Natalia Mietielewa „Wściekłość”

Wściekłość rozdziera gardło, wyrywa się, leci nad moim ciałem, rozpruwając mrok:

– Da-waj! Da-a-a-wa-a-aj!!!

– Ur-rr! Rrrauw… – Łomocze ciemność, pochłaniając krzyk.

Gdzieś tam, w czerni – Janka. Tańczy – godzinę, dwie, pięć, dobę. Co ma do tego czas? Nic. Janka tańczy wieczność. Płonie małe gibkie ciało – dmuchnij, a zgaśnie. Migoczący punkt, ledwie rozróżnialny w otchłani. Ognista śnieżynka. To ona przygasa, to ja. Rozpalaj się! Nie gaśnij, Janka! Rozbłyskuje, pulsuje, przyspieszając rytm.

Za mało mi tego światła. To żabie oczy wychwytują jedyny foton z odległości tysiąca mil. Nie jestem żabą, potrzebuję całego słońca, wszystkich gwiazd! Powinienem być bliżej Janki. Trzymać ją za rękę. Objąć. Wchłonąć życie. Oślepnąć od słońca, które zapłonęło między nami, dookoła nas.

Ale ja – tu. A tam – Janka i ci, nieznani, którzy spijają jej taniec. Nie widzę ich oczu. Nie mają oczu. Nie mają nic, nawet imienia. Kłamię. Mają nas. Nasze myśli o nich, nasz strach. Drapieżna pustka rozsypała się zwartą ciemnością na setki lat świetlnych i spija Jankę przez słomkę fotonu.

– Rrauurrrw! – warczy ciemność.

– Dawaj! Trzymaj się, Janka! – Wybuch wściekłości wykręca mnie na lewą stronę. Braknie mi sił. Zbyt szybko tym razem. Ale wystarczy nawet szept, myśl: „Płoń, Janka! Jestem z tobą…”

* * *

Nasza dziesiątka żywych. Łokieć kolegi – bliżej już się nie da. Przyjacielskie łokcie są wrogami moich żeber. „Oddychaj dwumiarowo, oszczędzaj locus!” – syczał poeta i programista Jasza Osin. Locus… Skrawek, oderwany od statku. Miejsce, pięć na pięć kroków. Kłaczek mroku i smrodu.

Roimy się, jak robaki w puszce wędkarza. Czekamy, kiedy nasadzą na haczyk. „Rybacy” – jak ich ochrzcił Wład? Żraby? Mraże? Jaka różnica! – nawet nie wyciągają robaka. Wszystko odbywa się tu. Człowiek zaczyna konwulsyjnie się szarpać, rzęzić. I świecić. Blado jak świetlik. Chwiejnie jak błotny ognik. Ale w całkowitej ciemności, to światło nas oślepia. Rzucamy się, wciskamy w podłogę, w gładkie, śliskie jak rybi pęcherz ściany – byle dalej, jak najdalej od świetlika, byle nie zostać zaczepionym.

Kiedy zaświecił się pierwszy z nas, dookoła niego jeszcze był tłum – prawie setka ludzi dotarła do mesy, zanim zatrzasnęła się pokrywa. Świetlik zaczepił wszystkich, którzy byli obok. Jak oni krzyczeli! – kiedy rozpuszczali się w kwasie. Od tamtej pory – rzucamy się aby dalej, patrzymy, kostniejemy od beznadziejności.

* * *

– Co z nią? – rzężę półprzytomny. Wład rozpłaszczył się obok, ledwie oddycha. Poznaję go po zapachu – ciężkim, byczym.

– Jeszcze tam jest.

– Ile minęło czasu?

– Trzy doby. Prawdopodobnie.

Dla nas czas nie istnieje. Tu go nie ma. Jest zegarek Dowódcy, jeden na wszystkich. Najstarszy ze starych, mechaniczny, z fosforowanymi wskazówkami. Wykończymy się wcześniej, niż rozwinie się sprężyna.

– By to diabli! Zbyt długo. Cho-ole-era!!! – Pięść wbija się w ścianę. Ta lekko się ugina i pluje w twarz śluzem. Odżywczą obrzydliwością, dzięki której jesteśmy żywi. Nie do pomyślenia, by ją jeść – odrzuca. Ale nie musimy. Sama wsiąka w skórę. Przenika z każdym wdechem. Lepiej nie myśleć, skąd tu się wzięła!

