Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności” (3)

***

To było na początku wojny. Z drzew spadały dopiero pierwsze pożółkłe liście, a inżynierowie zaczynali prace nad wyniesieniem najnowszego typu bomb na stosowną wysokość, by zwiększyć siłę rażenia. System wind miał się pojawić za kilka lat.

Dagr zdążył już zamknąć zakład i wdusić przycisk alarmu, kiedy dobiegł go głuchy łomot w drzwi. Uchyliwszy wizjer, łypnął na zewnątrz i westchnął z irytacją. Gdyby był pobożny, zacząłby się modlić, żeby groevmaand – miesiąc, w którym grabarze odwiedzają pochówki poza granicami swoich cmentarzy – już się skończył.

Zgodnie z tradycją członkowie cechu, choć na co dzień – mimo tej samej profesji – stronili od siebie, w czasie groevmaand, jeśli już mijali się na trasie, musieli się pozdrowić. Właściwie nikt nie widział w tym sensu ani celu, ale tak po prostu było. A grabarze większość rzeczy robili właśnie dlatego, że tak po prostu było.

Za drzwiami zakładu stał Áedh, wyspiarz. Dagrowi przemknęło pytanie, co gość mógł robić w tej okolicy, że zdążył tu kogoś pochować. Niechętnie, ale w końcu wyłączył alarm i zaczął mocować się z zamkiem.

– Pozdrowienie – burknął, uchylając wreszcie drzwi.

– Pozdrowienie. – Áedh ani myślał iść dalej. Dagr otworzył je więc szerzej i wpuścił go do zakładu, jednocześnie zastanawiając się, czy nie zostawił śladów dzisiejszych zabiegów. Zazwyczaj nie przyjmował gości, toteż nie przejmował się zmyciem krwi czy uprzątnięciem narzędzi. A ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było wykluczenie z cechu. Bo cech wykluczał ostatecznie.

Áedh wszedł i rozejrzał się. Prześlizgnął się wzrokiem po stole, pociemniałej podłodze, stojącym w kącie wiadrze. Pociągnął nosem.

– Śmierdzi – oznajmił. Dagr wzruszył ramionami, uciekając spojrzeniem w bok. Gość kontynuował: – Jak ci się wiedzie?

– Jak każdemu. – Gravetikke z ledwością powstrzymał się, by jego odpowiedź nie przeobraziła się w gniewne warknięcie. – Próbuję przeżyć.

– Krążą plotki.

– Jakie plotki?

– O nieumarłych. Chyba pilnujesz swojego cmentarza?

– To wizyta czy inspekcja?

– A są powody do inspekcji?

– Grabarze nie dokonują inspekcji, Áegh. – Tym razem w głosie Dagra wyraźnie dawało się usłyszeć groźbę.

– Więc sam sobie wyjaśniłeś. Pozdrowienie, Gravetikke. Bądź żyw.

Nie czekając na odpowiedź, która i tak by nie nadeszła, gość skinął głową, wcisnął cylinder mocniej na głowę, po czym opuścił zakład.

*

Dagr był pewien, że Áegh się zorientował. Był pewien, że wkrótce zostanie wydalony z cechu, dostanie list, a w nim – wyrok.

A jednak czas mijał, list zaś nie nadchodził. Áegh zginął w bombardowaniu, jak wielu innych. W gruncie rzeczy Gravetikke nawet nie wiedział, czy w ogóle ktoś z cechu jeszcze żyje. Raz zasiany lęk jednak już go nie opuszczał. Każde pukanie w drzwi mogło oznaczać śmierć. Nawet tu, na Scudo 3, z trudem powstrzymywał się od nerwowego zerkania przez ramię za każdym razem, kiedy nacinał zmarłego.

Cech nie wybaczał bezczeszczenia zwłok.

Cech nie wybaczał bratania się z nieumarłymi.

Prawdę mówiąc, cech w ogóle nie do końca pojmował ideę wybaczania.

***

Pułkownik Goizane krążyła nerwowo po korytarzu. Huk wentylatorów doprowadzał ją do pasji, a wizg poczty pneumatycznej przyprawiał o ciarki. Rzadko bywała na dole i teraz już przypomniała sobie dlaczego. Ale musiała się uspokoić, nim wyjdzie do swoich ludzi tam, na wyższych kondygnacjach. A już na pewno nie była w stanie teraz wsiąść do windy. Miała mdłości na samą myśl o skoku ciśnienia przy starcie tego ustrojstwa.

