Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (10)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

– Nie.

– Mieszkali daleko stąd, w południowej prowincji. Pan Andani był zamożnym właścicielem ziemskim i starostą okręgu. Znałem go, wyświadczył mi kiedyś przysługę… można powiedzieć, że miałem wobec niego dług. Współpracował z Tarantulą i musiał się czymś narazić Kwiatowi, lub może raczej samemu Jaszczurowi, trudno dociec. – Zrobił pauzę. – Dość, że Jaszczur posłużył się klątwą ognia. Dwór spłonął do fundamentów, zginął starosta, jego żona, dwie dorastające córki i kilkoro służby. Oficjalnie to był zwykły pożar, ale ja znam prawdę, bo oglądałem zgliszcza i rozpoznałem robotę skurwiela dzięki temu, że wcześniej usiłowałem leczyć klątwy gnicia i obłędu rzucane na ludzi, którzy szkodzili jego interesom. – Znów zamilkł na chwilę. – Nie wszyscy, którzy znajdowali się we dworze, zginęli od razu. Słudzy z narażeniem życia zdołali wynieść z płomieni troje młodszych dzieci, ale one także zmarły… później.

Fyllis wolno skinęła głową.

– Traf chciał, że akurat przebywałem w tamtej okolicy – kontynuował Krzyczący – podając się za wędrownego uczonego. Miejscowy medyk poprosił mnie o pomoc przy rannych, o drugą opinię. Po klątwie ognia jedyne, co mogłem zrobić dla tych dzieci, ciotko Fyllis, to zabrać ból i przyspieszyć śmierć. – Przetarł twarz i wsparł czoło na dłoni. – Tarantula przymknęła oczy na tę sprawę, Elita w tamtym okresie utrudniała im życie bardziej niż zwykle, więc nie chcieli wszczynać wojny z Kwiatem. Ja miałem zadanie do zrealizowania, nie mogłem rzucić wszystkiego i ścigać sprawcy. Ale teraz… Powiedzmy, że uznałem za stosowne przypomnieć sobie o tamtej sprawie.

– I naprawdę masz podstawy, aby sądzić, że ten cały Ulfer to może być on?

Skinął głową.

– Tarantula nie wierzy w rzekomą śmierć Jaszczura. Taki kawał drania powinien umieć o siebie zadbać. Sfingowanie własnego zgonu to sztuczka, która bywa zaskakująco skuteczna, wiem coś o tym. – Uśmiechnął się krzywo. – A gildia przestępcza w Bel Ingre ma silne powiązania z Białym Kwiatem. Powęszyłem tam trochę moimi metodami, rzuciłem jeden czy drugi czar wróżebny… Nie chciałem tego mówić Tei, ale tak, jestem prawie pewien, że Rhost Ulfer i Scabre Jaszczur są jedną i tą samą osobą.

– No cóż – odezwała się Fyllis po chwili milczenia – mam nadzieję, że nie planujesz wykorzystać mojej wnuczki jako przynęty.

– Nie. Przede wszystkim zamierzam uwolnić jej brata. A potem… – Jego przekreślona szramami twarz przybrała taki wyraz, że staruszkę przeszły ciarki. – Potem się zobaczy.

 

***

 

W Bel Ingre też prószyło bielą, lecz nie było mrozu, więc brodziło się po kostki w śniegowej brei i rozmiękłym błocku. W dokach o tej porze panowały pustki. Fale tłukły o nabrzeże. Spichrze i magazyny majaczyły niewyraźnie w niebieskawym zmierzchu. Od morza wiał porywisty wiatr. Tei w swojej starej, przyciasnej szubce dygotała jak osika.

Żmij zatrzymał się przed niskim budynkiem z cegły.

– Zakari powinien się tu niedługo zjawić – powiedział. – Przedstawiłem mu się jako kupiec z Ariskenu, który pragnie nabyć lossorskie batysty i koronki, ale chce wpierw obejrzeć asortyment. Ten skład – wskazał zamknięte na kłódkę wrota – należy do pana Ulfera.

– Myślicie, że się uda? – spytała cicho Tei.

– No cóż, jedno jest pewne: jeśli ty nie dasz rady złamać czaru, którym spętany został Zakari, nie zrobi tego nikt inny. – Popatrzył na nią poważnie. – Pamiętasz formułę?

– Pamiętam.

– Patrz mu w oczy i nic się nie bój.

– Wiem.

