Adrianna Filimonowicz „Przeciętni”

Zdjęcie: pexels.com

Dziewczyna roztrąciła w biegu dwóch mężczyzn idących środkiem chodnika. Rzuciła krótkie „sorry” i jeszcze przyspieszyła. Wymienili pogardliwe spojrzenia i skręcili w stronę klubu. Dasza starała się nie oglądać i nie zwracać na nikogo uwagi. Nocą ulica Nowy Świat miała specyficzny urok wystylizowanej rzeczywistości ludzi kultury, imprez i polityki. Trudno tu było zobaczyć kogoś źle ubranego albo z niemodną fryzurą. Rozmowy charakteryzował albo wyćwiczony luz, albo swobodna galanteria – zależnie, czy mijało się popularny klub czy elegancką restaurację. Dasza czasem, wbrew ostrzeżeniom przełożonych, zapuszczała się w te miejsca. Próbowała zachłysnąć się atmosferą, która zabrała jej rodzinę i przyjaciół – uwierzyć, że są szczęśliwi. Teraz jednak pędziła w stronę Dworca Śródmieście, nie bacząc na to, że rzuca się w oczy przeciętnością. Jej prosty strój – zadbany, ale zupełnie nijaki – był w tym miejscu wyzywający. Brak makijażu, krótko przycięte, niepomalowane paznokcie – to wszystko mogło sprowadzić na nią kłopoty, gdyby spotkała znajomego ze studiów czy dała się wciągnąć w jakąkolwiek konwersację. Ratowało ją to, że nikomu nie dawała wiele czasu na oglądanie jej. Sama czuła, że nie ma go wiele.

– Jedzie coś teraz do Otwocka? – rzuciła nerwowo do kasjerki, wpadając na dworzec.

Kobieta obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem.

– Informacja jest w okienku po prawej stronie.

– Dobrze. – Głęboki wdech. – Cokolwiek do Otwocka, co jedzie niedługo.

Chwilę później krążyła nerwowo po peronie, odliczając minuty. Jeśli Damian postanowi stamtąd zniknąć, na kolejne spotkanie może już nie być okazji. „Opanuj się. Czemu teraz miałby stamtąd uciekać? W środku nocy?” – spytała się w myślach, próbując ochłonąć.

Półtorej godziny później przedzierała się przez bezlistne krzaki otaczające ciemny monolit opuszczonego budynku. Ze środka nie dochodziły żadne dźwięki, ale Dasza wiedziała, że lokatorzy tego ponurego miejsca nauczyli się skutecznie kryć swoją obecność. Dziewczyna zatrzymała się przy zsypie prowadzącym do piwnicy. Wzdrygnęła się, zsuwając przez wąski otwór do ciemnego pomieszczenia. Zawsze czuła się niepewnie, przekraczając te mury. Lekkie oszołomienie i poczucie nierealności wkradało się do umysłu. Dawny szpital psychiatryczny został ograbiony ze wszystkich sprzętów, ale nie pozbawiony duszy. Znowu, po wielu latach, przyciągnął pokaleczone umysły, niezdolne dopasować się do alternatywnej rzeczywistości wykreowanej dla nich przez projekt „The Best”. Na początku miało się wrażenie, że to zwykłe koczowisko bezdomnych – czy raczej zbuntowanych młodych, którzy postanowili żyć „po swojemu”. Dasza jednak przez kilka lat streetworkingu zrozumiała, jakie cierpienie zamyka się w tych murach i podobnych melinach. Weszła głębiej i dopiero na korytarzu piwnicy zdecydowała się włączyć latarkę. Z przyzwyczajenia omiotła wąskim snopem światła pomazane ściany i kopnęła jakieś leżące na podłodze butelki, by zapowiedzieć się tutejszym. Witek – chudy, ciemnowłosy chłopak, który ukrywał się po różnych otwockich pustostanach przed policją, wychynął zza winkla. Wcisnęła mu dwie dychy.

– To za cynk – rzuciła, widząc jego zaskoczone spojrzenie. – Jest tu jeszcze?

Włamywacz pokiwał głową.

– Prowadź.

Ruszyli ostrożnie na górę. Kiedy mijali półpiętro, Witek skulił się lekko, wbił wzrok w swoje buty i wręcz zmalał. Dasza dostrzegła, że przechodzą go dreszcze. Zaniepokojona, zatrzymała się i zaczęła przeczesywać ściany światłem latarki. Przez okazałe okno klatki schodowej zaglądał Księżyc, ale ledwie wyławiał z ciemności zarys stopni. „Lara to kurwa” – znajomy napis po lewej. „Tu zginiesz, buahahahaha” – kolejny. Snop światła zatrzymał się na wielkim graffiti przedstawiającym dwoje „oczu Saurona” zezujących na siebie, po czym uciekł ku prawej ścianie i… Dasza musiała zacisnąć z całej siły dłoń, by nie wypuścić mimowolnie latarki. Odwróciła wzrok, ale potem zmusiła się, by znów spojrzeć. Malunek był tak realistyczny, że wręcz trójwymiarowy. Demoniczna ręka zaciskała się na drobnej dłoni małego dziecka, które musiało być gdzieś „poza kadrem”. Na schody spływały czerwone plamy, które w pierwszej chwili wzięła za bryzgi krwi. A niełatwo było ją zmylić – praca streetworkera wymagała wrażliwości i stalowych nerwów równocześnie.

– O, matko, niesamowite – wymamrotała z podziwem, chcąc jak najszybciej wydostać się na korytarz pierwszego piętra. – Nie znałam tego.