Podszedłszy do ściany, przytknęła do niej czoło. Przyjemnie chłodny, gładki metal koił zmysły.

I właśnie w tę krótką chwilę spokoju wdarł się łoskot, który odbił się zwielokrotnionym echem od ścian, przeorał trzewia Veli i pomknął dalej, pozostawiając za sobą jedynie drażniący rezonans.

Pułkownik miała wrażenie, że absolutnie wszystko w jej wnętrzu się trzęsie. Czuła drganie żołądka, nerek i wątroby. Stamtąd uczucie rozpełzło się w inne rejony ciała, by w końcu rozkwitnąć łupiącym bólem w głowie. Gwałtownie nabrała haust powietrza i wypuściła je, przymykając oczy. Nie mogła teraz poddać się panice. Musiała po prostu wsiąść do windy i dowiedzieć się, co się stało. Podejrzewała kolizję z jakimś kosmicznym śmieciem – to się już zdarzało – ale musiał być dużo większy od tych, które mijali zazwyczaj. Odetchnąwszy raz jeszcze, puściła się biegiem do dźwigu. Chwilę wahania zdusiła, zanim jeszcze zdążyła zadrżeć ręka nad przyciskiem otwierania drzwi. Kkilka sekund później Vela mknęła w ciasnej klatce kilkaset metrów w górę, na mostek. Umieszczony na panelu w windzie nadajnik, choć ozdobiony liściastym ornamentem i pięknie wypolerowany, od dawna był niesprawny. Kratka głośnika szczerzyła się więc milcząco, podczas gdy pułkownik Goizane przygryzała wargi w obawie o stan techniczny uderzonej stacji.

*

– Co to było?! Jak mocno? – rzuciła, wbiegając na mostek.

Kilku techników w szarych uniformach na moment odwróciło się do pułkownik, nikt jednak nie tracił czasu na rozmowy. W niewielkim, niskim pomieszczeniu panowało całkowite skupienie. Każdy tkwił przy swojej konsoli i zajmował się robotą: uregulowaniem temperatury w uszkodzonym segmencie, zamknięciem odpowiednich grodzi, zablokowaniem odpływu resztek drogocennego paliwa i wody, odzyskaniem kontroli nad wahaczami. Wyjaśnienia należały do sternika.

Ten zaś nie zamierzał chwilowo rozmawiać. Przypięty pasami do wysokiego, przywodzącego na myśl katafalk, stołu, leżał z zamkniętymi oczami, a z jego ramion wyrastały gąszcze rurek, które ginęły gdzieś ponad nim, pod zacienionym sufitem. Wokół jego głowy ze stołu wystawał szereg prętów, między którymi od czasu do czasu z trzaskiem przemykał impuls elektryczny. W tych momentach twarz sternika krzywiła się w półuśmiechach.

– Obudzić go – poleciła Goizane.

Jeden z techników oderwał się od konsoli i podszedł do stołu. Szarpnąwszy za znajdującą się obok dźwignię, zaczął nakładać na pręty gumowe kapturki, następnie zaś odłączył część rurek i podniósł pytające spojrzenie na pułkownik. Kobieta skinęła głową, technik więc wrócił na poprzednie stanowisko.

Sternik, wciąż unieruchomiony i częściowo przypięty do stacji, powoli otworzył oczy.

– To nie był śmieć – zaczął, z trudem składając usta do wypowiadania słów. Nieczęsto rozmawiał; zdarzało się, że między jednym a drugim odłączeniem w ogóle zapominał, jak się mówi. Tym razem nie minęło aż tyle czasu, ale własny głos brzmiał w jego uszach dziwnie i obco. – Robiłem co mogłem. Ale dryf na obłok lunarny. To jeden z odłamków.

Goizane zaklęła pod nosem. Jakby mało miała kłopotów, wpakowali się na resztki tego, co kiedyś było Księżycem.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Dyskusyjny Klub Komiksowy w Sopotece
Komiks MAT - 22 lutego 2017

Jutro (23.02.2017) o godzinie 17.30 w Sopotece (ul. Tadeusza Kościuszki 14, Sopot) odbędzie się spotkanie Dyskusyjnego…

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!