Adrianna Filimonowicz „Przeciętni” (4)

– Dlatego go nie znalazłam… Zadźgałeś go wcześniej. Dlatego cię tak nosiło.

– Nie! Znaczy… – Wykonał krok naprzód, a ona odsunęła się kawałek.

– Zamknij się i lepiej nie zbliżaj. Nie podchodź! – Zaczęła się cofać krok po kroku, coraz szybciej.

– Dasza! To nie tak! On nie żył, jak przyszłaś, to prawda! Ale ja go nie zabiłem. On się sam dźgnął.

Dziewczyna nie zatrzymywała się, ale też nie przyspieszała. Wiktor stał jak wmurowany. Z każdym kolejnym słowem jego krzyk był coraz bardziej rozpaczliwy, histeryczny.

– Chciałem go powstrzymać, dlatego się szarpaliśmy! Naprawdę! Kurwa, próbowałem! – Słowa przerwał dźwięk gwałtownie chwytanego powietrza. – On był na schodach, pod dłońmi. Chciał sobie podciąć żyły. Wróciłem z… Wracałem skądś. Ni-nieważne! Myślał pewnie, że mnie nie będzie. Po drugim budynku kręci się ekipa Witka. Zobaczyłem go już z nożem w ręku. Na tej cholernej klatce schodowej. Akurat tam, tam pod obrazem, ale to nie moja wina! – Wiktor wpatrzył się z napięciem w Daszę. Próbował odzyskać wątek, sklecić jakiś logiczny ciąg. – Pobiegłem do niego, próbowałem mu to wyrwać. Obrócił nóż do siebie, zdołał mnie skaleczyć, puściłem jego rękę… i pchnął. Po prostu! Kurwa, uwierz mi, nie zabiłem go! Chciałem go powstrzymać. Chciałem go powstrzymać, ale mi się wyrwał. Ja już go kiedyś odcinałem, jak się próbował powiesić…

– A teraz go sam powiesiłeś, tak?!

Mężczyzna walczył ze szlochem. Pokiwał tylko głową. Dasza zatrzymała się. Coś, co mogło być intuicją albo doświadczeniem z ostatnich lat pracy z takimi rozbitkami, kazało jej przynajmniej słuchać do końca. A jeśli już na to się godziła, chciała też go widzieć.

– Powiesiłem go. A co miałem zrobić? Wiedziałem, że jak ktoś znajdzie zasztyletowanego człowieka w mojej „Zofiówce”, to uzna, że ja zabiłem.

– A tak co? Nie zauważy?

– Nie wiem… Nie myślałem normalnie. Chciałem go wynieść jak najdalej, nie mieć go obok, rozumiesz? Nie mieć go u siebie. Nie patrzeć już. Tyle krwi z tego było. Wyniosłem go do „Olinu”, a dalej… nie wiem. Wziąłem ten sznur i go powiesiłem. Wydało mi się, że tak przynajmniej w pierwszej chwili… Jakieś pozory? Nie wiem, naprawdę. Ale, Dasza, przysięgam, nie zabiłem go! Nie możesz myśleć, że go zabiłem! Próbowałem go ratować!

– To się nie trzyma kupy, wiesz?

– Wiem! I nic się nie trzymało… – Pochylił głowę, zacisnął palce na włosach. – Nie wiedziałem, co zrobić. Tyle czasu wierzyłem, że się nie zabije, że nie zdoła tego zrobić. Nawet jak już próbował. A on na moich oczach umarł.

Wierzyła mu bardziej, niż chciała to pokazać. Właśnie dlatego, że jego zachowanie nie trzymało się kupy.

– Muszę to ułożyć sobie w głowie. Nie wiem, co o tym myślę.

– Chcesz na mnie donieść?

– Nie. Ale nie idź już za mną. Wracaj do „Zofiówki”, nie pokazuj się nikomu na oczy.

