Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Krzyczący, jakby wyczuwając jego spojrzenie, przesunął dłonią po twarzy i blizny zniknęły, ponownie zastąpiła je gładka śniada skóra.

– Niech pan zawoła służącą, Grinaldi – powiedział jakby nigdy nic. – Potrzebuję paru rzeczy, żeby spleść tu czary ochronne.

Przetarł oczy, pomasował powieki. Sekretarz nagle pojął, że mag jest zmęczony, ogromnie zmęczony, choć stara się to ukryć. Kto wie, jakim sposobem dotarł tu tak szybko i z jak dalekich stron.

– Czy nie ma obawy, że demon zacznie nękać kogoś jeszcze z moich domowników? – zapytał rzeczowo Lyspis, maczając pióro w kałamarzu.

– Skoro do tej pory nikt oprócz pana nie zachorował, nie sądzę – odrzekł żmij, a potem dorzucił: – Pewności, oczywiście, nie ma nigdy. Demon to demon.

Zjawiła się służąca i Krzyczący w Ciemności wydał jej dyspozycje, prosząc o sól, wino, oliwę oraz trzy świece z dobrego wosku. Z korytarza dobiegł melodyjny dźwięk – to stary zegar wybijał pierwszą. Lyspis wręczył sekretarzowi kartę; Grinaldi zerknął na spisane punkty i westchnął w duchu, widząc, że co najmniej dwie sprawy musi załatwić teraz, bez zwłoki, zanim będzie mógł choćby pomyśleć o obiedzie. Tyle dobrego, że i tak nie miał apetytu.

– Idź, Jasme – dorzucił adwokat z wymuszonym uśmiechem. – Jak widzisz, jestem w dobrych rękach.

 

 

2.

 

Gdyby dwa lata wcześniej ktoś jej powiedział, że będzie szorowała podłogi, Tei Margell wyśmiałaby go. Jedno musiała wszakże przyznać – szorowanie ich w domu babki było lepsze niż harowanie dla jakiejś obcej rodziny, zwłaszcza dla ludzi, którzy pamiętali ją z poprzedniego życia, wystrojoną i beztroską.

Wychlusnęła brudną wodę na podwórze, opłukała wiadro przy studni i odniosła je do sieni. Piętrzyły się tu graty, które dawno należałoby oddać śmieciarzom: połamane krzesła, koszyk pełen glinianych skorup, zjedzony przez mole futrzany pled, stare pikowane kaftany i salopy, całe w kurzu. Nie wiedziała, czy najbardziej nienawidziła zapaszku stęchlizny, który przenikał wszystko w tym domu, tępego bólu pleców czy mdłej szarości jesiennego dnia, sprawiającej, że człowiek od świtu do wieczora czuł się ociężały i senny.

– Jesteś tam? – zabrzmiał z kantorka zrzędliwy głos babki. – Zaparz mi rumianku!

Wzdychając w duchu, dziewczyna poszła do kuchni i nastawiła samowar. Stara Fyllis od lat chorowała na żołądek, w związku z czym piła ogromne ilości ziółek, a żywiła się głównie jarzynami z wody, owsianką i czerstwymi bułkami. Tei wieczorami trochę szyła i z zarobionych w ten sposób pieniędzy dokupowała jedzenie dla siebie, bo na babcinym wikcie długo by nie pożyła.

Zalewając zioła wrzątkiem, pomyślała, że musi w końcu zdobyć się na odwagę.

Babka siedziała w kantorku, robiąc na drutach pończochę. Na jej wychudłej twarzy pod falbanką czepka jak zwykle widniał skwaszony grymas. Tei postawiła garnuszek z naparem na stoliku i zaczerpnęła tchu.

– Babciu, mam prośbę.

Stukanie drutów umilkło. Fyllis odwróciła się od okna.

– Co znowu? Chodź tu bliżej. – Przywołała wnuczkę gestem kościstej dłoni. – No, mówże.

Jąkając się nieco, Tei wyjaśniła, w czym rzecz.

– Oszalałaś – stwierdziła zwięźle babka.

– Czemu?

– Żaden się tym nie zajmie, mają inne obowiązki. Sprawy Tarantuli są ważniejsze od twojego widzimisię. Poza tym – zachichotała cierpko – i tak nie miałabyś czym zapłacić.

Dziewczyna wyjęła zza dekoltu złożony arkusz papieru, rozprostowała go i stuknęła palcem w drzeworyt listu gończego.

