Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (10)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

Mogłem zrobić jedno. Przestać dodawać przyprawę do produktów mojej firmy i do dań w restauracji, zniszczyć cały zapas oraz linię produkcyjną znajdującą się w magazynie pod moim apartamentem. Może kontrolerskie zapędy szczuroludzi zwróciłyby ich uwagę na nienaturalną skalę mojego sukcesu, ale nie byłoby żadnych dowodów! Bob byłby uratowany!

Tylko… wiecie, pieniądze. Straciłbym w ten sposób kupę szmalu. Owszem, firma przynosiła niezłe dochody, w restauracji też zarabiałem rewelacyjnie, ale kapitału zbyt wielkiego nie udało się zgromadzić. Wystawny dom we Wrocławiu, luksusowe życie Gośki i jej ekstrawaganckie potrzeby. Sporo kapitału zainwestowałem też w firmę i jej rozwój. Owszem, dużą część pieniędzy dałoby się odzyskać choćby sprzedając firmę. Nawet gdyby podziękowali mi za pracę w Georges V, miałbym jeszcze wystarczająco dużo pieniędzy na wygodne życie w tańszej Polsce, tym bardziej że mógłbym wrócić na dawną posadę we Wrocławiu. Nawet bez przyprawy byłem wystarczająco dobrym kucharzem. Tylko musiałbym sprzedać firmę teraz… z przyprawą. Jeśli ją zniszczę i do konsumentów trafi towar bez tego dodatku, wartość firmy poleci na łeb, na szyję. Nawet jeśli uda się ją sprzedać, to za psi grosz.

Niezły dylemat, nie? Jak to w ogóle wytłumaczyć Bobowi? Nie wiem nawet, czy na ich planecie istnieje gospodarka towarowo-pieniężna podobna do naszej. Nigdy nie rozmawialiśmy o pieniądzach, aczkolwiek z tego, co pamiętam, dla Boba relacje o zarobkach nigdy nie były powodem do ekscytacji, bardziej cieszył się moim sukcesem przez pryzmat sławy. I jak mu wyjaśnić, jak wielkim problemem dla mnie jest szmal? Jeśli on najprawdopodobniej nie rozumie, a być może i w ogóle nie zna tego pojęcia?

Tak czy inaczej musiałem wrócić do pracy. Załamany Bob miał zostać na parę dni u mnie, jakoś tam załatwił, że się nim specjalnie nie interesowali, nie wiem – przyznał się do zawartej przed laty na Ziemi przyjaźni, czy też coś zmyślił. Na pewno musiał odchorować, gdy wychodziłem, wyglądał przynajmniej trzy razy gorzej niż ja się czułem. A to oczywiście dlatego, żeśmy popijawę kontynuowali, on na smutno, a i ja na niezbyt wesoło.

Gdy wróciłem, szczura nie było.

Przebrałem się, posprzątałem po imprezie, posiedziałem trochę w fabryce na dole, bo automatyzacja automatyzacją, a przypilnować trzeba. W końcu poszedłem do kuchni żeby wyciągnąć i podgrzać parę dań, które przyniosłem z restauracji, przewidując, że nie będę miał czasu i ochoty na gotowanie.

Grunding nieznośnie buczał.

Nie przypominało to już cichego trzeszczenia sprzed paru dni. Było głośne i denerwujące, w kuchni wprost nie dało się wytrzymać. Opukałem go, powduszałem kolejne przyciski i zacząłem się już zastanawiać nad rozkręceniem pokrywy i przecięciem kabli do głośnika, gdy zauważyłem, że taśma na szpuli, której przecież od dawna nie ruszałem, jest przewinięta do samego końca.

A szczura nie było.

Od razu pomyślałem, ze sprawa się rypła, Boba wezwali z powrotem i postanowił mi zostawić, w ten dość nietypowy sposób, jakąś wiadomość. Jak uruchomił grundiga – nad tym się już nie zastanawiałem specjalnie. W końcu to oni są z kosmosu i potrafią porozumiewać się przez symultanicznie tłumaczone hologramy. Cofnąłem taśmę do początku i włączyłem odtwarzanie. Szpule kręciły się miarowo, ale bezskutecznie, z głośnika dochodziła jedynie cisza, zniknęło nawet to buczenie. Zaraz zresztą pojawiło się z powrotem, gdy tylko zastopowałem taśmę.

I co z tym zrobić? Magnetofon był zepsuty od lat, co ja mówię, od dziesięcioleci! Awaria dotknęła najprawdopodobniej głowicę, bo, od kiedy pamiętam, mechanizmy działały, tylko dźwięku nie było słuchać. A może, tknęła mnie myśl, nic się nie nagrało? Przy zepsutej głowicy byłbym naprawdę zdziwiony, gdyby się szczurowi udało. Zataskałem grundiga do kompa, włączyłem tłumaczącą aplikację Boba i odtworzyłem taśmę. Nadal nic.

