Natalia Mietielewa „Wściekłość”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 22 listopada 2013

Wściekłość rozdziera gardło, wyrywa się, leci nad moim ciałem, rozpruwając mrok:

– Da-waj! Da-a-a-wa-a-aj!!!

– Ur-rr! Rrrauw… – Łomocze ciemność, pochłaniając krzyk.

Gdzieś tam, w czerni – Janka. Tańczy – godzinę, dwie, pięć, dobę. Co ma do tego czas? Nic. Janka tańczy wieczność. Płonie małe gibkie ciało – dmuchnij, a zgaśnie. Migoczący punkt, ledwie rozróżnialny w otchłani. Ognista śnieżynka. To ona przygasa, to ja. Rozpalaj się! Nie gaśnij, Janka! Rozbłyskuje, pulsuje, przyspieszając rytm.

Za mało mi tego światła. To żabie oczy wychwytują jedyny foton z odległości tysiąca mil. Nie jestem żabą, potrzebuję całego słońca, wszystkich gwiazd! Powinienem być bliżej Janki. Trzymać ją za rękę. Objąć. Wchłonąć życie. Oślepnąć od słońca, które zapłonęło między nami, dookoła nas.

Ale ja – tu. A tam – Janka i ci, nieznani, którzy spijają jej taniec. Nie widzę ich oczu. Nie mają oczu. Nie mają nic, nawet imienia. Kłamię. Mają nas. Nasze myśli o nich, nasz strach. Drapieżna pustka rozsypała się zwartą ciemnością na setki lat świetlnych i spija Jankę przez słomkę fotonu.

– Rrauurrrw! – warczy ciemność.

– Dawaj! Trzymaj się, Janka! – Wybuch wściekłości wykręca mnie na lewą stronę. Braknie mi sił. Zbyt szybko tym razem. Ale wystarczy nawet szept, myśl: „Płoń, Janka! Jestem z tobą…”

* * *

Nasza dziesiątka żywych. Łokieć kolegi – bliżej już się nie da. Przyjacielskie łokcie są wrogami moich żeber. „Oddychaj dwumiarowo, oszczędzaj locus!” – syczał poeta i programista Jasza Osin. Locus… Skrawek, oderwany od statku. Miejsce, pięć na pięć kroków. Kłaczek mroku i smrodu.

Roimy się, jak robaki w puszce wędkarza. Czekamy, kiedy nasadzą na haczyk. „Rybacy” – jak ich ochrzcił Wład? Żraby? Mraże? Jaka różnica! – nawet nie wyciągają robaka. Wszystko odbywa się tu. Człowiek zaczyna konwulsyjnie się szarpać, rzęzić. I świecić. Blado jak świetlik. Chwiejnie jak błotny ognik. Ale w całkowitej ciemności, to światło nas oślepia. Rzucamy się, wciskamy w podłogę, w gładkie, śliskie jak rybi pęcherz ściany – byle dalej, jak najdalej od świetlika, byle nie zostać zaczepionym.

Kiedy zaświecił się pierwszy z nas, dookoła niego jeszcze był tłum – prawie setka ludzi dotarła do mesy, zanim zatrzasnęła się pokrywa. Świetlik zaczepił wszystkich, którzy byli obok. Jak oni krzyczeli! – kiedy rozpuszczali się w kwasie. Od tamtej pory – rzucamy się aby dalej, patrzymy, kostniejemy od beznadziejności.

* * *

– Co z nią? – rzężę półprzytomny. Wład rozpłaszczył się obok, ledwie oddycha. Poznaję go po zapachu – ciężkim, byczym.

– Jeszcze tam jest.

– Ile minęło czasu?

– Trzy doby. Prawdopodobnie.

Dla nas czas nie istnieje. Tu go nie ma. Jest zegarek Dowódcy, jeden na wszystkich. Najstarszy ze starych, mechaniczny, z fosforowanymi wskazówkami. Wykończymy się wcześniej, niż rozwinie się sprężyna.

– By to diabli! Zbyt długo. Cho-ole-era!!! – Pięść wbija się w ścianę. Ta lekko się ugina i pluje w twarz śluzem. Odżywczą obrzydliwością, dzięki której jesteśmy żywi. Nie do pomyślenia, by ją jeść – odrzuca. Ale nie musimy. Sama wsiąka w skórę. Przenika z każdym wdechem. Lepiej nie myśleć, skąd tu się wzięła!