* * *

Oni – mraże? Żraby? Gówno! – bystre istoty. Świetliki spalają się prawie do cna, na niewidoczny, nic nie ważący popiół, roztarty do poziomu kwarków. Zmieniają się w paszę. Mannę niebiańską. „Z mikrofalówki” – powiedziała Dżossi. I postradała rozum. Piszczała po każdym zabranym przez żraby. Bez przerwy, cienko. Do następnego świetlika. Tak wkręcała się w nawet najmniejszy nasz nerw, że chciało się ją udusić. Pewnego razu pisk zanikł. W ciemności, na zawsze. Często milczałem o Dżossi. Jasnowłosa, niebieskooka Dżossi. Modliłaś się do nocy? Do niekończącej się, rozpaczliwej nocy? Do ciemności nieprzeniknionej?

Modlimy się do ciemności, która nas pożera. Modlimy się, milcząc. Za siebie. Za wszystkich. Bardziej od śmierci boimy się teraz światła. Światło to śmierć świetlika.

* * *

– Zauważyłeś, Les? Przez ten czas ani jednego świetlika! – zasypiając, mamrocze Wład i wyczuwam, że się uśmiecha. – Ani jednego, kurczę…

Łatwo mu się uśmiechać. To nie on pada iskrą w otchłań, tańcząc i wypalając się doszczętnie. Pali się jedna za wszystkich. Trzymaj się, Janka!

Trzy doby bez ofiar. Całym sobą, całą wrzącą nienawiścią czuję – nie będzie ich więcej. Trzy doby! A były każdego dnia. A może nocy? Regularnie. Żraby zabrały trzydziestu. Pozostali zginęli inaczej: niektórych zaczepiło, inni sami rzucali się na mknącą do sufitu pochodnię albo znikali w czymś cmokającym – tam, gdzie wcześniej była śluza. Tam, gdzie zniknęła Dżossi.

Za każdym razem „puszka” jakby usychała. I kurczyła. Zrozumieliśmy, że żraby, jeśli nie są rozumne, to na pewno racjonalne: mniej przestrzeni – większy pożytek z paszy i robaki nie rozpełzają się po ściankach. Pchnij nieopatrznie w ściankę – i włączysz świetlika. To my tak myślimy. Żraby nie myślą, one po prostu jedzą światło, jak plankton.

Pal się, rozpalaj, moja gwiazdo… Gwiazdo płomienna. Gwiazdo o imieniu Wściekłość.

Trzy doby pali się Janka.

* * *

WEJŚCIE

* * *

Kiedy statek wchodzi w nadprzestrzeń – jeden wielki błysk. Kiedy wychodzi – słabo świecą „awaryjki”, brzęczy wibromasażer kapsuły, serce traci rytm, leniwie przeżuwając wstrzyknięte w żyły jakieś plugastwa – świat wraca do świadomości, układając się niczym puzzle.

Między wejściem i wyjściem – kreska. Czarna klatka, dokładniej – mrugnięcie. Nie ma tam ani świata, ani nas. Ani ciemności, ani światła.

Ale ciemność była. I cisza. I chłód.

Ocknąłem się, wiedząc już – wszystko nie tak, a to znaczy, wszystko źle.

Po omacku wydostałem się z przedziału. Nigdzie, nawet iskry. Kompletnie nic nie widać. Śluzy otwarte. Luki wydarte, jak popękane błony. Powietrze dziwne. Nieprzenikniony mrok chrzęści na zębach gorzkim kurzem. Smak zatrzymanej chwili.

A potem lunęły krzyki. Zewsząd. Nie tylko ja czołgałem się do mesy, chociaż byłem zobowiązany pozostawać na miejscu i zachowywać spokój. Zachowałem się poprawnie: ktoś z załogi – tylko oni na pamięć znają wszystkie przejścia – grzechotał po przegrodach i wrzeszczał, prawdopodobnie, w imitujące megafon dłonie:

– Do wszystkich, którzy słyszą! Opuścić przedziały, podążać za moim głosem. Zbiórka w mesie. Do wszystkich, którzy słyszą…

* * *

– Broń, latarkę, zapalniczkę, piezorek masz? – zapytał gęsty jak smoła bas, kiedy wpadłem do śluzy. – Przekazać!

Pytanie było tak absurdalne, że panika znikła. Skonała z powodu szoku. W kosmos na zapałkach… w nadprzestrzeń, na piezorku…

– Nie palę i bezbronny.

– Nazwisko, tytuł?

– Les Biełow, pasażer z trzeciego poziomu. Pokazać bilet, kontrolerze?

– Yhy – złośliwie burknął żywiczny bas – tylko włącz światło, bo numeru nie zobaczę.