– Taaaa… Wiktor wypełzł ze swojego gniazda – skomentował pogardliwie Witek, choć w jego głosie słychać było nutę strachu.

– Nowy jakiś?

– Nie, coś ty! – Oczy chłopaka błysnęły zdumieniem. – Chyba jest tu od zawsze. Nie znasz tego pomyleńca?

Pokręciła głową. Zerknęła szybko za siebie, ale na szczęście obraz zniknął już w ciemnościach. Nie dopytywała – i tak pomoc Witka sporo ją kosztowała – ale czuła, że przegapiła przy poprzednich wizytach coś bardzo ważnego. Odsunęła tę myśl na bok. Praca nad Damianem była teraz najważniejsza. Konstanty – szef rekruterów do projektu „Stabilizacja” – bardzo liczył na zaangażowanie ponadprzeciętnie zdolnego, młodego biologa. A Dasza czuła, że jej sposoby powoli się wyczerpują. Głównie dlatego, że Damian właściwie nie stawiał oporu. Nie miał na to siły – jak już zresztą prawie na nic.

Powitał ją bladym uśmiechem, wygrzebując się ze śpiwora. Swego czasu wiódł aktywne życie – Alpy, Elbrus, Kilimandżaro, wreszcie trekkingi w Himalajach. Teraz trudno było uwierzyć, że ten drobny blondyn o dziecięcej twarzy, zamknięty w czterech ścianach porzuconej rudery, mógł tego wszystkiego dokonać. Na zdjęciach, które kiedyś widziała, był mocno zbudowanym, pewnym siebie facetem. I tylko wiecznie lekko przekrzywione okulary i koszmarny dobór kolorów mogły zdradzać, że nigdy nie będzie jednym z idealnych naukowców z „The Best”.

– Dasza, ja chyba nie chcę ratować świata. Mam go w dupie – wypalił nagle, między opowieścią o unikaniu bojówkarzy „The Best” a rozważaniami nad brakiem kasy.

– My nie ratujemy świata. Podpieramy tam, gdzie się chwieje. Damian, mówiłam ci już: większość tego, co gadają o „Stabilizacji” to mity. Nie jesteśmy bandą superinteligentów pociągających za sznurki światowej gospodarki i polityki. Uciekanie przed „The Best” każdego zniechęciło. Może poza najstarszymi profesorami. Zwyczajnie uzupełniamy braki w kadrach, w myśleniu o gospodarce, w medycynie… – Zwiesiła głos.

Damian patrzył na nią ze złością.

– Wytknij mi teraz, że jako utalentowany biolog powinienem się poświęcić dla ratowania innych. Dasza, ja to wiem! Wiem, ze komórki macierzyste to przyszłość. Wiem, że ci, którzy się tym zajmowali i poszli na projekt, szukają teraz sposobu, by z komórek macierzystych wyprodukować nowych rekruterów i dyrektorów projektów, a raka czy SLA mają w dupie. Ale… Niech ktoś inny się poświęca. Dlaczego ja mam w kółko myśleć o sobie jak o jakiejś „straconej szansie”? Mam to gdzieś. Przegrałem swoje życie, nie czyjeś. Może nawet mi wstyd, że tak myślę, że o sobie.

– To niech nie będzie – przerwała mu twardo.

Chyba zorientował się, że uderzył w żałosny ton, bo spuścił wzrok. Wyciągnęła z torby termos.

– Zatkaj się herbatą. Chlapnęłam rumu – rzuciła z uśmiechem.

Usiedli bliżej siebie, termos krążył z ręki do ręki, tonując atmosferę jak wiele razy wcześniej.

– Szczerze, to kiedy lazłam do projektu, myślałam tak, jak ty. Tak naprawdę chciałam tylko świętego spokoju. A stabilizacja świata? To nie była moja sprawa. Uciekłam tam, bo wierzyłam, że uchroni mnie przed rekruterami „The Best”, którzy regularnie zatruwali mi życie. W ich miejsce pojawili się bojówkarze. W Stanach podobno ludzie „Stabilizacji” są jakoś tam chronieni. W Polsce… Musimy sobie w zasadzie sami radzić. Ale mniejsza. To wiesz. W każdym razie na początku miałam gdzieś łatanie dziur. Niby czułam intuicyjnie, że program „The Best” dawno już zżarł własne dzieci, ale miałam to gdzieś. To nie był mój problem ani moja wina, że cała ta energia twórcza i intelektualna, którą projekt miał rozwijać, skupiona jest na poprawianiu efektywności samego projektu, rekrutacji, badaniu nowych metod rekrutacji, oddziaływaniu wizerunkowym na masy – te wszystkie wydmuszki…

– Znam to. Widziałem, co się stało z Maksem.

Spojrzała pytająco.

– Kumpel z uczelni. Z inżynierii genetycznej. Absolutnie niesamowity. Poszedł do „The Best”. Jarał się strasznie projektem – kontaktem z tymi wszystkimi talentami, warunkami pracy i tak dalej. Kiedy już zwiałem, odwiedzał mnie czasem. Nawet chwilami mu zazdrościłem. Potem Karolina mi uświadomiła, że oni tam chyba nic nie robią. Spotkania, ewaluacje efektywności, oceny nowych kandydatów do projektu… on przestał robić cokolwiek sensownego! – Damian uniósł ostrzegawczo palec. – Tylko teraz mi nie wytykaj, że właściwie ja też niczego nie robię.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!