Jarosław Misiak „Wzgórze H 224”

plaza

Czas, przestrzeń i ludzkie zmysły potrafią zakpić z nas i doprowadzić do szaleństwa. Jarosław Misiak i jego opowiadanie „Wzgórze H 224”.

Żołnierze leżeli na wznak, gapiąc się do znudzenia na słoniowate chmury. Znali ten skrawek nieba na pamięć i chociaż nigdy nie udało się im dostrzec Najważniejszego Generała, to w każdej chwili potrafili odgadnąć, w jakim jest humorze. Dzisiaj musiał być zły i nadąsany, dlatego pancerne słonie przetaczały się powoli ponad ich głowami. Taka bezkrwawa demonstracja siły.

– Będzie burza – powiedział ktoś bez sensu.

Pozostali milczeli. Dziewięciu ludzi uciekało od siebie wzrokiem, odgradzało się barierą ciszy, którą rozbić mógł jedynie rozkaz. Było ich dziewięciu, a jeszcze niedawno oddział liczył ponad sto osób. Ci, którzy zginęli, wciąż dzielili wzgórze H 224 z garstką ocalałych. Różnica między żywymi a umarłymi zacierała się tutaj szybko i osiągnięcie końcowego wyrównania bilansu wydawało się kwestią najbliższych dni.

Sierżant przygniótł butem dymiący niedopałek. Obserwował w skupieniu pozycje nieprzyjaciela. Jego okrutne oczy przywarły do szkieł lornetki niczym pijawki.

– Dwóch na zwiad – rzucił sucho, nie odwracając się do żołnierzy.

„Dwóch do ziemi” – pomyśleli.

Nikt się nawet nie poruszył. Resztka instynktu przetrwania podpowiadała im, że lepiej mieć ziemię pod plecami niż odwrotnie. Sierżant wybrał dwóch znajdujących się najbliżej. Kiedy zapadł zmrok, pechowcy wydostali się z okopów i poszli po stromym stoku w dół. Młody szeregowiec oglądał przez kilka sekund ich zgarbione plecy, potem szarość zamknęła się za nimi i chłopak pomyślał, że tamci bezszelestnie rozpadli się w proch. Czekając na zmianę warty, próbował odtworzyć w wyobraźni wygląd normalnego świata.

Musiało przecież gdzieś istnieć inne niebo i wzgórza nierozorane pociskami artylerii. Gdzieś żyli ludzie, którym sen z powiek spędzała choroba ulubionego psa albo wyniki ligowe lokalnej drużyny sportowej. Ludzkie życie miało gdzieś znaczenie, było czymś więcej niż elementem systemu obronności wzgórza H 224. Szeregowiec nie potrafił sobie przypomnieć, czy w normalnym świecie jego życie też miało jakieś znaczenie. Ile czasu tkwili uwięzieni na H 224?

Nie pamiętał. Dwa, trzy, a może cztery miesiące. To wiedział jedynie Generał w Niebie i jego namiestnik na wzgórzu – Sierżant. Chłopak odnosił wrażenie, że spędził tutaj wieczność. Wciąż mieli zapasy wody, żywności oraz amunicji, a więc najwyżej trzy, cztery miesiące. Inaczej zginęliby z głodu.

Noc była zadziwiająco cicha. Nie słyszał nikogo po przeciwnej stronie ani oddechów towarzyszy broni, a jednak nie spał, wypatrując ukrytego w ciemnościach nieprzyjaciela.

Nagle Sierżant wrzasnął coś o ostrzale artyleryjskim. Noc pękła w ułamku sekundy. Niebo sypnęło pociskami, ogień moździerzy szatkował ich pozycje jak rzęsisty deszcz. Granaty eksplodowały wokół, wyrzucając w powietrze grudy wilgotnej ziemi. Trzech żołnierzy rzuciło się w panice do doszczętnie rozbitego bunkra.

– Kurwa, z daleka od bunkrów! – zachrypiał Sierżant.

Nieprzyjaciel miał wystarczająco dużo czasu, aby dokładnie poznać rozmieszczenie pozycji obronnych. Kiedy odezwą się ciężkie, precyzyjne działa, tamtych trzech nie będzie miało żadnych szans. Sierżant powstrzymał następnego żołnierza próbującego szukać schronienia w betonowych ruinach.

– To jest grobowiec – krzyknął mu w twarz i siłą powalił na ziemię.