– Co się stało? – mimo wszystko ciągle miałem nadzieję na banalny wypadek, ale kostniejące ze strachu wnętrzności wyczuwały – wpadliśmy, jak śliwka w kompot i nikt nie zaręczy, że wydostaniemy się żywi.

– Co się stało? Bal maskowy, kurczę – zaklął niewidoczny w ciemności posiadacz basu. – Odpełzać wzdłuż ściany w prawo. I cicho. Nie krzyczeć, nie szukać swoich. Za kwadrans będzie apel, wtedy się dowiesz.

Zrobiłem krok w nakazanym kierunku. Objęły mnie czyjeś ręce, gorący szept momentalnie ogrzał policzek:

– Les! Żywy! Jednak jest Bóg na świecie.

– Masz rację, Janka!

* * *

Nie zauważyliśmy, kiedy zatrzasnęła się pokrywka „puszki”. Po prostu, bas „kontrolera” nie odezwał się na apelu. Kapitan natychmiast rozkazał wszystkim odsunąć się od śluzy. Tłum zachwiał się i mnie z Janką wgniotło w ścianę, która dziwnie się ugięła. Okazało się, że już jej nie ma, zastąpiona została czymś śliskim, sprężystym.

– Witajcie w tyłku Boga! – dociął Wład. Gdybym mógł się pochwalić jego optymizmem!

Przejście do przedziału, gdzie była śluza, zniknęło. Ciemność, która je kryła, okazała się żarłoczna – łykała z cmokaniem.

I ani jeden piezorek nie działał.

I stało się światło…

* * *

Skazanemu nie można pomóc. Zawisa nad głowami – pogrzebowe ognisko z samego siebie. Świeci koszmarną lampą, a puszka wypełnia się powietrzem z zapachem ozonu. A dalej – różnie. Niech ktoś inny opowiada, jak niewidoczne ryby zaczynają dziobać robaka i jak go wsysają.

I znów – ciemność. Ciemność – to dobrze. To znaczy – nikt teraz nie umiera.

* * *

Zauważyliśmy: śpiących żraby nie brały. Wszyscy zaczęli spać do granic możliwości albo po prostu leżeć, gapiąc się w nicość, starając się nie ruszać. Każdy bał się uczynić to jako pierwszy.

W ciągu doby wzięto trzech. Manny było po kostki. Wład wysnuł przypuszczenie: karmią nas na silę – jesteśmy zbyt cherlawi.

* * *

Świetliki palą się prawie godzinę. Alena, żona Kapitana, kilka godzin wisiała nad nami. Dlaczego – wiedzą tylko żraby, ale ich nie spytasz. Hurmem trzymaliśmy jej męża, przyciskając do podłogi, żeby nie rzucił się zdychać razem z nią. Trzymaliśmy, póki nie wychrypiał z wypalającą się, nienawidzącą wściekłością:

– Słuchajcie skazańcy! Mamy zadanie! Dezerterom – wieża!

Myśleliśmy – Kapitan kaput, zbzikował chłop. Ale nie. Każdemu znalazł zajęcie, DOPÓKI JASNO. Sprawdzać, który sprzęt ocalał, remontować, co się da, naprawiać odzież. Sam rzucił się do zablokowanej śluzy w tym samym przedziale… i nic się nie stało. Okazało się, że jest dostęp do śluzy. Jest! Dłubał przy niej około trzech godzin, ledwie zdążyliśmy go oderwać, kiedy w świetlika Aleny wreszcie dziobnęło i światło zaczęło powoli blaknąć.

* * *

Janka ryczała – głucho, wtuliwszy się we mnie. Moje ręce błądziły po jej lepkich włosach, czyszcząc je ze skrzepów manny.

– Ciszej, dziecino.

– Nie mogę! To jeszcze gorzej, Les – nic nie ważący szept gorącem oblał ucho. – Już nie straszno – przykro! Jak wyobrażę sobie taką martwą żarówkę, a żywi na dole krzątają się rzeczowo, zaszywają kurtki… i cieszą się z takiego światła! Gorzej, niż zwierzęta!

– Gorzej padać łapkami do góry i czekać, kiedy rozdepczą.

– To nieludzkie! Człowiek zawsze szanował cudzą śmierć. Zawsze! A tu… cyniczna utylizacja wszystkiego!

– Śpij, dziecino. Niech martwi chowają swoich nieboszczyków…

Zaszlochała.

– Hej, z prawej burty, spać! – zawarczał Wład.

– To niemożliwe! – poruszyli się w ciemności pozostali.

Kapitan milczał. Gdzie on jest? Śluza nie zawsze mlaszcze, kiedy znikają tam ludzie.

