Jarosław Misiak „Wzgórze H 224”

Opowiadania Jarosław Misiak - 11 grudnia 2015

Zamienił okop na prostokątny bunkier z gałęzi. Nie potrafił uwolnić się od myśli, że w każdej sekundzie do środka może wpaść granat. A wtedy: bum! Zauważył leżące pod przeciwległym żywopłotem odchody i rozrzucone wokół nich strzępy gazety. Papier był zabrudzony. Brudny, ale nie pożółkły! Przełamał obrzydzenie. Wyłuskał kawałki gazety, rozprostował i zaczął czytać. Wiadomości sportowe. Ogłoszenia. Porady kulinarne i wreszcie informacje o zagrożeniu środowiska naturalnego. Oczyścił największy kawałek gazety – pisano o wojnach. Wiadomości z odległych frontów, nazwiska prezydentów, ministrów i generałów, które nie wywoływały u szeregowca żadnych skojarzeń. Najważniejsze były jednak daty, nie mógł w to uwierzyć, ale Dziewczynka z Zapałem nie kłamała. Sprawdził jeszcze daty produkcji na pogiętych puszkach – wszystko się zgadzało.

Jego wojna skończyła się wiele lat temu. Wówczas miał dwadzieścia lat i po upływie czterdziestu lat nadal ma dwadzieścia. Gdzie był w tym czasie? Mundur wciąż śmierdział ziemią okopów. A może to tylko złudzenie? Mundur faktycznie śmierdział.

Czterdzieści lat walczył na wojnie, a w tym czasie sportowcy wrogich krajów ściskali sobie dłonie, gratulowali uczciwej rywalizacji, zaś prezydenci składali kurtuazyjne wizyty witani przez wrogów z pełnymi honorami. Dlaczego się nie zestarzał, dlaczego dopiero teraz odczuwał przejmujący głód, tak jakby nigdy przedtem go nie zaznał? W okopach nie brakowało żywności, żołnierze przez tyle lat nie umierali z głodu ani ze starości. Ginęli w walce, od ołowianych kul, pomimo sportowców, prezydentów i innych aktów wzajemnej przyjaźni. Ten świat nie był światem jego młodości, tamten zabrała mu wojna. Czyja wojna? Bardzo chciał to wiedzieć.

Szeregowiec spróbował jeszcze raz powiązać ze sobą ciąg wykluczających się faktów. Przy okazji zasnął. Wyobrażał sobie, że sny w wolnym od wojny świecie są cudowną podróżą przez krainy piękna, rzeki mądrości oraz góry dobra. Sądził, że znajdzie w snach azyl, poczucie bezpieczeństwa i odpoczynek. Myślał, że tylko na wojnie ludzie śnią koszmary. I jakże się mylił.

Najpierw spotkał matkę. Wiedział że to ona, chociaż twarz kobiety przesłaniał biały bandaż. Pod opatrunkiem pulsowało coś żywego, przyjrzał się uważniej i dostrzegł, że twarz matki uwięziona jest pod napiętą powłoką skóry, która do złudzenia przypominała bandaż. Usta kobiety rysowały na gładkiej powierzchni zdeformowane okręgi – kształty krzyku. Oczy błyszczały w głębi skórzanego pokrowca mdłym światłem. Matka chciała mu coś powiedzieć, jej wargi szamotały się konwulsyjnie niczym owady w pajęczynie, jednak sieć wytrzymywała napór, skóra uwypuklała się na moment i błyskawicznie wracała do poprzedniej gładkości. Matka była posłanniczką, miała mu do przekazania coś bardzo ważnego, lecz jakaś obca siła skutecznie uniemożliwiała kontakt.

Chłopak znalazł się na dworcu. Patrzył na lokomotywy, które zamiast wagonów ciągnęły kolumny olbrzymich trumien. Podróżni wsiadali do nich, trumny odjeżdżały, ale ciągle przybywały nowe transporty. On czekał na swoją kolej. Nikt nie rozmawiał, nikt się nie żegnał z bliskimi. Ludzie wsiadali, pociągi jechały. Upadł na coś twardego. Zrobiło się jasno i jakiś człowiek zerwał mu z szyi łańcuszek.

Teraz siedział w wielkiej, pustej sali. Naprzeciwko stał katafalk… albo mównica. Raczej mównica podobna do katafalku. W sali była matka. Zamiatała podłogę, która i tak wydawała się sterylnie czysta. Matka stała przez cały czas zwrócona do niego plecami. Zawołał ją. Odwrócił się Sierżant, który w dłoni ściskał pęk kluczy. Chłopak krzyknął i ruszył w kierunku najbliższych drzwi. W sali znajdowało się mnóstwo drzwi, ale wszystkie okazywały się zamknięte. Chłopak biegał od jednych do drugich, a Sierżant spacerował dokoła mównicy, pobrzękując kluczami.