W tej samej chwili rozległ się huk, po którym świat powinien przestać istnieć. Dwa pociski wielkiego kalibru trafiły równocześnie w jeden punkt. Oszołomiony szeregowiec patrzył na fontannę gruzu tryskającą z miejsca, w którym znajdował się niegdyś bunkier. Doznał olśnienia lub po prostu porażającego szoku. Rozpoznawał wśród kawałków betonu i strzępów rozdartej blachy ludzkie szczątki. Mógłby przysiąc, że widzi głowę tego, który przepowiadał burzę. Głowa krzyczała coś do niego, była starsza stopniem i zapewne wydawała ważne polecenie. Chciał pobiec tam, złapać czerep kaprala meteorologa, żeby nie rozpadł się jak arbuz, spadając z dużej wysokości. Wzruszająca żołnierska troskliwość – towarzysze broni. Później przyłoży okaleczony czerep do ucha, tak jak się robi ze znalezionymi na morskiej plaży muszlami. Będzie słuchał uważnie każdego słowa, szumu, no i oczywiście nawilży roztrzaskaną skorupę wodą z własnej manierki.

Na szczęście szeregowiec potknął się i runął w lej wyorany przez pociski. Upadł na twarz. Poczuł smak krwi z rozbitych ust.

„Będzie burza” – mówił kapral rano.

A może było to w zeszłym miesiącu? Może kapral powiedział: „Dam sobie głowę uciąć, że będzie burza?”. Właściwie mógł tak powiedzieć.

Noc znów stała się cicha. Szeregowiec leżał bez ruchu, czekając na odgłos strzału w potylicę. Czy usłyszy strzał, zanim umrze? Chyba tak. Ostrzał artyleryjski ustał, jednak nikt nie przychodził, aby zająć wzgórze. Zgodnie z koszmarną wojenną logiką po takiej nawałnicy powinno nastąpić natarcie piechoty. Teraz zresztą do zdobycia H 224 wystarczyłby pluton uzbrojony w pistolety na wodę. Nic się nie działo. Chłopak przytulił się mocniej do chłodnej ziemi. Wdychał intensywną woń, niespodziewanie przypominającą zapach nieuleczalnej choroby. Pomyślał, że wzgórze musi cierpieć. Bomby rozrywają żywą tkankę, zdzierają świeże strupy, jątrzą w ranach, które nie zdążyły się jeszcze zabliźnić. Jeśli wzgórze odczuwa ból, to jakże musi ich wszystkich nienawidzić. Zaczął padać deszcz. Krople wsiąkały w mundur szeregowca, po kilku minutach pierwsze strużki wody rozlały się po jego plecach. Pod przemoczoną bluzą koszula zamieniała się w chłodny kompres. Mdły zapach choroby ulotnił się i chłopak nie był już pewny, czy ziemia rzeczywiście cierpiała. Być może bliskość rozkładających się ciał sprawiła, że uległ złudzeniu. Albo wszechobecny tutaj swąd prochu?

Dno leja powoli wypełniało się wodą. Musiał podciągnąć się wyżej, tam gdzie nie sięgała błotnista kałuża. Zmiana pozycji wywołała atak dreszczy – mokre ubranie, klejąc się do skóry, wysysało z organizmu resztę ciepła. Szeregowiec spostrzegł, że zrobiło się jasno. Leżąc w rowie, przegapił świt, tymczasem niebo nabrało stalowoszarej, wojennej barwy. Znalazł się w pułapce. Zamknięty w ciasnej klatce pod ołowianym niebem, którego ciężar poczuje wkrótce na karku. Stąd nie było ucieczki. Jakaś postać pochylała się nad nim, widział wyraźnie lufę karabinu, lecz ludzkie widmo przysłaniała mgła i ciężkie opary.

– A więc tu się schowałeś! Myślałem już, że cię dostali – powiedział Sierżant.

Stał na skraju leja, był prawdziwy, z krwi i kości i prawdziwa była poranna mgła.

– No co jest, obudź się wreszcie – warknął. – Przeleżałeś cały atak, całą pieprzoną noc gniłeś w tej norze, kiedy inni walczyli o twoją dupę!

Chłopak uświadomił sobie, że właściwie czekał na nadejście nieprzyjaciół. Chciał ujrzeć ich twarze, aby uczucie nienawiści nadało jego śmierci ludzki wymiar. Gdzie oni byli?

– Weź się w garść, gówniarzu. – Sierżant szarpał go za rękę.

Pozostali żołnierze przybiegli oglądać widowisko. Jeden, drugi… Wszyscy. Pomogli mu wyczołgać się z kryjówki. Ich obojętne twarze nie wyrażały zgorszenia. Były podobne do woskowych odlewów utrwalających oblicza ludzi, którzy już od dawna nie żyją.