Podniósł na nią wzrok. W świetle latarki jego twarz wyglądała przerażająco – jakby ktoś napiął skórę na czaszce, wydobył jej chudość sińcami i wprawił w oczodoły spojrzenia wszystkich szaleńców, jakich spotkał w życiu. Dasza skinęła temu upiorowi głową i obróciła się plecami. Znów ją dogonił.

– Weź to.

Bez słowa odebrała od niego bluzę i narzuciła na ramiona. Przyspieszyła, a on został gdzieś za nią, między drzewami. Kiedy po godzinie wróciła do „Olina” z policją, Damian wciąż tam wisiał, a oba budynki „Zofiówki” były idealnie ciche i puste.

Wiktor odważył się szukać z nią kontaktu dopiero po kilku dniach. Kiedy jednak zaczął, ponawiał próby konsekwentnie, nie zważając na brak odzewu. Dasza kilkukrotnie sięgała po dzwoniący telefon, by odrzucić go, gdy dostrzegała na wyświetlaczu napis „Damian”. Choć logika podpowiadała, że to, co robi, jest zwykłym katowaniem się, ciągle nie zmieniła nazwy w telefonie. Konstanty dał jej wolne, a nawet naciskał, by oderwała się od wszystkiego. I robiła to na swój sposób. Wyrwana z demencyjnego klimatu „Zofiówki”, znów zawędrowała na ulice wypełnione ludźmi o ściśle wypracowanym wyglądzie i zaplanowanej w najdrobniejszych szczegółach karierze. Krążyła między dekadenckimi klubami, eleganckimi kawiarniami i z przewrotną przyjemnością wyszukiwała miejsca, gdzie materia tej doskonałej rzeczywistości przetarła się. Weszła w wąską bramę, niemalże zagrodzoną wylewającymi się na chodnik ogródkami dwóch restauracji. W ciemnościach otwierał się inny świat – najpierw odstraszający smrodem moczu i rzygowin, a potem witający tych wytrwałych zapachem ogniska i kadzideł, które grupa studentów-uciekinierów paliła, by rozgonić ponurą aurę swojego życia. Przez chwilę piła z nimi i śmiała się z absurdalnego humoru, którym sypał Sławek. Kiedy zaczęli proponować dragi, odeszła. Nie miała dziś siły, by nad nimi pracować. Chciała poczuć zapachy rzeczywistości. Skręciła w Tamkę, potem w Topiel, nie zastanawiając się nawet, dokąd idzie. Z modnego, choć kontrowersyjnego klubu zajmującego sypiące się resztki po zrujnowanej rotundzie przy Dynasy wypadła jakaś zapłakana dziewczyna. Szlochała na głos, naciągając pospiesznie kurtkę na ramiona. Dasza bez namysłu skręciła w stronę wejścia. Czuła, że to miejsce właśnie ją zawołało.

W środku panowała dziwnie napięta atmosfera. Ludzie zdawali się  wystraszeni i czujni. Śmierdziało farbą i klejem, a klimat zagęszczała ciężka, elektroniczna muzyka. Dasza miała wrażenie, że wszyscy tutaj panicznie boją się wypaść z ról. Upozowani przy barze, przy wysokich stolikach, na kanapach, z drinkami w rękach czy skupieni wokół sziszy wyglądali na wyjętych z kadru dekadenckiego filmu. Przy ścianie dwóch mężczyzn tworzyło obrazy na cztery ręce. Przeplatali się i uzupełniali, dodając wzajemnie do swoich prac cienie, domalowując szczegóły, rozcierając plamy w fantazyjne kształty. Dasza zbliżyła się do nich. Widać było, że to nie pierwszy taki pokaz – zza świeżych warstw farby wychylało się pstrokate tło dawniejszych obrazów. Jeden z mężczyzn obcesowo odepchnął ją ramieniem i zabrał się za dopracowywanie nogi olbrzymiego pająka, który obejmował krople wody odbijające jakieś dziwne, abstrakcyjne sceny. Dziewczyna wyciągnęła telefon. „Jeśli chcesz się spotkać, przyjedź do klubu Drax na Powiślu. Zapłacę ci za taryfę” – napisała do Wiktora, po czym, nie czekając na odpowiedź, podeszła do baru.