– Dowódco!

– Nie wrzeszcz, nie jestem głuchy – odezwał się dowódczym głosem daleki kąt przy samej śluzie. – Komu sprzykrzyło się tu żyć?

Westchnienie ulgi, podobne do szumu wiatru w niewidocznym lesie. W spoconym, śmierdzącym lesie.

– Znaczy, tak, chłopy… i ty, lejdi! – Kapitan był jak zawsze złośliwy i skupiony. – Bunt odwołany. Korzystać będziemy z każdej sekundy światła, jakie by ono nie było. Rozumnie korzystać, debile! Sorry, lejdi! Nie drętwieć w modlitwie, w gównie albo w czymś tam jeszcze, w czym drętwiejecie. Jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał, wyjaśniam: żraby przestają obserwować nas od momentu, w którym wybrali robaka. Puszka jest w tym czasie bez nadzoru. Trzeba tylko rozbić pokrywkę.

Wład ożywił się, radośnie szturchnął mnie w bok niezajęty przez Jankę:

– I na pewno rozbijemy! Mam hipotezę, Kapitanie. Może oni ślepną?

– Idź, sprawdź, okulisto! – Trucizny w dowódczym głosie wystarczyłoby dla wszystkich mraży i żrabów, gdyby siedzieli w naszej puszce. – Najważniejsze w tym momencie, wypełznąć, póki jeszcze jest komu. Kto pragnie, może pozostać. Jasne? Wszyscy spać!

Sprzeciwów nie było, ale Janka sapała protestująco pod moją pachą.

Kiedy wszyscy się uspokoili, Wład przedostał się na jej stronę, omal nie rozgniatając nas przy tym przemieszczeniu swojej tuszy i opowiedział bajkę na dobranoc o wyrwanym sercu. Niech żyje aztecki stoicyzm!

– On sam tak zdecydował – upierała się Janka – a tu… ludożerstwo i… w ogóle zgroza.

– Wiesz, przyjaciółko…

– Hej, nawet nie myśl! – Wyszczerzyłem się z przyzwyczajenia.

– Hyy – zarżał Wład, ale natychmiast spoważniał. – Nie przerywaj, Les! Mam ważną wiadomość. Myślę, że świetliki zachowują świadomość do końca.

Kiedy do nas dotarło, CO on powiedział, Janka szarpnęła się niczym jaszczurka w stronę ściany. Chyba zwymiotowała. Inna sprawa, kiedy jest ci obojętne, co z tobą i dookoła ciebie się dzieje, kiedy jesteś martwy, bo – jesteś martwy. I wstydu nie masz. Ciebie – nie ma. Nigdzie. Ale umierać TAK i być świadomym WSZYSTKIEGO?! Zabić tego Włada. Natychmiast.

– Zamknij się, Wład! – zagrzmiał ze swojego kąta wszystkosłyszący Kapitan.

Rozbudzony naród zaburczał jeszcze głośniej: najgłówniejszy buhaj szedł do nas po głowach i brzuchach zależnych.

– Zamknij się! – powtórzył nad samym uchem już bardzo cicho, prawie czule. – Tak nie można, maluchu. Pomyśl dobrze, a potem… pomyśl jeszcze lepiej i zrozumiesz, dlaczego.

I nasz grubas zatkał się, co też było niemożliwe: jeśli Wład uważał, że ma rację, to nie ukrywał przed światem ciężkich przyczyn pewności. A jeśli nie uważał, to i nie paplał nigdy. Za to lubili go wszyscy, a Janka po prostu uwielbiała.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Fahrenheit Crew

Tutaj powinna być notka biograficzna redakcji Fahrenheita, ale ponieważ nikomu z nas nie chciało się jej napisać, zostawiamy tekst, który właśnie teraz czytacie. Jeśli spodziewaliście się czegoś ciekawego, przepraszamy!

Facebook.

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Dziś wciąż lubimy wmawiać sobie, że jesteśmy władcami stworzenia. Prawda jest inna, przypominał nam Lem: stworzyła nas w niechlubnym związku Ewolucja zapłodniona przez Przypadek.

— Wojciech Orliński

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
od do
Aktualności
Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
od do
Aktualności
Klub Wytwórnia w Łodzi
The Symphony of Heroes - Music from Heroes of Might and Magic©
Aktualności
Narodowe Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu (Plac Wolności 1)
Opolcon 2017
od do
Aktualności
Zespół Szkół Elektrycznych i Zespół Szkół Ekonomicznych w Opolu przy ulicy Tadeusza Kościuszki
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!