– Kurwa, obudź się! – Sierżant wymierzył mu policzek, a potem chwycił chłopaka za włosy i przyciągnął do siebie jego głowę. – To twoje flaki powinienem zeskrobywać z kamieni. Ty cholerny, parszywy tchórzu!

Ich twarze zbliżyły się ku sobie niby w zapowiedzi pocałunku. „Jeśli mnie poliże, odgryzę mu język” – postanowił szeregowiec.

– Zapamiętaj moje słowa. – Na skroni Sierżanta pulsowała niebieska, nabrzmiała żyła.

Chłopak nie odrywał od niej wzroku. Tak dobrze byłoby wyszarpać ją zębami spod chropowatej skóry. Sierżant odepchnął go i zwrócił się do reszty oddziału.

– Możecie się trochę przespać, zasłużyliście na odpoczynek. – Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. – A ty pójdziesz na punkt obserwacyjny – polecił szeregowemu.

– Tak jest – odparł chłopak.

– Nie sądzę, żeby miało się coś stać – dodał Sierżant – ale lepiej mieć oczy otwarte. Weź się w garść, synu.

– Tak jest, sierżancie.

Dowódca odszedł, nie wspominając żołnierzy z bunkra oraz zwiadowców. Stąd i tak nie było ucieczki.

Punkt obserwacyjny znajdował się w ruinach parterowego domku, w którym przed wojną mieszkali właściciele dwóch groźnych psów. Szeregowiec pamiętał, że kiedyś obok domu stały budy opatrzone tabliczkami z imionami tych zwierząt. Na drewnianym ogrodzeniu wymalowano ostrzeżenie: „UWAGA! ZŁE PSY”. Budynek został zniszczony pierwszego albo drugiego dnia walk. Był to jedyny cywilny obiekt na wzgórzu. Zachowało się po nim miejsce przysypane stertą gruzu, gdzieś na dnie rumowiska leżały przerdzewiałe psie wizytówki. Deszcz przestał padać. Żołnierz ukrył się w ruinach, skąd obserwował przez lornetkę okopy wroga. Jak zwykle po tamtej stronie panował absolutny bezruch. Co najwyżej jakiś teatr cieni,pojawiających się na mgnienie oka i natychmiast znikających. Tylko zamaskowane stanowiska artylerii, umocnienia i gniazda karabinów maszynowych pozwalały domyślać się obecności wojska.

Psy nazywały się Kerberos oraz Hypnos. Groźnie, ale ładnie.

Szeregowiec zauważył, że oddziały oblegające wzgórze zachowują się niezwykle statycznie. W zasadzie nikt dotąd nie widział, aby „cienie” przegrupowywały swoje szyki, nikt też nie słyszał odgłosów dochodzących z ich pozycji. Zawsze Sierżant pierwszy spostrzegał przygotowania do ataku i rzeczywiście po chwili baterie wroga rozpoczynały regularny ostrzał. Na początku, gdy obroną dowodzili oficerowie, wydawało się, że wzgórze jest nie do utrzymania. W trakcie kilkunastogodzinnej krwawej bitwy obrońcy ponieśli ciężkie straty i dowodzenie nad garstką ocalałych objął Sierżant. Było oczywiste, że to już koniec. Wówczas wróg zmienił taktykę. Szeregowiec nazywał to po cichu „dziwną wojną”. Mimo wielu okazji do opanowania H 224 oblężenie ciągnęło się w nieskończoność. Po co atakować coś, czego nie chce się zdobyć?

Nie ma na świecie armii, która przez wiele tygodni marnuje amunicję i czas, nie starając się nawet wyrwać przeciwnikowi kawałka ziemi. Lepiej stracić paru ludzi niż zrzucać na konającego przeciwnika tony kosztownego żelastwa. Działania nieekonomiczne i bezcelowe są w wojennym kodeksie jednym z grzechów głównych. Taktyki wroga nie uzasadniało bohaterstwo, a chęć oszczędzenia kilku nic niewartych żołnierzy za tak wysoką, realną cenę w ogóle nie wchodziła w grę. Żołnierze są przecież po to, żeby ginąć. A więc dlaczego ta cała gra?

– Oni nie wiedzą, na co nas stać. Boją się, że szykujemy niespodziankę, dlatego próbują zmusić nas do kapitulacji – twierdził Sierżant.

Bzdura. Po tylu dniach walki nie mogli się aż tak mylić.

– Gdy nadejdzie pomoc i okaże się, że wzgórze obroniła mała grupka bohaterów, otrzymamy najwyższe odznaczenia – marzył Sierżant. – A oni będą smażyć się w piekle dla idiotów – śmiał się.