Szeregowiec przeniósł się do zielonego schronu. W oczy świeciła mu latarka, krzyczano na niego i szarpano go za ramię.

– Obudził się, skurwysyn – powiedziano.

Wykręcono mu ręce, skuto i wywleczono z kryjówki. Mówiono o nim, ale potrwało jeszcze chwilę, zanim zrozumiał, gdzie się znajduje. Policjanci wpakowali go do samochodu.

– Włóczęgostwo, ćpanie i stawianie oporu – wyrecytował pierwszy.

– No, no – poparł go drugi. – Dokumenty!

Przeszukali jego kieszenie. Nie znaleźli dokumentów ani czegokolwiek innego. Robili wrażenie rozczarowanych.

– Nazwisko! – wrzasnął ostro pierwszy.

– Jestem szeregowcem – odpowiedział chłopak. – Nic więcej nie wiem! – dodał odrobinę za głośno.

– Cisza! Myślisz pewnie, gnoju, że jesteś cholernie cwany. Nazwisko! – Policjant chwycił go mocno za kark.

– Szeregowiec.

Policjanci popatrzyli na siebie. Uścisk na karku chłopaka nieco zelżał, cisza przeciągała się i szeregowiec poczuł dziwny strach. Doskonale pamiętał, że taka cisza bywa często zwiastunem nieszczęścia.

– Dobrze, cwaniaczku. Zdążymy jeszcze pogadać – powiedział ten, który usiadł za kierownicą. Samochód ruszył. Jechali ulicami miasta i chłopak mógł wreszcie zobaczyć, jak wygląda świat, który wyprzedził jego młodość. Zdziwił się, że w nocy miasto żyje z taką intensywnością. Po chodnikach poruszali się ludzie, gdzie nie spojrzeć – jarzyły się kolorowe światła, a z niektórych pomieszczeń dochodził głośny gwar ludzkich rozmów i odgłosy muzyki. Jechali w potoku innych samochodów, na skrzyżowaniu obok wozu policyjnego zatrzymał się kabriolet, w którym siedziały dwie piękne dziewczyny z nagimi ramionami.

– Nie rozglądać się! – skarcił go któryś z policjantów.

Po kilkunastu minutach zaparkowali przed jasno oświetlonym budynkiem. Policjanci weszli z nim do środka. Czekał dość długo, aż starszy mężczyzna w cywilu zaprowadził go do małego pokoju, w którym stały dwa krzesła i stolik. Po godzinnej rozmowie trafił do celi. Dostał coś do jedzenia, ale do rana nikt się już nim nie zajmował. Rano zaprowadzono go znów do skąpo umeblowanego pokoju, lecz teraz, oprócz znajomego starszego cywila, pytania zadawał szczupły mężczyzna, który w trakcie rozmowy przeglądał jakieś notatki. Po dwóch godzinach nużącego przesłuchania szczupły mężczyzna zamknął notatnik i wstał z krzesła.

– Musimy go zawieźć do szpitala – powiedział do kolegi. – To najprawdopodobniej jakiś rzadko spotykany przypadek amnezji.

– Nie udaje? – Starszy miał wątpliwości.

– Jeśli tak, to jest najlepszym bezrobotnym aktorem na świecie – zapewnił mężczyzna z notatnikiem.

Szpital okazał się pokaźnych rozmiarów budowlą, po której na pierwszy rzut oka widać było ślady kolejnych etapów rozbudowy. Szeregowca skierowano do skrzydła będącego najstarszą częścią kompleksu. Podczas pierwszej wojny światowej mieścił się tam lazaret.

Na początek poddano go ogólnym badaniom i lekarz stwierdził krańcowe osłabienie organizmu. Chłopak otrzymał zastrzyk, połknął tabletkę i pielęgniarka poprowadziła go szerokim korytarzem do pokoju, w którym znajdowało się tylko jedno łóżko.

– Proszę odpocząć, niedługo zjawi się lekarz – powiedziała z bladym uśmiechem i zamknęła drzwi.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Powiązane wpisy

Jarosław Misiak „Trup albo koszmarny ciężar śmierci”
Opowiadania - 7 sierpnia 2014

Adam umarł nagle. Zdarzyło się to w środku nocy, podczas snu; gdy rzeczywistość i tak istnieje tylko na niby.…

Jarosław Misiak „Dolina Sępów”
Opowiadania - 8 października 2014

  Niebo nad Doliną Sępów było czyste i koszmarnie wyblakłe. Gdzieś za szczytami gór gromadziły…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!