Emil Gieras „Piękny dzień” (3)

Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Wyczuwam obecność drugiego celu. Do gabinetu wchodzi Żyński, encyklopedyczny przykład gnidy, lizusa i konfidenta.

– Cześć! – Lisi uśmiech wykwita na jego wychudłej gębie.

– Witaj, Mirku – przełożony mówi ciepłym głosem.

– Witaj – powtarzam za nim. – Proszę, usiądź. – Sam wstaję i robię mu miejsce.

– W czym problem? – pyta.

– Chcieliśmy… – zaczyna Miszu, unoszący się w gęstej zawiesinie z ludzkiej krwi i ciała. Przerywam mu jednak stanowczym gestem. Na przystojnej, sztucznej twarzy obcego maluje się bezbrzeżne zdziwienie.

To to. Ten moment. Sens mojego istnienia. Kres drogi.

W pierwszej kolejności zwracam się do Mirka. Staram się mówić powoli i wyraźnie, bez zbędnych emocji. Patrzę mu w oczy, kiedy słucha wyroku.

– W imieniu Polski Podziemnej – mówię – skazuję cię na śmierć za zdradę ojczyzny.

Tamten uśmiecha się głupio, popatruje na szefa. Myśli, że to żart. Obcy jest zdecydowanie bystrzejszy. Nie odzywa się ani słowem, ale wiem, że gorączkowo próbuje zaalarmować ochronę, oficerów bezpieczeństwa i swoich ziomków, próbuje mentalnie uruchomić dezintegrator. Niestety dla niego ekranuję pomieszczenie. Żyński chce wstać, lecz osadzam go z powrotem na miejscu. Zwracam się do Miszu:

– W imieniu Polski Podziemnej skazuję cię na śmierć za zbrodnie na narodzie polskim.

Stwór wybałusza gały groteskowej maski. On wie, że to koniec. Jego myśli jak szalone obijają się o postawioną przeze mnie barierę. Żyński cały czas uśmiecha się głupkowato, cały czas nie rozumie, przynajmniej do momentu gdy dostrzega upiornie czerwone światło sączące się spod mojej koszuli. Reakcja chemiczna rozpoczęta. Żywy ogień pali mnie od wewnątrz. Plama czerwieni rozlewa się po torsie, sięga podbrzusza, ust. Czerwień zamienia się w biel. Będę bał się już tylko przez sekundę.

To dla ciebie, Jasiu, to dla ciebie, Marysiu, żebyście nigdy nie skończyli jako karma dla tych bydlaków. Co z tego, że nie istniejecie naprawdę, co z tego, że nasze wspomnienia to tylko kod binarny. Bo gdzieś tam przecież muszą żyć taki Jaś, taka Marysia i taki Mariusz. Gdzieś tam musi istnieć taka miłość, prawda?

To za was.

***

Odwracam się w progu.

– Tato! – Krzyś z impetem rzuca mi się w ramiona. – Pa, pa, tato.

– Pa, pa, synku. Kocham cię.

Z trudem uśmiecham się szeroko. Ściskam go mocno, tak mocno, że przez chwilę boję się, że złamię mu żebra. Jakie to głupie, taka irracjonalna obawa…

Trzy tygodnie temu został aktywowany mój protokół nadrzędny. W jednej chwili zrozumiałem, kim – czy raczej czym – jestem. Po co zostałem stworzony i jak przyjdzie mi zginąć. Poznałem swoje przeznaczenie, przed którym nie mogłem uciec, cel, który musiałem zrealizować. Imperatyw. Czy czułem się zagubiony, oszukany? Tak, oczywiście. Czy mogłem się temu przeciwstawić? Nie. Imperatyw, pamiętacie? Nie umiałem jednak pogodzić się z faktem, że całe moje życie było fikcją, nudnym kawałkiem literatury dla zblazowanych pań domu. Chciałem poznać przeszłość, własną i mojej rodziny. Trochę poszperałem. Nie dowiedziałem się wszystkiego, lecz wiedza, którą posiadłem po złamaniu niektórych zabezpieczeń Armii Krajowej i Państwa Podziemnego spowodowała, że cieszyłem się, że nie umiem płakać.

Zostałem uruchomiony sześć miesięcy temu, dokładnie w dniu naszej przeprowadzki. Wtedy też ponownie aktywowano chłopczyka, którego właśnie tulę w ramionach, i kobietę, która właśnie krząta się po kuchni. Wcześniej nadpisano im nowe – nasze wspólne – wspomnienia, zmieniono profil genetyczny, lekko zmodyfikowano fizjonomię. I przywrócono do służby. A jeszcze wcześniej? Wcześniej byli szczęśliwą rodziną innej chodzącej bomby, terminatora. Za każdym razem, gdy myślę, że już kiedyś kochali innego ojca i męża, że kiedyś byli kochani, wielbieni przez innego mężczyznę, serce chce rozerwać mi pierś. Metaforycznie rzecz ujmując, co w moim przypadku warto podkreślić. A ten facet? Czy dowiedziałem się czegoś i o nim? Jasne. Został bohaterem po tym, jak zlikwidował obcego, niejakiego Miszu, czy jak to tam wymawiają, i pewnego konfidenta, który miał na rękach krew patriotów. Zrobił to, co do niego należało. Był dobrym Polakiem. Co jakiś czas zadaję sobie jeszcze jedno pytanie, nieśmiałe, cicho kołaczące się pod sklepieniem czaszki. Na nie jednak nie udało mi się znaleźć odpowiedzi. Może to i lepiej. A pytanie brzmi… Czy był mną?

Zerkam nad ramieniem Krzysia do kuchni. Monika, jeszcze w zwiewnej nocnej koszuli, szykuje małemu śniadanie. Promienie słońca wpadające przez okno wydobywają spod ubrania zarysy jędrnego ciała. Kobieta odwraca głowę w moją stronę. Nie zdaje sobie sprawy, że jakimś cudem ubrudziła sobie nos masłem orzechowym i wygląda komicznie. Przesyła mi zmysłowego buziaka.

Ten obrazek zabiorę ze sobą do grobu.

 

Emil Gieras

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Komiksowe zapowiedzi na kwiecień’19
Komiks MAT - 9 kwietnia 2019

Za oknami wiosna wreszcie w pełni, zatem dzień należy spędzać poza czterema…

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!