Wujek Google pomógł.

Dość szybko namierzyłem w mojej dzielnicy faceta prowadzącego sklepik, coś pośredniego między antykwariatem ze starymi urządzeniami a punktem ich naprawy. Grubsza sumka przekonała właściciela, by mi poświęcił trochę swego cennego czasu i otworzył sklep, mimo już dość późnej pory. Chciałem najpierw, żeby zgrał mi zawartość szpuli na swoim sprzęcie, do wersji cyfrowej, ale po namyśle uznałem, że lepiej będzie, jeśli nie usłyszy tego, co Bob mógłby mi mieć do powiedzenia. Niby co miałbym mu powiedzieć, że to odgłosy godowe ryjówki amerykańskiej? O ile oczywiście słusznie się domyślałem. Poprosiłem więc tylko o naprawienie magnetofonu. Strojenie radia nie było mi potrzebne.

Właściciel rozbebeszył grundiga i wyjaśniła się tajemnica nagrania. Osobna głowica nagrywająca! Na szczęście znalazł jakąś sprawną głowicę odtwarzającą do tego typu sprzętu, więc nie było problemu. Udało mu się nawet zlikwidować to natrętne buczenie, spowodowane małym zwarciem przy wyjściu na głośnik. Naprawa zajęła mu jakąś godzinę. Przez ten czas stałem pod ścianą warsztatu z grubym plikiem euro w dłoni, a on popatrywał na mnie znad zarzuconego częściami i narzędziami blatu z wyrazem bezbrzeżnej pogardy i niesmaku. I coś tam mamrotał o tych cholernych cudzoziemcach. Z pokoju obok docierał do mnie zapach kurczaka po prowansalsku. Czuć go było przyprawą, a jakże! To najnowszy przebój mojej firmy.

W końcu wróciłem do siebie i przewinąłem kawałek taśmy. Z głośnika dobiegło mnie to dziwne mlaszczące poszczekiwanie. Przeskakiwałem dalej próbując znaleźć miejsce, gdzie muzyka mych lat młodzieńczych ustąpi pola wiadomości od Boba. Gdy znalazłem to miejsce, gdzie „You spin me round” urywało się w samym środku refrenu, postawiłem sprzęt koło włączonego komputera, włączyłem odtwarzanie i…

– Raosssxbbieyrte do bazy, odbiór.

Pauza.

Raosssxbbieyrte! To mój Bob! Faktycznie, w życiu bym tego nie wymówił…

– Baza do Raosssxbbieyrte, odbiór.

– Połączcie z dowódcą, odbiór.

– Łączność ustabilizowana. Czekaj.

Jasny gwint! Więc to nie dla mnie szczur zostawił tę wiadomość!

No tak, pomysł był raczej głupi. Niby dlaczego Bob miałby coś dla mnie nagrywać na przedpotopowym, z jego punktu widzenia, sprzęcie? O którym zresztą sam mu mówiłem, że jest niesprawny? Prędzej by mi nagrał wiadomość na kompie. Albo zapisał… jakoś.

Ale skąd w ogóle to nagranie? Rozstrojone radio mogło przypadkiem wyłapywać transmisje szczuroludzi, ale nagrywanie trzeba przecież włączyć!

– Raosssxbbieyrte, mamy dziwne odczyty, masz problem ze sprzętem?

– Uszkodzona antena. Musiałem użyć sprzętu obiektu. Przełączyłem antenę na mój, jest stara, ale pasuje.

– W porządku. Czekaj.

Musiał wejść na półkę i na grundiga. Może przypadkiem włączył nagrywanie, łażąc po magnetofonie?

– Raosssxbbieyrte! Co tak długo?! Melduj!

– Misja nieudana.

– Cooo? Ale… jak?

– Obiekt nie rozpowszechnił cichego uzdatniacza. Zostawił wiedzę dla siebie.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910111213

Mogą Cię zainteresować

Ci straszni Borgiowie – laureaci
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 lipca 2010

O tym, że fala upałów odpłynęła, nasza redakcyjna sierotka dała się przekonać dopiero po dwóch…

Pochwała mieszczaństwa
Recenzja fantastyczna nimfa bagienna - 11 września 2017

Zacznę od tego, że to jest pierwsza recenzja, jaką piszę po latach przerwy. Wyszedłem więc zapewne z wprawy…

Bunt maszyn, czyli niekoniecznie wirtualna rozgrywka
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 28 marca 2012

Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz bunt maszyn Powergraph, 2011 Stron: 486 Cena:…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!