Adam Cebula „Grzech niepierworodny” (6)

Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

– Że co?

– Świat naprawić.

– A nie można naprawy tego świata zacząć od połatania dachu? Na co mi jakaś ta… misja? Nie można zwyczajnie porządnie i równo deski rżnąć i je przedawać?

– No nie… Jak bez misji? Bez misji nie można.

– A czemuż to? No? Mamże u was darmowe porady, odpiszcie se jedną i odpowiedzcie.

Guru zmarszczył brwi, spojrzał na czubek swojego nosa i jęknął.

– Boli. Boli głowa. Nie wiem, czemu bez misji nie można. Pewnie się i da. Nikt chyba o tym nie pomyślał.

*****

Ongard raz kolejny zmarnował pół dnia w ratuszu. Kolejny raz pisarz zapewniał, że trzyma stronę pokrzywdzonych, i kolejny raz wpisał sprawę na początek kolejki, przesuwając ich przed spór o kozę, co zeżarła na rynku miotłę cieciowi.

Wracał wkurzony przez felerną kładkę i tym razem zgubiła go rutyna. Na samym środku fosy, gdzie złamana żerdka nurzała się w bajurze, trzeba było zwolnić i stawiać kroki z najwyższą ostrożnością. Nie trafił stopą na podparcie, rymnął do wody i skąpał się po czubek głowy. Wracał do warsztatu, wytrzepując błoto z rękawów, wybierając zbutwiałe liście z włosów, usiłując choć trochę wykręcaniem osuszyć odzież.

Coś go podkusiło, gdy zobaczył, że przed chatą wójta tli się ognisko, a wkoło kupa luda. No bo jak ma mieć misję, to trza temu durniowi, co czternastu od czterdziestu nie odróżnia, przykopać. Z daleka słyszał podniesione głosy, ktoś namiętnie argumentował, kilku innych wtórowało mu w zupełnej zgodzie. Co chwilę wspólnie wrzeszczano „złodzieje!”.

– No i jak tam, wójcie, wicie już, ile to tuzinów czterdzieści? – zagaił, gdy się zbliżył do zbiegowiska.

– A jak wasza piła, oddali? – zapytał ktoś z zebranych.

– A, piła, wciórności, w ratuszu.

– A widzita – wrzasnął wójt – mówię, że złodzieje.

– Złodzieje, złodzieje! – powtórzyli ochoczo.

– A ty co? – Ongarda chwyciło naraz dwóch młodszych chłopów – chcesz odzyskać piłę, czy nie? Jesteś z nami, czy ze złodziejami?

– No powiedz szczerze, kim są ci z ratusza? – zapytał były wójt, podsuwając mu pod nos sękaty kij. Ktoś łupnął Ongarda w plecy albo niżej, aż świeczki stanęły mu w oczach. Wykręcił się majster i zobaczył osobnika z łbem ogolonym na łyso, wysmarowanym dziegciem przeciw wszom. Osobnik patrzył zajadle i najwyraźniej blokował drogę w tył.

– No jak?

– Złodzieje! – Ongard wydusił z siebie.

*****

Ongard usłyszał hałasy przed chałupą. Stał tam wójt, kilku chłopa, był wśród nich Maniuś. O coś głośno się sprzeczali. Przez uchylone okno dobiegały go urwane zdania.

– Łon miastowy. Nie można go do tego mieszać!

– A co gadata, jaki miastowy, przecie mu piłę trzymią w ratuszu. Z nas wszystkich najbardziej stratny. Jaki interes ma z łonymi trzymać?

Rozmowa, a właściwie kłótnia, polegała na tym, że powtarzano tę kwestię w różnym tonie i kolejności, dodając na okrasę, że majstrowi źle albo dobrze z oczu patrzy. Nie zdążył się Ongard dobrze zdziwić, a tym bardziej zrozumieć, o co chodzi, gdy delegacja podeszła pod drzwi chałupy i zaczęła się niezbyt natarczywie dobijać.

– Bo widzita… Grzdaczka na jajkowym łoszukuje. – Stary wójt zaczął sprawę wyłuszczać.

– A co ja mam…

– No bo – podrapał się po głowie wójt – trza by dusze na podgrodziu porachować. Ma być po jajkiemu na dwie niedziele od chłopa i po jajkiemu od baby. Dziewuchy, chłopaczyska i dzieciska się nie wliczają. Tak że po mojemu wychodzi, że my tych jajków za wiele dajemy.