* * *

Oni – mraże? Żraby? Gówno! – bystre istoty. Świetliki spalają się prawie do cna, na niewidoczny, nic nie ważący popiół, roztarty do poziomu kwarków. Zmieniają się w paszę. Mannę niebiańską. „Z mikrofalówki” – powiedziała Dżossi. I postradała rozum. Piszczała po każdym zabranym przez żraby. Bez przerwy, cienko. Do następnego świetlika. Tak wkręcała się w nawet najmniejszy nasz nerw, że chciało się ją udusić. Pewnego razu pisk zanikł. W ciemności, na zawsze. Często milczałem o Dżossi. Jasnowłosa, niebieskooka Dżossi. Modliłaś się do nocy? Do niekończącej się, rozpaczliwej nocy? Do ciemności nieprzeniknionej?

Modlimy się do ciemności, która nas pożera. Modlimy się, milcząc. Za siebie. Za wszystkich. Bardziej od śmierci boimy się teraz światła. Światło to śmierć świetlika.

* * *

– Zauważyłeś, Les? Przez ten czas ani jednego świetlika! – zasypiając, mamrocze Wład i wyczuwam, że się uśmiecha. – Ani jednego, kurczę…

Łatwo mu się uśmiechać. To nie on pada iskrą w otchłań, tańcząc i wypalając się doszczętnie. Pali się jedna za wszystkich. Trzymaj się, Janka!

Trzy doby bez ofiar. Całym sobą, całą wrzącą nienawiścią czuję – nie będzie ich więcej. Trzy doby! A były każdego dnia. A może nocy? Regularnie. Żraby zabrały trzydziestu. Pozostali zginęli inaczej: niektórych zaczepiło, inni sami rzucali się na mknącą do sufitu pochodnię albo znikali w czymś cmokającym – tam, gdzie wcześniej była śluza. Tam, gdzie zniknęła Dżossi.

Za każdym razem „puszka” jakby usychała. I kurczyła. Zrozumieliśmy, że żraby, jeśli nie są rozumne, to na pewno racjonalne: mniej przestrzeni – większy pożytek z paszy i robaki nie rozpełzają się po ściankach. Pchnij nieopatrznie w ściankę – i włączysz świetlika. To my tak myślimy. Żraby nie myślą, one po prostu jedzą światło, jak plankton.

Pal się, rozpalaj, moja gwiazdo… Gwiazdo płomienna. Gwiazdo o imieniu Wściekłość.

Trzy doby pali się Janka.

* * *

WEJŚCIE

* * *

Kiedy statek wchodzi w nadprzestrzeń – jeden wielki błysk. Kiedy wychodzi – słabo świecą „awaryjki”, brzęczy wibromasażer kapsuły, serce traci rytm, leniwie przeżuwając wstrzyknięte w żyły jakieś plugastwa – świat wraca do świadomości, układając się niczym puzzle.

Między wejściem i wyjściem – kreska. Czarna klatka, dokładniej – mrugnięcie. Nie ma tam ani świata, ani nas. Ani ciemności, ani światła.

Ale ciemność była. I cisza. I chłód.

Ocknąłem się, wiedząc już – wszystko nie tak, a to znaczy, wszystko źle.

Po omacku wydostałem się z przedziału. Nigdzie, nawet iskry. Kompletnie nic nie widać. Śluzy otwarte. Luki wydarte, jak popękane błony. Powietrze dziwne. Nieprzenikniony mrok chrzęści na zębach gorzkim kurzem. Smak zatrzymanej chwili.

A potem lunęły krzyki. Zewsząd. Nie tylko ja czołgałem się do mesy, chociaż byłem zobowiązany pozostawać na miejscu i zachowywać spokój. Zachowałem się poprawnie: ktoś z załogi – tylko oni na pamięć znają wszystkie przejścia – grzechotał po przegrodach i wrzeszczał, prawdopodobnie, w imitujące megafon dłonie:

– Do wszystkich, którzy słyszą! Opuścić przedziały, podążać za moim głosem. Zbiórka w mesie. Do wszystkich, którzy słyszą…

* * *

– Broń, latarkę, zapalniczkę, piezorek masz? – zapytał gęsty jak smoła bas, kiedy wpadłem do śluzy. – Przekazać!

Pytanie było tak absurdalne, że panika znikła. Skonała z powodu szoku. W kosmos na zapałkach… w nadprzestrzeń, na piezorku…

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Powiązane wpisy

Spotkanie z Grahamem Mastertonem w Oławie
Aktualności - 3 lipca 2017

W środę (5.07.2017 r.) w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Oławie (Rynek 1) odbędzie się spotkanie…

Joe Abercrombie „Pół świata”
Patronaty F-ta - 14 lipca 2015

Tom drugi niesamowitej trylogii fantasy „Morze drzazg” Czasami Matka Wojna naznacza dziewczynę.…

Ari Marmell „Pakt Złodziejki”
Ksiażki fantastyczne - 30 maja 2014

Autor: Ari Marmell Tytuł: Pakt Złodziejki Tłumaczenie: b.d. Wydawca: Fabryka Słów, 2014…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!