– Ten człowiek zaczarował Zakariego i odebrał mu pamięć. Jestem tego tak pewna, jak własnego imienia. Tu piszą, jaka jest nagroda. Jeśli taka kwota nie wystarczy, żeby zachęcić maga…

– Magowie nie polują na magów, głupia dziewczyno – ucięła Fyllis. – To po pierwsze. Po drugie, znasz już moje zdanie. Zakarias na pewno wyjechał z Fal Tirra, tak jak zapowiadał, pracuje i ma się dobrze, czego mu z serca życzę. Może u tego nowego pana wreszcie nabierze rozumu.

– Jeśli ma się dobrze, czemu ani razu do nas nie napisał? – zapytała retorycznie Tei. – I jak wytłumaczysz to, co mi powiedział wtedy na targu? Przecież tego nie wyśniłam, babko. W porządku, najwyżej się ośmieszę. Zaryzykuję.

Fyllis cmoknęła, ujmując robótkę. Druty zastukały.

– Jakbym słyszała twojego ojca. Pomnisz me słowa, on źle wyszedł na ryzykowaniu i ty też nie wyjdziesz lepiej.

Tei zdążyła się już przyzwyczaić do zgryźliwych komentarzy i przytyków babki; umiała przełykać upokorzenie, tłumić wzbierającą złość i udawać, że puszcza wszystko mimo uszu. Ale teraz coś w niej pękło.

– Nie obrażaj mojego ojca! Nie masz prawa! Może i stracił fortunę, ale najpierw ją zarobił! Potem poślubił twoją córkę, chociaż mógł się ożenić z panną z dobrej rodziny! A po latach, kiedy raz jeden poprosił cię o pożyczkę, nie raczyłaś choćby…

Stara kobieta odłożyła robótkę, zerwała się z fotela i spoliczkowała ją z całej siły. Tei cofnęła się, przyciskając dłoń do twarzy, zaskoczona i wściekła.

– Słuchaj mnie, wnuczko – warknęła Fyllis. – Twój ojciec był skończonym głupcem, twój brat to dureń i ty także jesteś durna. A gdy pożyjesz tak długo jak ja, dotrze do ciebie, że głupcom nie należy pomagać. To zmarnowany wysiłek. Całe życie hołdowałam tej zasadzie, dlatego teraz szorujesz u mnie podłogi, ale przynajmniej masz gdzie mieszkać i co jeść. Pojmujesz?

Dziewczyna nie spuściła wzroku.

– Tak, ale ja nie proszę o pożyczkę na otwarcie sklepu. Proszę o kwadrans rozmowy z kimś, kto – jej głos załamał się na sekundę – może uratować mojego brata. Twojego wnuka, babko Fyllis.

Stara kobieta coś mruknęła pod nosem z taką miną, jakby ssała cytrynę. Wróciła na miejsce i podjęła przerwaną pracę. Druty w jej kościstych palcach poruszały się miarowo, szybko i zręcznie. Stuk-stuk. Stuk-stuk.

– Gdyby twój ojciec żył, wiesz, co by zrobił, będąc na moim miejscu? – zagadnęła, nie podnosząc oczu znad robótki. – Złoiłby ci pasem tyłek i zabronił pchać nos tam, gdzie panna go pchać nie powinna.

– Ojciec nigdy mnie nie uderzył – odparła chłodno dziewczyna. – Dobrze, babciu. Rozumiem. Trudno.

Chciała odejść, ale Fyllis nagle wyciągnęła rękę i złapała ją za nadgarstek.

– Jeszcze nie skończyłam – syknęła. – Ja nie jestem twoim ojcem, smarkulo. I właśnie zmieniłam zdanie. Chcesz porozmawiać z magiem Tarantuli? Dobrze, porozmawiasz. Jutro.

– Jutro?! – Tei aż otwarła usta. Stara kobieta zaśmiała się sucho.

– Chciałaś, to masz. Akurat tak się składa, że jutro wieczorem ma się u mnie zjawić żmij z organizacji, więc możesz mu opowiedzieć swoją historię. Pamiętaj, smarkulo, traktuję cię jak dorosłą. Pertraktujesz sama i na własną odpowiedzialność.

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

70. urodziny Macieja Parowskiego
Aktualności - 27 grudnia 2016

Polski pisarz, dziennikarz, felietonista i krytyk literacki, scenarzysta komiksowy, a przede wszystkim wieloletni kierownik…

„Harda Horda” – nowa antologia SQN
Ksiażki fantastyczne - 31 stycznia 2019

Najpierw na profilach Facebookowych kilku fantastycznych pisarek i wydawnictwa SQN pojawiła się…

Agnieszka Hałas „Dwie karty”
Ksiażki fantastyczne - 14 marca 2011

Ifryt Wszystkie anioły umarły, a bogowie odeszli. Magia dzieli się na srebrną i czarną, ta…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!