– Long Island – rzuciła, siadając na hokerze.

Spojrzała pod nogi. Podłogę wylano betonem i oddano we władanie jakiemuś grafikowi, który upstrzył ją śladami życia, jakie przelewa się każdego dnia ulicami. Odciski podeszew, długie smugi pozostawione przez opony gwałtownie hamującego samochodu, zaschnięta krew, w kącie rozdeptana strzykawka z pordzewiałą igłą, pod samą ścianą plama rzygowin przysłaniająca dziecięce rysunki kredą i pole do gry w klasy. Nabazgrane byle jak wyznanie uczuć jakiejś Julce i nieodzowna w tej dzielnicy litera L w kółku. Dalej śmieci, podgniłe liście, złamany obcas i zgubiona pięciogroszówka. Obraz ulicy, której nikt nie sprzątał, z której wiatr niczego nie porwał, a deszcz nie zdołał zmyć. Dasza z fascynacją śledziła mikrohistorie pozostawione na podłodze i prowadzące pod samą konsolę DJ-a. Jakaś kobieta w szpilkach w panterkę właśnie odchodziła stamtąd. Spod jej obcasa wyłoniły się inicjały W.J/C.J. nakreślone sprayem. Telefon w dłoni Daszy zawibrował. Odpowiedź Wiktora była krótka: „Nie mogę”. Dziewczyna pokiwała głową sama do siebie i skupiła się na drinku. Ktoś ją zaczepił. O dziwo, nie pytając o to, co dziewczyna w T-shircie Metallici robi w takim miejscu, tylko… Właśnie, o co? Nie była pewna, chociaż coś mu odpowiadała. Muzyka sprawiała, że ledwo się słyszeli, a temat sztuki w tym miejscu stawał się tak pojemny i abstrakcyjny, że wiedza, o czym mówi druga strona, wydawała się kompletnie zbędna. Razem z drugim drinkiem przyszedł jeden z malarzy. Zdjął maskę filtrującą i zamówił piwo. Zaczęli więc omawiać powstający mural, przekrzykując równe, głębokie tony perkusji.

– Kto malował tę podłogę?! – wykrzyczała Dasza.

Ciemnowłosy mężczyzna odwrócił wzrok, zaczął powoli rozcierać na ręku plamę farby.

– Taka parka. Ja ich bliżej nie znałem. Możesz barmana pytać o szczegóły. Ja tylko wiem, że właściciel tego nie pozwala zmieniać. Zresztą no spoko, niezłe jest. Choć trochę bez fantazji.

– Bez fantazji… – zamruczała Dasza, wpatrując się w namalowane cienie latarni i człowieka tkwiącego pod nią w jakiejś bliżej nieokreślonej, chyba nonszalanckiej pozie. Od początku zastanawiała się, czy ma związek ze śladami butów, czy raczej z pustymi strzykawkami.

Wyszła z klubu chwiejnym krokiem, bardziej oszołomiona wonią farb i własnymi myślami niż alkoholem. Było szarawo – słońce powoli wychylało się zza upstrzonych reklamami bloków. Dasza skręciła w stronę Wisły. To była pora, kiedy tacy jak ona najbardziej rzucali się w oczy. Ci, którzy doskonale funkcjonowali obok ludzi uzdolnionych, ale odstawali od nich wszystkim poza talentem. To była pora, kiedy „The Best” łowiło niepokornych „geniuszy” – podejrzanych o działanie dla „Stabilizacji” i zwykłych buntowników jak Damian czy Wiktor. Co do tego, że i ten ostatni uciekł z programu, nie miała już wątpliwości.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!