze.

– Guru – wycedził, sondując kijem dno. – Jak mi jeszcze raz zadzwonisz w takiej sytuacji, to złamię ten kij na twoim grzbiecie.

– Dzy… – Zaczął Guru i najwyraźniej zrozumiał, że to nie żart.

Ongard dobrnął do drugiego brzegu. Dalsza droga… No, nie było dużo lepiej. Ścieżka biegła tym stromym zboczem z głazów. Każdy źle obliczony krok groził runięciem, które prócz błotnej kąpieli gwarantowało i poturbowanie. Wejścia nie widział, ale ufał, że dróżka musi prowadzić do jakiegoś celu.

– Dzy…

– Guru! – warknął. Nic nie dzwoniło. Zrobił jeszcze kilka ryzykownych kroków i dotarł do masywnej przypory. Rozejrzał się bezradnie. Co dalej?

– Dzy…

Potrząsnął kijem. Już widział. Trzeba było zejść prawie do samej wody. Potem? Gdy wspiął się po głazach, dostrzegł dziurę w murze. By wejść, trzeba było pochylić głowę, ale wyłom był dość szeroki, by mogła się nim przecisnąć osoba ze sporym workiem na plecach. Ongard zrobił kilka kroków i znalazł się na brukowanym podwórku pomiędzy dwoma chałupami przyklejonymi do muru, przez który właśnie sprytnym sposobem przeniknął. Za płotem z połamaną furtką po wąskiej ulicy jechał powóz, za nim pod ścianą domu stojącego naprzeciw przechodziła kobieta – nie baba – za nią jakiś dandys i dwóch obdartych chłopców.

– Dzy…? – Ledwie dosłyszał.

– No… Teraz już możesz. Śmiało!

– Dostałeś się do miasta!

– Ta… Jakbym nie zauważył.

*****

To był trzeci dzień jego pobytu w Urgam. Miasto widział spore, liczyło najmniej pięć tysięcy dusz. Niestety, miejsca dla Ongarda najwyraźniej w nim nie było. Pierwszą noc przebidował na ulicy. Druga noc zeszła mu na stryszku chlewika u szynkarza w gospodzie Pod Słodką Bułką. Cały dzień czyścił ten chlewik w zamian za jedzenie i picie. Nie zarobił ani miedziaka. Dzień kolejny spędził na szukaniu jakiegoś godziwego zajęcia. W dobrych domach nie potrzebowali służby, sklepikarze na chłopców na posyłki najmowali urwisów, którzy znali miasto jak własną kieszeń. Zapytał murarza, kowala, czy nie potrzebują pomocników. Nie potrzebowali. Zbliżał się wieczór i już się godził z tym, że albo uprosi szynkarza, albo będzie musiał spać na ulicy. W końcu, nie wierząc w rezultaty zabiegu, splunął przez lewe ramię.

– Dzyń, dzyń! No to mamy pierwszą poradę z pięciu darmowych – oznajmił Guru.

– A jak będzie z serii tych, żebym nie odwracał się, bo zlecę do wody, to – jak bóg miły – walnę cię w łeb kijem.

– Będziesz zadowolony! – obiecał uroczyście Guru. – Słuchaj. Znajdź ulicę Igielną.

– Już wiem, gdzie jest. Właśnie mnie stamtąd przegoniono.

– I nic dziwnego. Posłuchaj. Znajdziesz tam kamienicę pod Czerwoną Gęsią.

– Byłem tam.

– To idź jeszcze raz i zapytaj o rajcę Kuzynofa.

– Jego fagas mnie wyrzucił.

– Powiedz, że jesteś przybyszem, który potrzebuje pomocy.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
nimfa bagienna

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Mówisz, mój synu, że w tym kraju nie ma monarchii – a chcesz, żebym ci powiedział, jak zostać królem Stanów Zjednoczonych Ameryki? Wystarczy wpaść do dziury w klozecie i wyjść stamtąd, rozsiewając zapach róż.

— Kurt Vonnegut, Syreny z Tytana

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

O_KAZ Wita Szostaka i Łukasza Orbitowskiego
Aktualności
Cheder (ul. Józefa 36, 31-056 Kraków)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!