Bzdura. Ordery-bajery pobrzękują na piersi, w której bije serce, a piekło jest dla martwych. Tobie, Sierżancie, mogą włożyć medal do ust niczym obola. Albo niech ci go wepchną w dupę, z baretką dyndającą na wietrze jak ogonek. Zresztą z pewnością by się pomylili.

Odsiecz nie nadejdzie. Ile dni będzie to jeszcze trwało?

Szeregowiec rozglądał się dokoła, mając nadzieję, że ktoś wreszcie zechce zmienić nieznośny stan rozciągniętej w czasie agonii. Co oni tam robią? Może wojna się skończyła i zwycięzcy zabawiają się kosztem pokonanych? Jakiś napuszony generał oprowadza wycieczki, turyści słono płacą, aby ujrzeć przez lunetę osobliwy spektakl śmierci. Dzieciom i kobietom przysługują zniżki, za to w oficjalne święta państwowe każdy może sycić się widokiem rozlewanej krwi za darmo.

Chłopak odłożył lornetkę – nie była mu potrzebna. Najchętniej zamknąłby oczy i uciekł w sen. We śnie zdarzało się, że wróg atakował wzgórze. On trafiał do niewoli, czasem ginął, a wtedy unosił się wysoko ponad ziemią. Lot kończył się w okopach.

„Tutaj jest twoje miejsce” – mówił Sierżant ze snu i chłopak otwierał oczy.

– Tutaj jest twoje miejsce – mówił Sierżant.

To było koszmarne: H 224 we śnie – H 224 na jawie.

Na wzgórzu nie było żadnych kwiatów. Nie chciały rosnąć, mimo że wojna dostarczała ziemi wystarczającej ilości nawozu. Widać Najważniejszemu Generałowi zabrakło fantazji. Szeregowiec wyobraził sobie różę, z której codziennie opada jeden płatek. Kocha, lubi, szanuje… Dezercja, kapitulacja, śmierć…

– Nie poddamy się sukinsynom, chłopcy – zapewniał Sierżant.

Szlag by go trafił.

Chłopak wydostał się nagle z wirówki różanych płatków. Słyszał podniesiony głos Sierżanta, jakieś ożywienie zapanowało wśród obrońców H 224. Opuścił swój posterunek i rzucił się biegiem w kierunku wrzawy. Nie wierzył własnym oczom. Z nocnego zwiadu wrócili zaginieni zwiadowcy. Ich twarze były szalone. Mówili i gestykulowali, cieszyli się, a pozostali żołnierze nie potrafili pojąć sensu tej radości.

– To niemożliwe. – Sierżant kręcił głową. – Oni zwariowali. To zwyczajny szok.

– Tam nikogo nie ma! – upierali się. – Przeszliśmy przez ich pozycje, ale nikt do nas nie strzelał.

– Kiedy obejrzeliśmy się – opowiadał starszy z żołnierzy – nie było bunkrów ani dział. Pustka. Za nami pustka, a z przodu coś cholernie dziwnego.

– Jak tam było? – wyrwało się szeregowemu.

– Stul pysk! – Pan i władca spojrzał na niego z wściekłością. – Dałem ci rozkaz – ciągnął. – Powinieneś meldować o najmniejszym ruchu na stoku. Przez ciebie mógł nas wystrzelać pojedynczy snajper! Mam już ciebie dość, parszywy, nieprzydatny gnoju!

– Panie sierżancie – przerwał zwiadowca. – Tam nikogo nie ma! To wszystko jest zbiorową halucynacją.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Pilipiuk bowiem tak naprawdę pisze o swoich współobywatelach i uwypukla ich życiowe traumy. W przeciwieństwie do Sienkiewicza – i obrazu jego narodu, jaki się u nas przyjął – nie pokazuje patosu czy desperackiej odwagi, z którą na przykład polska jazda atakowała niemieckie czołgi. Zamiast tego wybrał poruszanie się na granicy absurdu.

— Pagi, Recenzja „Kronik Jakuba Wędrowycza” na czeskim portalu „Neviditelny pes”

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

„Kajko i Kokosz – Komiksowa Archeologia” w Ostrołęce
from to
Komiks
Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce
Spotkania z Rafałem Dębskim w Gdańsku, Tczewie i Elblągu
Aktualności
Księgarnia Bookbook, Elbląg ul. Grunwaldzka 29
Spotkanie z Łukaszem Orbitowskim "Jak zaczynałem?"
Aktualności
De Revolutionibus. Books&Cafe (Bracka 14, 31-005 Kraków)
Kutnowskie Dni Fantastyki 2017
from to
Aktualności
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kutnie
Około literatury - o tworzeniu światów w fantastyce
Aktualności
Łódzka Fundacja Zapiecek (Wólczańska 40/42)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!