Jakub Bogucki „Żeglarz” (2)

Opowiadania Jakub Bogucki - 1 października 2018

– No, dalej, kto jest z panem w Botero Pass? – widziała, że jej pytanie nie jest mu już obojętne. Gdzieś daleko kołatał się fragment pamięci, który był gotów wrócić na swoje miejsce, jeśli tylko padnie odpowiednie zaklęcie.

– Tress. Pułkownik. Tress… – próbował mówić to, o czym przed chwilą usłyszał. Chciał, naprawdę chciał sobie przypomnieć. To ból nieporównywalny z żadnym innym.

– Pomogę panu. Razem z panem jest major…

– …ajor – powtórzył.

– Maaajoooor… – przeciągała słowa, jak dla karmionego dziecka – Veeeroniiiica Ritz. Niech ją pan opisze. Jak ona wygląda?

– Ritz. Heeh… Uuuch. To kobieta. Veronica. Kobieta. – próbował kombinować. To dobrze, jego mózg próbuje działać.

– Niech pan o niej myśli. Wyobraża ją sobie. Wielka, barczysta, ogolona na łyso. Ma ją pan przed oczyma? Mówiliście na nią Ritz?

– Ritz… Ritz. Ritz co nie… da… nic… – dziwacznie wystękał, jakby próbował zaśpiewać.

– Cooo?! Niech pan to powtórzy! – dziewczyna ożywiła się i zerwała zza stolika.

– Ritz. Nie da nic – jego głos nie zdradzał żadnego przekonania, że wie, co mówi.

– Co znaczą te słowa o major Ritz? O Ritz!

– Nieee. Ja, yyhum… – wystękał bezradnie.

Dziewczyna energicznie otworzyła drzwi i zawołała głośno: Clark! Claaaark!

Po chwili do pokoju wkroczył ktoś, kogo Tress zobaczył kątem oka. Spróbował unieść lekko głowę, ale po chwili zawroty nasiliły się. Nie da rady. Ułożył się ponownie na płaskim podgłówku, z oczyma wlepionymi w sufit.

– No, co tam, Lucy? – mężczyzna pytał ewidentnie z zaciekawieniem.

– Powiedział! Powiedział „Ritz, co nie da nic”, jakby skojarzył jakieś przezwisko czy docinek, no nie? Trzeba zapytać kogoś od nich, czy tak na nią wołali? – mówiła szybko i nerwowo.

– Zaraz do nich przekręcę, może kapitan Heath będzie wiedział. Nie da nic, mówisz? Kto to w ogóle jest, ta Ritz?

– Major Ritz, członkini ich oddziału. Z dossier wynika, że jakaś straszna czarownica przebrana za żołnierza piechoty morskiej.

– Ech, baby w wojsku! – westchnął i uśmiechnął się złośliwie, patrząc na Lucille. – Zaraz powiem staremu, więc bój się, bo pewnie tu przyleci!

Rzeczywiście, nie minęło kilka minut, gdy Tress usłyszał donośny bas, który pojawił się tu wcześniej. „Major. Major…” próbował przypomnieć sobie nazwisko. Nic z tego. Wszystko było jak za kurtyną.

– Melduj! – bas był niecierpliwy.

– W wyniku sterowanego testu skojarzeniowego pułkownik Tress wypowiedział zdanie, które może dowodzić jakiejś formy nawrotu pamięci. Może to wykluczać całościową amnezję. To pierwszy sygnał jakiejkolwiek zmiany jego stanu… – mówiła z wyraźną dumą z dokonania.

– Co powiedział?

– Na pytanie o major Ritz powiedział, że, za przeproszeniem, nie da nic…

– Uhm – major był zdziwiony, ale wydawało się, że wie, o co chodzi.

– Porucznik Clark Antheus ma ustalić z jednostką Madras, czy to coś znaczy.