Ongard spojrzał za siebie. Na warsztacie schła właśnie robota. Misterne szaragi, które mu było pilno wykończyć dla rajcy Kuzynofa.

– Poczekajcie ze dwa pacierze, dokończę kłaść podkład.

*****

Walery Grzdaczka najwyraźniej nie miał ochoty bronić swego urzędu. Posłuchał lamentów kupy wieśniaków, żarliwej przemowy starego wójta, podrapał się w głowę i powiedział:

– No, to wybierzcie se kogo chcecie na wójta, tylko trza to obieranie wedle obyczaju prowadzić. Trza dzbany przynależne pretendującym ustawić, a ludziska będą wrzucać na nich kule. Jako by był jeno stary wójt pretendentem, to każden będzie brał po dwie kule, czarną i białą, i jedną wedle uznania wrzuci. A potem się przeliczy, i będziecie mieli wójta, abo nie.

Ongard widział w oczach Grzdaczki uśmiech i ironii, i zadowolenia. Tajemnicy nie było, że Walerian talary robił na handlu futrami. Jako że był mniejszym rajcą, musiał z nadania ratusza jakoweś urzędy przyjmować. Aliści najpilniej musiało mu być do handlu, przez co sprawy podgrodzia szły kulawo. Było całkiem naturalne, że przy lada okazji chciał się pozbyć ciążącego mu zajęcia i cały czas poświęcić na to, co brzęczącą i błyszczącą monetę przynosiło garściami. Wszelako Grzdaczka jaki był, to był, lecz rachować znacznie dalej niż do czterdziestu potrafił, był piśmienny.

– A wy, majstrze Ongard, nie chcieliby w szranki stanąć ze starym wójtem? – zapytał Grzdaczka.

– A nie, nie, urzędy to nie dla mnie.

*****

– No przecie mówiłeś, że mam misją. – Zdziwił się, gdy Guru zadzwonił ostrzegawczo, a nawet z trwogą.

– Ale trza wiedzieć, z kim misją wieść – odpowiedział ze złością Guru i zniknął.

Ongard został sam, gapiąc się w papiery i przyświecając świecą. Grzdaczka oddał urząd, z nim oddał rachunki, i najwyraźniej zadowolony wrócił do swej kamienicy w mieście. Nowy stary wójt ludziskom naobiecywał: że bruk na placu, gdzie mieniali się gęsiami na sery i na odwrót, a czasami nawet coś za miedziaki przedawali, kamieniem wyłoży, coby se kumochy nóg nie błociły. Że jajec będzie mniej zbierane z tych, co to co do ratusza szły. Że tak w ogóle będzie lepiej. A on teraz zaczął liczyć, na co naprawdę starczy.

– Po pierwszemu, to się same będziemy rządziły. Psu na budę sądy w ratuszu, bo one niczego nie rozsądzają, ino miedziaki nam zabierają – darł się wójt do zebranych. A zebrani wrzaskiem ogłaszali mu poparcie. – Majster Ongard zajmie się naszymi rachunkami. Łobiecał – tłum wrzeszczał z radości. – Bedzie lepiej!

– Tak, lepiej! – wrzeszczeli ludziska.

Jajcy faktycznie wyszło po rachunkach pięć mniej. Ongard podrapał się w głowę. Pięć jajec w miesiąc na tyle luda? Trochę mało, coby było lepiej. Bruk na placu? Brukarz brał miedziaka za obłożenie płachty. Plac miał ze ćwierć morgi… Sto płacht, jak by nie liczył.

*****

Stary nowy wójt stukał do drzwi. Minę miał markotną i nie dziwota, bo mu ślepia ktosik podzelował. Mrugał co chwilę podbitym okiem, unikając spoglądania Ongarowi w twarz.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Średnio o średniej”
Para-Nauka - 23 grudnia 2015

na drugim efekt uśrednienia. Musze od razu zaznaczyć, że aby uzyskać tak zaszumione zdjęcie, musiałem się…

Adam Cebula „Szlachetnie ciepło”
Para-Nauka - 13 października 2014

Numer dokładnie taki sam, jak z ciepłem i temperaturą. Ilość światła produkowanego przez lampę mierzy…

XXXII Zielonogórski Festiwal Fantastyczny – Bachanalia Fantastyczne
Aktualności - 10 października 2018

Zapowiedź XXXII Zielonogórskiego Festiwalu Fantastycznego – „Bachanalia Fantastyczne”.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!