ISSN: 2658-2740

„Jeśli przytulam kogoś na powitanie, może być pewien, że to jest szczere” – wywiad z Martą Krajewską (2)

J. R.: W cyklu „Wilcza dolina” ukazały się dotychczas cztery powieści. Czy czytelnicy mogą liczyć na kolejną? Jeśli tak, to na jakim etapie są prace?

M.K.: Tak, prowadzę jednocześnie dwa cykle osadzone w uniwersum Wilczej Doliny. Pierwszy z nich to tak zwana „trylogia Vendy”, czyli opowieść dla dorosłych, w której seksu i śmierci nie unikam. W tej chwili pracuję z trudem nad ostatnim tomem, ale choć mam już rozplanowaną całą fabułę, wątki poprzeplatane, wielki finał skrystalizowany i pewny, to słowa jakoś nie chcą płynąć. Planuję skończyć ten tom do końca roku i, jeśli wszystko się uda również od strony wydawniczej, oddać go w ręce czytelników w 2021 roku. Natomiast drugim cyklem jest ten dla młodszych czytelników, czyli seria „Bratmił”. Tutaj rozpisałam historię na cztery tomy, każdy ma się dziać w innej porze roku, a na rynku mamy lato i jesień. W notesie spisałam już z grubsza fabułę trzeciego, zimowego tomu, ale pisaniem zajmę się dopiero po uwolnieniu się od „trylogii Vendy”. Wiem, że wielu czytelników czeka na zakończenie tej historii, a ja już zbyt długo nad tym pracuję, ale myślę, że książka musi powstawać tyle, ile musi.

J. R.: Rzeczywiście, tego się nie da zwyczajnie przyspieszyć. A nawet jeśli pisarz się zmusi, to z pewnością odbije się na jakości tekstu. Jednak czasem wenę można nieco dopieścić. Jak w Twoim przypadku wygląda idealne miejsce do pisania? Czego nie może zabraknąć?

M. K.: Mojego magicznego notesu i długopisu. Mam świra na punkcie długopisów, notatników, karteczek samoprzylepnych itp. Chyba zresztą większość piszących cierpi na tę manię! Poza tym, że zawsze biorę notes i laptopa, nie mam innych stałych rytuałów. Fakt, zimą lubię palić zapachowe świeczki i mieć pod ręką gorącą herbatę, a od wiosny piszę przy otwartym oknie, jednak jestem mocno elastyczna, jeśli idzie o pisarskie zwyczaje. Muszę! W domu często panuje chaos, dzieciaki biegają i nie mam co liczyć na izolację, ciszę i atmosferę skupienia, toteż wyrobiłam sobie dość podzielną uwagę. Kiedy już zacznę pisać i nic mnie nie rozproszy aż do momentu, gdy jestem naprawdę wkręcona w proces, to potem może się wokół palić i walić, ja nie słyszę. Najgorzej, że to wkręcanie się w proces czasem trwa krócej, czasem dłużej i są takie dni, kiedy byle co mnie rozprasza i w ogóle nie udaje się zacząć pisania. Nazywam to ślinieniem się na klawiaturę i szczerze tego nie znoszę, bo to stracony czas. Ostatnio często wyłączam Internet w komórce i w laptopie, kiedy siadam do pisania. Przynajmniej o jeden rozpraszacz mniej.

J. R.: Dosłownie przed kilkoma dniami otrzymałaś pewną nominację, ale może, skoro nadarza się taka sposobność, pochwalisz się sama naszym czytelnikom i przy okazji powiesz, jak na tę wieść zareagowałaś?

M. K.: Tak, zostałam nominowana do nagrody im. Macieja Parowskiego, czyli dawnej nagrody Reflektor Nowej Fantastyki. To nagroda przyznawana autorom, którym według kapituły, należałby się większy rozgłos, czyli to światło reflektora. Jak zareagowałam? Szczerze mówiąc, gapiłam się w treść posta Nowej Fantastyki tak, jakby po którymś mrugnięciu moje nazwisko miało wyparować z listy. Obawiałam się, że to jakaś pomyłka, no bo przecież… to tylko ja. A potem bardzo, naprawdę bardzo, szczerze się ucieszyłam. Zawsze się cieszę z każdej nominacji, bo jakoś wydaje mi się, że przy nominacjach wyłania się kilka nazwisk z dziesiątek, może setek innych i odbieram to każdorazowo jako ogromny zaszczyt. Współnominowane Magdalena Świerczek-Gryboś i Karolina Fedyk wydały świetne powieści i rzeczywiście należą im się brawa, tak więc nawet jeśli nie wygram, nie będę miała poczucia, że przegrałam, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. Jestem z tego pokolenia, które marzyło, by zobaczyć swój tekst w „Nowej Fantastyce” i mam to szczęście, że udało mi się spełnić to marzenie – zadebiutowałam na łamach tego kultowego miesięcznika! NF zawsze będzie miała specjalne miejsce w moim sercu.

