Jarosław Misiak „Trup albo koszmarny ciężar śmierci”


Adam umarł nagle. Zdarzyło się to w środku nocy, podczas snu; gdy rzeczywistość i tak istnieje tylko na niby. Jego serce przestało bić, oddech ustał, a ciało nie reagowało na jakiekolwiek impulsy. W pierwszej chwili Adam sądził, że zbudził się zbyt wcześnie i dlatego tak długo nie może dojść do siebie. Był lekki, bezcielesny, poruszał się, chociaż nie czuł żadnego oporu. Patrząc na człowieka leżącego na łóżku, zrozumiał, że to jest właśnie śmierć. Kiedy umiera się w taki sposób, nie ma właściwie czego żałować. Adam odczuł zmianę sytuacji jako coś zdecydowanie pozytywnego. Uwolnił się od bólu, głodu, pragnienia oraz fizjologicznych potrzeb, wszystko pozostało tam, na dole, w osiemdziesięciu kilogramach martwego ciała.

Dopiero o świcie mógł się dokładniej przyjrzeć swoim zwłokom.

Z wyraźnym niesmakiem stwierdził, że nie wygląda na ładnego trupa. Trzydniowy zarost na twarzy przypominał jakiś brudny nalot albo pleśń, która atakuje zapomnianą kromkę chleba. Dłonie zaciskały się na pościeli, jakby nieboszczyk zamierzał jeszcze naciągnąć kołdrę na głowę, aby ukryć się przed promieniami słońca. Był blady, jego usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym grymasie, zaś spod kołdry wystawała owłosiona łydka i stopa. Szczególnie stopa wywoływała wrażenie niestosowności: duża, koścista, z brudnymi, pozawijanymi paznokciami. Za życia Adam zwykł chować ją w skarpetce, jednak teraz był zupełnie bezradny.

Zareagował gwałtownie na dźwięk budzika, ale temu na dole pobudka nie zmąciła spokoju. Nie przeszkadzało mu irytująco natarczywe dzwonienie, które jeszcze wczoraj automatycznie uruchamiało rękę, błądzącą w poszukiwaniu wyłącznika. Temu na górze pobudka wciąż sprawiała przykrość, lecz on nie mógł już nic na to poradzić.

Z przyzwyczajenia sięgnąłby po papierosa, przetarł oczy i włączył radio. Jego trup nawet nie drgnął – w końcu można się było tego spodziewać. Leżał tak, biedaczysko, z zamkniętymi oczami, nieogolony, bielszy od prześcieradła. Wielka, brzydka stopa mierzyła paluchami w sufit albo jeszcze dalej, gdzieś między chóry pokracznych aniołów.

Adam nie mógł pojąć, dlaczego ciągle tkwi tutaj, w towarzystwie smutnego nieboszczyka, do którego czuł nawet odrobinę sympatii, ale tym bardziej chciał się z nim ostatecznie pożegnać. Skoro oddzielono już duszę od kości i mięsa, to chyba nie okaże się, że śmierć popełniła falstart?

Gdy spojrzał na zegarek, dłuższa wskazówka dobiegała akurat do mety kolejnego okrążenia. Krótka ułożyła się nieruchomo w pozycji „siedem”, a to oznaczało, że za chwilę powinno zdarzyć się coś niezwykle interesującego. Był mile zaskoczony, odczuwając emocje – dotychczas sądził, że bez adrenaliny lokatorzy zaświatów skazani są na wyjątkowo nudną egzystencję. Czekał, aż poruszy się klamka w drzwiach, a potem nastąpi tak dobrze znane skrzypnięcie zawiasów i poranna modlitwa klejących się do podłogi kapci. Plask, plask, plask. Przerwa. Plask, plask. Zanim zdążył się nad tym zastanowić, do pokoju weszła żona. Plask, plask, plask. Postawiła kawę na stoliku obok łóżka, a przy okazji zrzuciła na podłogę paczkę papierosów. Schylając się po nią, musnęła włosami twarz trupa, lecz on zignorował łaskotanie.

Adam czekał na pierwszą oznakę szoku. Spodziewał się ujrzeć coś niezwykłego, usłyszeć krzyk kobiety, czy chociaż zobaczyć w jej oczach wyraz bezgranicznego zdumienia. Tymczasem ona wymamrotała pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa i niedbałym ruchem poprawiła poduszkę pod głową nieboszczyka. Jej wzrok zatrzymał się na moment na wystającej poza łóżko stopie. Później odwróciła się i zrobiła: „Plask, plask. Przerwa. Plask, plask, plask”. Drzwi zamknęły się z – jak zawsze – odrobinę zbyt głośnym trzaśnięciem. Anormalna normalność. To Adam doznał szoku. Gdyby mógł mówić, to z pewnością zaniemówiłby.