– Niech nie ustala, wiem, co to znaczy. To z pewnością dowód, że coś pamięta. Major Ritz była znana z…- zarumienił się lekko – z niechęci wobec mężczyzn. I tak o niej mówili, ci, którzy się z nią znali. Nieistotne. Ważne, że coś ruszyło. Pytaj go dalej!

Lucille, wyraźnie speszona, kontynuowała badanie w towarzystwie posępnego majora Aimery’ego.

– Ritz, co nie da nic. Tak? Czego nie da? – spróbowała.

Tress milczał.

– No dalej, czego nie da! – zniecierpliwił się Aimery.

– Kim pan jest…? – słabym głosem spytał Tress.

– Nieistotne, pułkowniku, „Ritz nie da nic”… co to znaczy?

– Nie wiem.

– Cholera, przecież on musi coś sobie zacząć przypominać! – wydarł się do dziewczyny. -Zacznij mu, do pioruna, czytać ten zasrany raport, może coś skojarzy! – Aimery chodził po pokoju jak lew w klatce i smarkał co chwilę nerwowo.

Dziewczyna czytała półgłosem.

– „Około godziny 12:20, po sygnale grupy zwiadowczej dalekiego zasięgu dowodzonej przez major Veronikę Ritz, stwierdzono, że na pozycji A3-D251, niedaleko Botero Pass, zlokalizowano duże obozowisko rebeliantów. Major Ritz w swoim meldunku jednoznacznie wskazała na widoczne uzbrojenie i oznaki. Generał Grotsky, powiadomiony przez dowódcę jednostki Madras, pułkownika Roberta Tressa, o ustaleniu pozycji rebelianckich oddziałów, wydał rozkaz oznaczony numerem PRK 28-1092, który w łączności określono jako „Krzyż Południa”. Siły rebelianckie liczyć miały kilka tysięcy osób, a niedostępne z uwagi na górzysty charakter i pustynny klimat okolice Botero Pass były świetnym miejscem dla obozowania tak dużej grupy terrorystów. Jednostka Madras została przerzucona jeszcze tego samego wieczoru w okolice wskazane w meldunkach major Ritz i ulokowane o kilka kilometrów od pozycji nieprzyjaciela – Lucille odetchnęła i łyknęła wody z porcelitowego kubka podanego przez Clarka.

Tress ani drgnął, choć w jego bladej twarzy widać było, że myśli krążą intensywnie wokół czytanych słów.

– „Zaplanowano atak w trzech stadiach – pierwsze uderzenie skrzydłowe miały przeprowadzić dwa bataliony pod łącznym dowództwem major Ritz od strony południowo-wschodniej. Następnie miało nastąpić uderzenie z północy jednostek pomocniczych transporterów opancerzonych dowodzonych przez kapitana Leottę, a po kilku minutach do działania miały przystąpić główne jednostki pod kierownictwem koordynującego całość pułkownika Tressa. Tress nakazał jednak, aby major Ritz wysłała wcześniej zwiad powtórny dla ustalenia, czy wczorajsza obserwacja się potwierdza. Zwiadem dowodził kapitan Lionel Marsey, który z niewielkim oddziałem wyruszył o 4:25 rano. Pierwsze uderzenie oddziałów podległych major Ritz nastąpiło o 5:40, bez potwierdzenia przez oddział zwiadowczy. Natarcie pierwszego rzutu jednostek zostało zatrzymane po początkowym ostrzale z dronów bojowych, kiedy jednostka major Ritz zorientowała się, że skupisko nie jest obozem rebeliantów, ale koczowiskiem uchodźców z terytoriów południowych. Wskutek początkowego uderzenia zginęło około 80 osób, a wśród nich członkowie oddziału zwiadowczego z kapitanem Marseyem. Po wykryciu pomyłki i zgłoszeniu jej dowódcy pułkownik Tress nakazał wycofanie wszystkich oddziałów i zgłosił stan rzeczy dowództwu. Złożył również meldunek, z którego wynikało, że kapitan Marsey umyślnie wprowadził w błąd oddziały gotowe do uderzenia brakiem łączności. W chwilę później podoficer zgłosił zasłabnięcie pułkownika Tressa, a lekarz wstępnie stwierdził udar mózgu.”