J. R.: Gratuluję nominacji i doborowego towarzystwa. Powiedz, jak scharakteryzowałabyś dzisiejszy fandom?

M. K.: Chyba nie jestem osobą, która powinna próbować oceniać fandom, bo nie umiem nawet powiedzieć, czy naprawdę do niego należę. Ja jestem z tych, co to z trudem definiują swoją przynależność do grup. Zawsze czuję, że stoję trochę z boku i choć bardzo lubię ludzi, jednocześnie nie uważam się za zespołowego gracza. W grupie najczęściej albo staram się dowodzić (co jest czasem dobre, czasem złe, ale w fandomie niemożliwe), albo staję trochę z boku i obserwuję, najczęściej dość krytycznie. Ta druga postawa włącza mi się szczególnie, kiedy poziom słodyczy i wzajemnej adoracji w towarzystwie staje się niebezpiecznie wysoki. Mam genetyczną skłonność do cukrzycy, więc to może mechanizm obronny ;) W każdym razie, do czego dążę tym przydługim wywodem o sobie! Nie znam dawnego, trochę już mitycznego fandomu lat ’80 i ’90, mimo to, kiedy weszłam w środowisko, bardzo mi się spodobała atmosfera bezpośredniości, tego, że do każdego możesz zagadać, że większość osób z chęcią pomoże ci, jeśli tylko jest w stanie. Kochałam wtedy wszystkich! Tak podchodziłam do ludzi w tamtym okresie życia. Poznałam masę świetnych osób i żywię do nich same ciepłe uczucia, a zawsze, gdy mamy okazję się spotkać, ogromnie się cieszę. Jednocześnie widzę też, że jakiś odsetek tych znajomości był na pokaz. Ludzie kochają się w social mediach, a potem udają, że nie widzą się na konwentach. Plotki, fałsz i nieszczerość są bardzo częste. Natomiast, oczywiście, ludzkie relacje takie już są. Tak mamy. Byłoby niesprawiedliwością powiedzieć, że cały fandom jest nieszczery i na pokaz, tym bardziej że czasy się zmieniają i my się w nich zmieniamy. Dziś nie jestem już tamtą osobą, co na początku przygodny z fandomem, w życiu podchodzę już do ludzi trochę inaczej, ostrożniej. Natomiast tym bardziej cenię sobie dobrych ludzi, dlatego jeśli przytulam kogoś na powitanie, może być pewien, że to jest szczere. Tu stają mi przed oczami osoby, które działają w fandomie, a które uwielbiam i żałuję, że nie spotkamy się w tym roku na konwentach. Odnośnie zaś konwentów, widzę, że obecnie zmierzają w kierunku profesjonalnych eventów, co może zaburza ten wizerunek bezinteresownego tworzenia „fani dla fanów”, ale ma też dobre strony, bo coraz częściej można liczyć na zwrot kosztów dojazdu, zakwaterowanie czy nawet drobne wynagrodzenie dla prelegentów. Jednocześnie… coś się zmieniło do tego stopnia, że żaden klub nie zgłosił chęci organizacji Polconu w tym roku. To daje do myślenia. Ja lubię szum i blask dużych imprez, są niezwykle ciekawe dla mnie, jako dla widza, no i mile łechcą ego, jeśli jest się gościem ;) Natomiast naprawdę dobrze czuję się na małych konwentach. Może to dlatego, że nie należę do grupy tworzącej serce fandomu, jestem mało znana i znam za mało ludzi. Na mniejszych konwentach zachował się jakiś ostatni kawałek ducha dawnych, mitycznych imprez, na których wszyscy się znali i wspólnie starali się, żeby ten dzień był wyjątkowy. Tak sobie myślę… Fandom to ludzie. Kiedyś było ich mniej, teraz grupa się rozrosła, zmieniły się kanały komunikacji, potrzeby widzów i gości, no i wiesz, moje zdanie tak naprawdę się nie liczy, bo dryfuję gdzieś na obrzeżach fandomu. Nie do końca dobrze się czuję z tym, co napisałam powyżej, bo może ktoś fajny poczuje się urażony. Jednocześnie nie czułabym się dobrze, nabierając pełne usta brokatu i wystawiając laurkę. Fandom to ludzie, a ludzie są bardzo różni. Nie da się przyłożyć jednej miarki do wszystkich.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Fotorelacja ze spotkania autorskiego z Jagną Rolską
Galeria Fahrenheit Crew - 4 kwietnia 2019

15 lutego w księgarni BookBook przy ulicy Hożej w Warszawie odbyło się spotkanie…

Sieciowe życie po życiu

Bohaterka powieści, Leila, to klasyczny przykład odludka. Jej życie upływa po cichutku, przeciekając przez palce…

Marta Krajewska „Idź i czekaj mrozów”
Fantastyka MAT - 16 marca 2016

Marta Krajewska Idź i czekaj mrozów Seria: Wilcza dolina, tom 1 Genius Creations Ilość…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!