Szanowni Czytelnicy – dziś udostępniamy niepublikowany dotąd fragment dzieła, nad którym aktualnie pracuje Ojciec Założyciel Fahrenheita – EuGeniusz Dębski. Naprawdę wydawało się wam, że „Ostatnia przygoda” Owena Yeatesa była ostatnia?

Trwaliście w mylnym błędzie! Dziś dajemy wam wyrwany z biurka EuGeniusza komputeropis dziewiątej części przygód Owena. Niestety, w trakcie szarpaniny udarła się nam ostatnia kartka. Jeśli chcecie przeczytać więcej – naciskajcie na szanownego Autora.

 

Chandlera kochałem od zawsze i do zawsze. Wszystko mi się w jego książkach podobało, nawet okładki, choć do nich nie miał nic, zwłaszcza w PRL.

Złościło mnie tylko, że napisał tak mało, że żył tak krótko, a jeszcze zmarnował ileś tam czasu na durne scenariusze, które nawet (chyba), nie weszły do produkcji. Gdyby żył i gdybyśmy się spotkali, to nawet swoją dukaną angielszczyzną naprowadziłbym Go na właściwy, potrzebny czytelnikom szlak. Ale nie spotkaliśmy się.

Pewnego więc razu wymyśliłem, że odwdzięczę się Mu, pisząc „jakby ciąg dalszy”, „jakby pastisz”, a w rzeczywistości pisząc hołd, jeśli tak można powiedzieć. Nie ciąg dalszy, bo nie ośmieliłbym się. Pastisz, jeśli to będzie pastisz, to bardzo-bardzo subtelny, tylko takie maźnięcie lekko umoczonym w farbie pędzlem. No bo – jak? Tu On, a tu ja?

Napisałem pierwszą powieść – „Ludzie z tamtej strony świata”. Spodobała mi się ta robota, jakby dla mnie skrojony typ.  I sensacja, i dowcip, i energia z emocjami. W połowie poczułem, że to za bardzo mi się podoba, mogę wejść w buty Szklarskiego i do końca życia już chodzić tylko w jednych kamaszach. Dlatego, chytrze bardzo, pod koniec powieści dodałem swojemu Owenowi miłość, kobietę i tra-la-la… Powiedziałem sobie, że detektyw z ukochaną…? To być nie może, to się nie zdarza albo to NIE wypali. Napisano milion kryminałów, w których detektyw zakochuje się z wzajemnością, a po kilkudziesięciu stronach następuje dramat. Tego dla Owena nie chciałem, zatem – to jest jedna powieść i tak zostanie.

Gdy poszła do wydawcy i księgarń, obudziłem się z pomysłem, jak to zrobić, żeby – mając ukochaną – jednak działać. No proste. Pod przymusem. „Albo zrobisz to dla mnie, albo twoja ukochana zazna krzywdy”. No to co Owen miał zrobić? Napisałem drugi tom, dla pewności, że to drugi i ostatni, dodałem mu (Owenowi)  syna.

I od razu zrodził się pomysł na trzeci tom.

Czwarty…

Potem przestałem już się wygłupiać z wymyślaniem pretekstów do zakończenia cyklu.

Ósmy tom nazwałem „Ostatnia przygoda”. Nawet chodziło mi po głowie uśmiercenie Owena, ale  jednak byliśmy ze sobą ponad ćwierć wieku! Poza tym, syn, córka, Pyma… Co ja z nimi zrobię? Wezmę na utrzymanie? No i ten drobiazg – mój umysł. Bałem się, że gdy tylko postawię ostatnią kropkę, natychmiast urodzi się pomysł na wczesne lata Owena, albo – co gorsza – późniejsze lata Phila Yeatesa. Tak więc( mięczak!), nie zrobiłem nic. Poza tym, że zatytułowałem ósmą księgę „Ostatnia przygoda”.

I nawet przez kilka lat nic się nie działo. Aż tu nagle…

Po prostu pewnego dnia zwerbalizowała się w mojej głowie niemal cała fabuła kolejnej powieści z Owenem Yeatesem.

Poddałem się. Napisałem. Postarałem się tylko przesunąć akcent z Owena na sierżanta Kaszla, może nie tyle przesunąć, co sprawiedliwie rozłożyć.  Nie wiem, czy mi się udało. Ten dziewiąty tom to rzecz bardzo świeża, nie ma nawet tytułu, tylko roboczy: „Sierżant Kaszel rulez!”. A czy dobry… Nie mam zdania.

Miłego!

 

________________________________________

 

SIERŻANT KASZEL RULEZ!!

Czwartek , 23 marca 2051, Maghony

Przechodząc przed lustrem, rzuciła odruchowe przelotne spojrzenie na taflę.

Nie zwalniając, wraz ze swoim odbiciem przemknęła przez rtęciowy prostokąt, ciągle jeszcze nie odwróciwszy głowy, patrząc w tę samą stronę, teraz – na ścianę, nie w lustro. Poczuła, że w klatce piersiowej, w sercu eksploduje przerażenie. Krew załomotała w uszach i skroniach, z trudem usłyszała, że ktoś obok niej jęczy. Z jeszcze większym trudem uświadomiła sobie, że ten jęk wyrywa się z jej ust.

Zachwiała się, oparła o ścianę, nie mając odwagi cofnąć się o krok i popatrzeć jeszcze raz na taflę. Oparła się przedramieniem, nie plecami, bo wtedy… Wtedy widziałaby cały pokój.

Nie mogła cofnąć się, popatrzeć na siebie, na odbicie drugiej strony salonu.

Konkretnie na regał między salonem i kuchnią.