Chyba wyczuł, że nie ma potrzeby kolejny raz powtarzać instrukcji, bo zamilkł. Stanęli między magazynami, których ściany dawały nieco osłony. W oddali migotały niewyraźne światełka miasta. Tei poczuła ukłucie żalu, że oto znalazła się w stolicy innego kraju, po drugiej stronie Morza Tęsknot, lecz nie zobaczy nic za wyjątkiem kawałka doków.

Żmij wyjął z kieszeni kawałek kredy, przykucnął i zaczął coś pisać na murze, nad samą ziemią.

– Co robicie? – spytała cicho.

Nie odpowiedział, póki nie skończył i nie wstał. Dziewczyna wzdrygnęła się, widząc, że jego oczy jarzą się niczym sowie ślepia.

– Przygotowuję drugi portal. – Schował kredę, otrzepał dłonie i naciągnął rękawice. – Chodź, pospacerujmy.

Mniej więcej przez kwadrans chodzili tam i z powrotem, cały czas mając na oku wejście do Ulferowego składu. Kiedy w oddali zadźwięczał dzwon jakiejś świątyni, wybijając ósmą, Brune po raz pierwszy okazał zniecierpliwienie.

– No, Zakari, gdzież ty jesteś – mruknął. – Zasiedziałeś się w gospodzie czy jak?

Tei objęła się ramionami, przytupując. Żmij, jak się zdawało, niespecjalnie przejmował się pogodą, ale on miał na sobie ciepły płaszcz, a na nogach solidne buty z cholewami, ona zaś – zniszczone trzewiczki, już kompletnie przemoczone od brodzenia w topniejącym śniegu.

Zamierzała właśnie spytać, jak długo jego zdaniem jest sens czekać, kiedy chwycił ją za ramię i wskazał człowieka, który nadchodził uliczką od strony miasta, niosąc latarnię. Serce Tei załomotało, gdy go rozpoznała.

– Idź do niego – syknął Brune i popchnął ją lekko. – Szybko!

Zaledwie weszła w zasięg światła latarni, brat wytrzeszczył na nią oczy. Otwarł usta, jakby chcąc zapytać, co to ma znaczyć.

– Zakari – powiedziała Tei. – Zakari!

Postąpiła ku niemu i głośno, wyraźnie wyrecytowała sześć słów, których nauczył ją mag. Spodziewała się jakiegoś efektu – jakiegokolwiek. Ale Zakari tylko gapił się na nią, a wyraz konsternacji na jego twarzy powoli przemieniał się w gniew.

W następnej chwili wokół nich zapłonęło błękitne światło, a gdy przygasło, stali… gdzieś. Na zwiędłej, pozbawionej śniegu łące pod pustym, nijakim niebem – dokądkolwiek trafili, tutaj był jeszcze dzień. Mżyło. Zakari zaklął głośno, rozglądając się w osłupieniu, a kiedy spostrzegł, w czyim towarzystwie się znajduje, zamarł.

– Zabrałem nas gdzie indziej, żeby kupić odrobinę czasu – wyjaśnił Brune. Dziewczyna wyczuła w jego głosie napięcie, chyba wręcz strach, i nagle też zaczęła się bać. – Jego pan był w pobliżu, psiakrew… Tego nie przewidziałem. – Popatrzył na młodzieńca. – Tei, spróbuj jeszcze raz…

Ale Tei nie zdążyła spróbować jeszcze raz. Nie zdążyła nawet otworzyć ust. Rozległ się świst, potem trzask i w pobliżu zmaterializował się czarnobrody, barczysty mężczyzna w szubie. Jego oczy jarzyły się zielenią.

Machnął ręką i z jego dłoni wykwitł ogień.

 

 

5.

 

– Tei! Na ziemię! – krzyknął Brune, rzucając się szczupakiem, żeby uniknąć pikującej na niego ognistej kuli, poruszającej się jak inteligentna istota.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”
Opowiadania Cintryjka - 20 czerwca 2014

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go…

Agnieszka Hałas „Dwie karty”

Autorka: Agnieszka Hałas Tytuł: Dwie karty Cykl: Teatr węży Wydawnictwo: Dom Wydawniczy…

Fantazmaty. Tom I
Aktualności Fahrenheit Crew - 18 kwietnia 2018

Zespół Fantazmatów upublicznił pierwszy tom antologii, w której znalazło się dwadzieścia opowiadań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!