– Dobra, skończ. Pułkowniku! – Aimery podniesionym głosem zwrócił się do Tressa. – Proszę powiedzieć, dlaczego wyraził pan zgodę na atak major Ritz?

– Jaki atak… – wystękał znów Tress. – Jaaa… nic nie pamiętam… – z nadludzkim wysiłkiem wypowiedział dobrze wszystkim znane słowa

– Niech to szlag, przecież on musi coś powiedzieć, choćby na swoją obronę! – majora już wyraźnie nosiło.

Aimery, sprawdzony od lat na stanowisku wojskowego prokuratora, bardzo chciał wydobyć zeznania z pułkownika Tressa, który prowadził całe zamieszanie, jednak ten nagle dostał czegoś na kształt udaru i wprawdzie był kontaktowy, ale bynajmniej nie komunikatywny. To potwornie ograniczało jego możliwości działania, podczas gdy na niego samego naciskali przełożeni – podobno inspirowani nawet z siedziby głowy państwa -aby „do ciężkiej cholery dowiedzieć się, co tam się właściwie stało”. Wyjaśnienie ataku na uchodźców stało się punktem honoru armii, zwłaszcza że i tak całe liberalne społeczeństwo było dość jednoznacznie po ich stronie.

Nie dało się już zdarzenia zamieść pod dywan, zginęły dziesiątki ludzi, a sprawa rozeszła się szerokim echem, bo dziwnym trafem na to zasrane pustkowie chwilę po ataku przyleciały helikoptery „Heralda”, „Newston” i „Black Rabbit”, które wyrzygały niemal dwa tuziny dziennikarzy fotografujących i rzucających w świat kolejne depesze o zbrodniczej próbie rozprawy z uchodźcami, będącej skutkiem zgubnej polityki gabinetu prezydenta Rallstone’a. W nagłówkach można było przebierać. Rozerwane ciała dzieci i kobiet, leje, w których pogrążały się resztki nędznego dobytku – tego było pełno w prasie, Internecie, telewizji i wszędzie indziej. Chwilę później ogłoszenie w telewizji komunikatu generała Rubena Grotsky’ego, szefa Operacji Specjalnych, który mówił o pomyłce i błędnej decyzji, wywołało furię. Zwłaszcza że niedługo potem pojawiły się dokumenty znalezione przy zwłokach dowódcy zwiadu – tradycyjna, papierowa korespondencja generała z watażką z południa, tajemniczym Aro Askamem, który w kolumnach migrantów przemycał narkotyki i inne pożądane na wolnym rynku dobra. Odbiorcami miały być tutaj natomiast bliżej nieokreślone kręgi mocodawców generała – dziennikarz „Heralda” wskazywał wprost na duże koncerny powiązane z armią. Dlaczego armia zdecydowała się na atak na ludzi, którzy dostarczali jej to cenne zaopatrzenie? Na to pismaki miały dziesiątki teorii: dezinformacja, błąd, porachunki między stronami transakcji, postraszenie – zresztą sprzeczności i brak bezpośredniego związku tylko podniecały spekulacje i w krótkim czasie publika pamiętała jedynie, że Grotsky to narkotyki, rzeź bezbronnych i powiązania z koncernami, czyli generalnie wszystko, co w demokracji nie jest cacy… Nic dziwnego, że władza dość żałośnie szamotała się, chcąc wyjaśnić przyczyny niefortunnej operacji oddziałów Madras.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Jagna Rolska „Na początku był Człowiek”
Opowiadania Jagna Rolska - 23 sierpnia 2019

Tym razem mamy dla czytelników przedruk opowiadania Jagny Rolskiej, które pierwotnie zostało…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!