Tym bardziej nie miała odwagi popatrzeć bezpośrednio na regał. Na jeden konkretny kaseton, pusty. Niemal pusty.

Poczuła zawrót głowy tak silny, że musiała drugą ręką chwycić się kinkietu. Na szczęście elektryk solidnie przymocował go do ściany. Stała chwilę, drżąc na całym ciele, chwiejąc się i z trudem utrzymując kolana w pozycji do stania, bo miały tendencję do zginania się, a wtedy zwaliłaby się na podłogę, w głębokie paniczne omdlenie.

Nie dam rady! Muszę… dać… Nie mogę zemdleć! Nie teraz!

– Nie-e… – wychrypiała.

Potrząsnęła głową, włosy opadły na twarz, nie mogła nawet dmuchnąć, żeby kilka pasm odfrunęło sprzed oczu.

Kiwnęła się mocno, przestawiła lewą stopę, niemal z rozpędu przestawiła prawą, znowu lewą. Uczepiła się klamki drzwi do łazienki, szamotała się chwilę, udało się otworzyć drzwi.

Umywalka była za daleko, za załomem. Jęknęła i opadła na kolana; nawet nie zabolało, choć na pewno uderzyła w wykafelkowaną podłogę całym ciężarem ciała. Trzymając się krawędzi szafki, przesunęła się na kolanach w stronę bidetu. Struga zimnej wody uderzyła z impetem w porcelanowe dno.

Chlusnęła wodą z dłoni w twarz, jeszcze raz. Poczuła się lepiej, przynajmniej na tyle, że usłyszała, jak z trudem oddycha, jak chrypi i rzęzi.

I jak powtarza: – Świe-e-eci… Świe-e-eci-i…

Sobota, 3 czerwca 2051 r., Bluewater St. 76. Chicago

Monty po wczorajszych urodzinach był osowiały, cichy i… pękaty.

W pierwszym wariancie chciałem zaproponować mu przebieżkę obok mnie na bieżni, w końcu miała dwa i pół metra szerokości i miała służyć rodzinie, co do rodziny nie docierało. Chwilę potem przypomniałem sobie, ile razy kpiłem z tych patentów, na których człowiek wyglądał jak durny chomik w młyńskim kole. Niezależnie od tego, jakim brzuchem rozcinał nieruchome powietrze przed sobą. Wczorajszy solenizant nie zasługiwał na takie traktowanie. Chwyciłem symboliczną smycz, której niemal nie używałem, ale dość często wykorzystywałem upakowany w niej wyrzutnik gazu. Bardzo sprawne urządzenie, przekonał się o tym jeden menel, trzy napalone wędrowne kundle i jeden dziennikarz, któremu nie wystarczyło sześć zaprzeczeń: „Nie, nie jestem Owen Yeates, nie byłem nim nigdy, i nie zamierzam być!”. Doszedłem do furtki, popatrzyłem na Monty’ego – miał wyrzut w spojrzeniu. Niewdzięcznik. Wolisz bieżnię?

Dobra, jestem elastyczny, zawróciłem ze spaceru, na który i tak nie miałem wcale ochoty, a wtedy pies uznał, że spacer jednak jest lepszy niż bezproduktywne leżenie na trawniku. Albo się bał, że go wpakuję na taśmociąg?

Wyszliśmy więc z posesji, pacnąłem po drodze w starter, domowy komp strzelił obcasami i zakrzątnął się przy ochronie, klimatyzowaniu i w ogóle odpieraniu wszelakiego ataku. Był początek czerwca, ale to nic nie znaczyło, maj do połowy był upalny, potem temperatura opadła i gdy wszyscy odetchnęli, łącznie z serwisami klimatyzatorów, ruszyła druga fala upałów. Logicznie – wyższych. Zawsze to, co nadchodzi, jest gorsze. Nowe podatki gorsze od poprzednich, nowy prezydent jest do bani, nowe wkładki do butów – niech sobie wsadzą, gdzie wiatr nie dochodzi, nasermater! Kto mi to podsunął? Sierżant Kaszel? A może, wieki temu, ojciec? W końcu jego ojciec nazywał się Jaceniak, to pewne, że jego z kolei ojciec był Polakiem. No, mieszkańcem Polski na pewno.

– Monty, chodź tu! – rzuciłem odruchowo. Spojrzał na mnie z wyrzutem, przecież stał jak statua i czekał na sklikowanie smyczy z obrożą, bo po co nam upierdliwy gliniarz marudzący coś o obowiązkach, prawach i obowiązkach, psich gównach i innych gównach.

No to ruszyliśmy. Rany, ile razy myśmy tędy dreptali?! Wydawało mi się, że nawet na asfalcie odbiły się moje kroki, łapy Montera chyba nie. Park, na który władzom miasta ciągle brakowało pieniędzy, z czasem stał się psim parkiem, matki i babcie z dziećmi unikały jego uporczywie zarastających alejek, przeniosły się Marbel Hill. I dobrze. Psiarze opanowali te dwa hektary, a koszt zakupu stu plastikowych psich kup był naprawdę znikomy. Dwa wieczory zajęło nam rozrzucanie ich w strategicznych punktach parku, pożyczyliśmy od Thaisy wózek, wypakowaliśmy plastykowym ekskrementem; Phil kwiczał z radości i starannie układał kupki, dbając o kompozycję, kontrasty kolorystyczne, pedantycznie wkłuwał kolce stabilizujące, żeby – broń Boże! – deszcz ich nie spłukał. I spryskiwał otrzymanym w gratisie sprayem odstraszającym inne psiaki. Miał nawet pomysł, żeby przynajmniej połowę zaopatrzyć w lokalizatory!

Ściągnij tekst: