Rafał Babraj „Czarny Henio”

Opowiadania nimfa bagienna - 31 lipca 2014

powstanie-2W przeddzień siedemdziesiątej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego przypominamy opowiadanie Rafała Babraja „Czarny Henio”. Postać Henia to oczywiście fikcja literacka… ale obyśmy już nigdy nie musieli zastanawiać się, czy i my nie mamy swojego człowieka o czarnych oczach.

 

Strzelec wyborowy wstrzymał oddech. Gdzieś poniżej, między ruinami kamienic, dostrzegł ruch. Wiedział, że zaraz ktoś tam na dole, na ulicy, zatoczy się, zegnie w pół, upadnie.

Zanim echo ostrego trzasku łamiącego ciszę na dobre wybrzmi w zawalonych ścianach, a koledzy trafionego zorientują się, co się stało, może zdąży powalić kolejnego. Leżąc na poddaszu zrujnowanego domu, miał doskonały widok na okolicę, sam pozostając przy tym niewidoczny.

Ofiary dotarły do końca budynku i teraz musiały przeskoczyć na drugą stronę ulicy. To była jego szansa. Wziął głęboki wdech i zastygł w bezruchu.

Pierwsza ruszyła kobieta. Biegła szybko, pochylając się nisko nad ziemią. Przepuścił ją. Następny na jezdnię wszedł mały chłopiec w podartym, za dużym ubraniu. Umorusany i wychudzony, zatrzymał się nagle i spojrzał w stronę strzelca.

To było jak fizyczne uderzenie. Niemiecki żołnierz zamarł w zaskoczeniu i – nie wierząc własnym oczom – patrzył, jak chłopiec unosi dłoń i macha do niego.

Nim otrząsnął się z osłupienia, nim ponownie zbliżył oko do celownika i pociągnął za spust, nim pocisk rozsadził wątłą klatkę piersiową dzieciaka, powietrze przeszyła seria wystrzałów. Żołnierz poczuł tylko, jak nawałnica ołowiu rozrywa mu plecy.

***

Lufa stena dymiła lekko. Błysk uniesienia w oczach trzymającego go chłopaka nie zgasł jeszcze, a ciemne włosy, zazwyczaj zaczesane gładko do tyłu, opadły niesfornymi kosmykami na wysokie czoło. Ostry nos i zaciśnięte wąskie usta sprawiały, że ta młodzieńcza twarz tchnęła zawziętością przywodzącą na myśl okrucieństwo.

Trzymał broń nieregulaminowo, za wystający z boku magazynek. Jak zawsze, gdy pozwalał się ponieść emocjom. Podszedł do zwłok i kopnął je. Zdecydowanie mocniej niż wymagało tego upewnienie się, że wróg nie żyje. Schylił się i zabrał broń, amunicję, a także płaszcz i buty zabitego. Wyjął nóż i zrobił kolejne nacięcie na kolbie „rozpylacza”. Wiedział, że gdyby kiedyś wpadł w ręce przeciwnika, naznaczona w ten sposób broń zapewniłaby mu przed śmiercią masę bólu i cierpienia, nie mógł jednak się powstrzymać. Wykończyli już piątego „gołębiarza”. Dla Henryka nie była to bynajmniej piąta ofiara.

***

Nagły podmuch wiatru gwałtownie zaszeleścił gałęziami drzew. Henryk wzdrygnął się i rozejrzał, wypatrując w ciemności między mogiłami i krzyżami przyczajonych kolegów. Zbliżała się dziesiąta wieczór. Na cmentarzu wilanowskim zebrały się już wszystkie grupy. Zaraz powinni ruszyć na akcję. Henryk, zwany też w oddziale Czarnym albo Czarnym Heniem, ze względu na ciemną karnację i kolor włosów, czuł narastającą mieszaninę nerwowości, ekscytacji i strachu. Był przekonany, że wszyscy jego towarzysze mają takie samo wrażenie, lecz spokoju nie dawało mu inne uczucie, które żarzyło się gdzieś na dnie serca.

Podniecenie… ale niosące ze sobą dziwny posmak. Palce zabębniły wesoło po spoczywającym w dłoniach stenie. Czy to radość? Na myśl o tym, że zaraz wyruszą, aby zabijać, wezbrało w nim uniesienie, jakiego jeszcze nigdy nie doznał. Owładnięty tą przemożną emocją zapomniał się na tyle, że pozwolił sobie na swobodny gwizd. W jego stronę natychmiast skierowały się karcące spojrzenia kolegów. A on jeszcze dobitniej zdał sobie sprawę, że nie jest taki jak oni.

Przed akcją toczyli długą dyskusję, której natura pozostawała dla niego całkowicie niezrozumiała. Ich misja miała być prosta: uderzyć na wioskę pod Wilanowem. Jej mieszkańcy, w większości niemieccy koloniści, zakatowali niedawno kilku chłopaków, którzy zabłądzili podczas ćwiczeń w terenie. Jednak w jego kolegach obudziło się sumienie. Zabijać cywili? Zniszczyć całą wioskę? To się nie godzi, tak nie może być.

On nie miał takich oporów. Wtedy po raz pierwszy przemknęło mu przez myśl, że może nie pasuje do rówieśników. Ostatecznie zmieniono im rozkazy. Mieli zaatakować posterunek żandarmerii i stacjonujących w pałacu wilanowskim niemieckich lotników. Jemu było wszystko jedno.

Z zamyślenia wyrwał go błysk latarki. To dowodzący akcją Giewont dawał znać, że już czas. Cztery grupy ruszyły w noc. Oddział Czarnego Henia miał się zająć posterunkiem żandarmerii ulokowanym na drodze do Powsina. W całkowitej ciszy zbliżali się do sztrajfy.

Wybuch!

– Co się dzieje? – syknął ktoś.

– Słup telegraficzny – padła odpowiedź.

– Za wcześnie! Oddział nie zajął jeszcze pozycji.

I nagle noc eksploduje hukiem wystrzałów. Z posterunku gęsto sypią się kule. Chłopaki padają na ziemię i odpowiadają ogniem.

Henryk naciska spust i czuje, jak karabin drży w jego mocnym uścisku. Widzi rozświetlone smugi śmigających pocisków rąbiących ściany budynku. Cały świat przestaje istnieć. Dostrzega ruch w jednym z okien, kieruje lufę w tamtą stronę i ponownie naciska spust. Jest ciemno, lecz cień zwija się w gwałtownym ruchu, a Czarny jest pewien, że trafił. Ależ to uczucie!

Nagle ktoś zrywa się do biegu. Niesie… Kanister? Nie widać dokładnie. Dokoła jasnymi rojami przelatują kule. Leci granat, huk eksplozji sprawia, że ogień Niemców na chwilę słabnie. Henryk pruje w okna, nie szczędząc amunicji, żeby nie pozwolić im na wznowienie ostrzału.

W jednej chwili robi się jasno. Gdzieś za posterunkiem gwałtownie buchają w niebo wysokie płomienie. To ten genialny szaleniec z kanistrem! Rozlał benzynę. Efekt jest piorunujący! Ukrywający się dotąd w ciemności żandarmi są widoczni jak na dłoni. Czarny Henio niczym zahipnotyzowany wpatruje się w tańczący ogień. Niemcy jeden po drugim padają od kul, oczy chłopaka rozszerzają się w wyrazie wszechogarniającej euforii, a na twarz wypełza szeroki uśmiech. Strzela, aż opróżnia magazynek.

***

W umówionym punkcie czekali na niego Irka i mały Miki. Dwudziestoletnia kobieta kryła się za resztkami zawalonej ściany, ściskając w ręku niezawodnego visa. Ciemnoblond włosy miała splecione w długi warkocz opadający na plecy. Brudna sukienka w białe prążki dawno już nadawała się tylko do wyrzucenia, lecz Irka lubiła sukienki, a ta była jedyną, jaką miała. Miki, mały Żyd, siedział obok niej, uzbrojony w procę. Miał nie więcej niż dziesięć lat, śniadą karnację i duże ciemne oczy. Jego ręce były tak chude, że dorosły mężczyzna bez problemu mógłby je obie objąć dłonią. Przeżył zagładę getta.

Gdy nisko pochylony Henryk przecinał ulicę, usłyszeli huk pojedynczego wystrzału. Doskonale wiedzieli, że to Tadeusz, najstarszy z ich małego oddziału, kryje się nieopodal i ubezpiecza akcję. Miał oko, którego mogliby mu pozazdrościć najlepsi strzelcy wyborowi. Z tego, co wiedzieli, połowę życia spędził w Afryce, organizując safari dla bogatych Europejczyków.

Czarny schował się za rumowiskiem, a chłopiec od razu rzucił się do niego.

– Henio! – pisnął z miłością w głosie.

Irka spojrzała, ciekawa, jak zareaguje były powstaniec. Ten spuścił wzrok na swoją dłoń i po chwili wahania położył ją na głowie Mikiego. Niezręcznym ruchem potargał czarną czuprynę.

Dziewczyna skinęła głową. A więc udało im się kolejny raz. Wypuściła powietrze z głośnym westchnieniem, czując, jak znika nerwowe napięcie. Niezwykłym byli oddziałem, chyba jedynym takim w Warszawie. Żadne z nich nie nadawało się do tego, by służyć stolicy w zorganizowanych strukturach Armii Krajowej. Wszyscy oni byli bowiem na swój sposób skrzywieni.

***

 

Irka leżała owinięta w kołdrę i przyglądała się młodemu mężczyźnie ubierającemu się w niemiecki mundur. Zastanawiała się już nieraz, co czuje do tego chłopaka, raz po raz płacącego jej przyzwoite pieniądze, aby móc spędzić z nią noc. W kamienicy prowadzonej przez węgierskiego Żyda, który sobie tylko znanym sposobem dogadał się z okupantami, przyjmowało Niemców jeszcze kilka innych dziewczyn, lecz ten zawsze wybierał ją.

Był inni niż pozostali. Miała prawo tak twierdzić, ponieważ od momentu wybuchu wojny spała już z wieloma Niemcami. Przychodzili głównie po to, aby się wyżyć, odreagować. Często brutalni i gwałtowni, kiedy się już nią zadowolili. W najlepszym wypadku po wszystkim traktowali ją jak powietrze.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567891011

Powiązane wpisy

Kiedyś w Warszawie
Recenzje fantastyczne - 2 sierpnia 2014

Łukasz Orbitowski Widma Wydawnictwo Literackie 2012 Cena: 44,90 Stron: 615 1 sierpnia 1944 roku…

O powstaniu warszawskim bez serca
Bookiety - 15 października 2014

Autor: Andrzej Borowiec Tytuł: „Chłopak z Warszawy. Powstanie warszawskie oczami szesnastoletniego żołnierza” Wydawca:…

Adam Cebula „Moje sądzenie sędziów Powstania”
Felietony - 13 sierpnia 2014

  Chciałem zacząć od tego, że podziwiam łatwość wygłaszania przez ludzi historycznych sądów. To nieprawda. Nie podziwiam.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!