Przez najbliższą godzinę myślał o tym, czy to możliwe, aby żona niczego nie zauważyła. Tak czy owak, wychodziło, że to nieprawdopodobne. Następne skrzypnięcie drzwi zaskoczyło go pogrążonego w rozmyślaniach o ludzkiej ułomności. Kobieta wtargnęła do pokoju niespodziewanie.

– Ewa przyniosła gazetę – oznajmiła.

Nigdy wcześniej Ewa nie przynosiła gazet, a przecież Ewa nigdy nie robiła dobrowolnie rzeczy, których nigdy przedtem nie robiła. Dzięki doskonale monotonnemu trybowi życia była niemal stuprocentowo przewidywalna. Coś jak pralka automatyczna, z tą tylko różnicą, że pralkę można sprzedać, zaś wyjęcie wtyczki z gniazdka nie jest karalne. Oboje zresztą byli pod pewnymi względami do siebie podobni. Żyli obok siebie, jedli obok siebie, znali się nawzajem do tego stopnia, że nie musieli nawet ze sobą rozmawiać.

Od kilku godzin jednak Adam był martwy, a Ewa ciągle wymigiwała się od zostania wdową. Musiała zauważyć, że umarł. Inaczej nie pochylałaby się nad łóżkiem z tym głupkowatym wyrazem twarzy, który pojawiał się u niej, ilekroć odnajdywała wśród nekrologów nazwiska starych znajomych.

– Źle dzisiaj wyglądasz, biedaku – zwróciła się do nieboszczyka, jak gdyby nic się nie stało.– Ewa zadzwoni do twojego najlepszego kolegi i odwoła dzisiejszego brydża.

Kobieta dotknęła delikatnie czoła zmarłego. Gdyby Adam żył, z pewnością wstrzymałby oddech i otworzył usta z wrażenia.

– Eee… – Ewa uśmiechnęła się przyjaźnie. – Nic ci nie będzie, nie masz nawet gorączki.

Plask, plask. Przerwa. Plask, plask, plask.

Został sam. Jego żona zupełnie zbzikowała. Nie podejrzewał, że tak bardzo przeżyje jego śmierć. Chciał się już stąd wyrwać i pomknąć do miejsca przeznaczonego dla świeżo porzuconych dusz, lecz coś mu w tym przeszkadzało. Nie chodziło tu o jakieś fizyczne bariery, Adam był po prostu w tajemniczy sposób związany ze swoim trupem. Nie mógł się od niego oddalić. Miał teraz do rozwiązania poważny problem. Musiał ustalić, co go tutaj zatrzymuje i kiedy wreszcie odzyska pełną swobodę. To głupie uczucie – zostać nagle pozbawionym cielesnej powłoki, a jeszcze głupsze – być skazanym na widok własnego trupa.

I na dodatek nie móc schować pod kołdrę osobistej stopy! W ciągu następnych czterech godzin Adam zapoznał się dokładnie z wszelkimi odmianami pojęcia nudy. Ludzka dusza, uwięziona w pomieszczeniu, w którym spędziła spory kawałek swej doczesnej egzystencji, ma naprawdę niewiele do roboty.

Kobieta zostawiła na stoliku gazetę, starannie złożoną na cztery części. Lektura ćwierci strony gazety jest o tyle pouczająca, że zmusza wyobraźnię do beznadziejnej próby zrekonstruowania niewidocznych fragmentów artykułów. Pierwsze trudności zaczynają się już na etapie tytułów. Czy znany polityk został przyjęty przez innego znanego polityka, czy może spotkał się w motelu z nieletnią prostytutką? Kto wie. Oczywiście, Adam usiłował rozłożyć gazetę, ale okazało się, że nie jest w stanie wpływać na materię tego świata. Nawet drobinki kurzu drwiły sobie z jego starań, zaś większe paprochy w ogóle nie zwracały na niego uwagi. Gdyby Adam żył, z pewnością spociłby się z wysiłku.

Około jedenastej dał sobie spokój z próbami przesuwania przedmiotów i do południa gapił się posępnie na drogiego, bliskiego nieboszczyka. Musiał zresztą patrzeć, bo dusze nie mają powiek do zamykania. Taki zwyczaj. Ewa przyniosła piwo. Dwie puszki, które postawiła na stoliku, zabierając stamtąd zimną kawę i nieprzeczytaną gazetę.

– Ewa przyniosła piwo – powiedziała odkrywczo. – Ale nie wypijaj go od razu, tylko poczekaj do obiadu. Dobrze?

Nerwy Adama nie wytrzymały. Wykonał ruch, w który włożył cały, duchowy impet, i przeleciał na wylot przez ciało żony. Nie spodziewał się po tym wiele, ale miał nadzieję, że kobieta odczuje przynajmniej przejmujący dreszcz. Nie odczuła niczego. Taki obrót spraw zaczynał go coraz bardziej niepokoić. Miał za sobą życie i śmierć, a przed sobą cholernie marne perspektywy. Żadnej jasności na końcu tunelu ani spotkań z od dawna nieżyjącymi przyjaciółmi. Gdzie się podział Bóg albo chociaż jego nadęci wysłannicy, odpowiedzialni za godne powitanie bezdomnych dusz?

Ten na łóżku wylegiwał się za wszystkie czasy. Sztywny jak kłoda i niemy jak kłoda. Dobrze, że kołdra zasłaniała większą część jego ciała, co oszczędziło Adamowi przykrej konfrontacji z nagością własnych zwłok. Dobrze też, że dusze mają niezwykle przytępiony zmysł powonienia. Za życia nie cierpiał charakterystycznego, trupiego zapachu, który przyprawiał go o mdłości. Ciekawe, czy teraz poczułby to samo? Tak jak się spodziewał, Ewa przyszła po talerz oraz puszki.

– No i co, czujesz się lepiej? – spytała. – Ewa włączy ci telewizor, zaraz będzie nasz ulubiony serial.

Po jej wyjściu Adam popadł w apatię. Próbował się skupić, lecz filmiszcze, którego szczerze nie znosił, nie pozwalało mu na zebranie myśli. Przypominał sobie antyczne historie o losach zmarłych, których ciała nie zostały pogrzebane. Może w owych bajkach tkwiło ziarno prawdy? Uciekał, jak tylko mógł, od myśli o tym, co się stanie, jeśli obłęd żony potrwa na przykład tydzień? Ich dom znajdował się na uboczu. Ewa nie miała przyjaciółek, a jego nieliczni znajomi na ogół nie składali niezapowiedzianych wizyt. Na domiar złego nie mieli dzieci i już od paru lat żadnej bliższej rodziny. Od ponad miesiąca Adam nie musiał pracować, z czego nie zdążył się zbytnio nacieszyć, ale za to zdążył tego pożałować. W miarę upływu czasu osuwał się w czarnowidztwo, którego zdradliwe dno ujawniało przed nim kolejne poziomy. Na szerokim świecie szalała śmierć, tłumy dusz podążały w zaświaty, a on nadal na coś czekał…

Na kolację Ewa przyniosła tacę zastawioną przeróżnymi smakołykami. Było ciasto ze śliwkami i martwy, nadziewany ptak. Były owoce, kieliszek napełniony czerwonym winem i jeszcze wiele innych „wymyślnych” przysmaków. Adam jeszcze nigdy w tym domu nie widział takiej kolacji, nie wspominając nawet o jej zjedzeniu.

– Ewa przyniosła ci coś dobrego, żebyś szybko wracał do zdrowia.

Obeszła dookoła łóżko i leciutko uchyliła okno. Przez dłuższą chwilę gapiła się w szarzejące niebo, jakby nagle odkryła fakt, że świat nie kończy się na tym, co pod nogami.

– Pięknie – powiedziała, wdychając pełną piersią orzeźwiające powietrze. – Ewa uchyliła okno, żeby ci nie było w nocy duszno. Musisz dobrze wypocząć, na jutro zapowiadają upał.

Ściągnij tekst:
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Cintryjka

Nazgul Ortografii, redaktorka-hobbystka, okazjonalnie recenzentka. Długi staż recenzencki sprawił, że zrobiłam się bardzo wybredna i teraz czytam już tylko to, na co naprawdę mam ochotę. Jeśli jest to fantastyka, to bardzo rzadko polska. Jeśli już polska, to najczęściej z oferty wydawnictwa Powergraph. Strona językowa i stylistyczna utworu ma dla mnie pierwszoplanowe znaczenie, dobra fabuła to nie wszystko. Ważna jest również konstrukcja psychologiczna postaci. Moim ulubieni fantaści to Scott Lynch, Peter Watts, Neal Stephenson, Jim Butcher, Matthew W. Stover, Dan Simmons, Agnieszka Hałas, Anna Kańtoch i Wit Szostak.

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Kiedy próbuję sobie wyobrazić, że moje życie jest, w takim większym wymiarze, czekaniem na urlop, a w takim mniejszym wymiarze, czekaniem na piątek – to mi się zimno robi. Groza miesza się ze współczuciem.

— Łukasz Orbitowski, Radiowa „Trójka”: „Z najwyższej półki”

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Wystawa komiksów w Muzeum Narodowym w Krakowie
from to
Komiks
Muzeum Narodowym w Krakowie (al. 3 Maja 1, 30-062 Kraków)
Spotkanie z Joanną Baran w Szczecinie
Aktualności
Miejska Biblioteka Publiczna w Szczecinie (al. Wojska Polskiego 2)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!