ISSN: 2658-2740

Juliusz „Q” Mróz „Space Movies. Ewolucja gatunku kinowego”

Felietony Juliusz "Q" Mróz - 16 kwietnia 2021

Tytułowe „kino kosmiczne” jest gatunkiem o tyle specyficznym, że nie sposób analizować go w oderwaniu od realnych planów kolonizacji Kosmosu (i tychże planów realizacji).

Historia w/w gatunku zaczyna się w roku 1902 wraz z czarno-białym filmem „Le Voyage dans la Lune” Georges’a Meliesa, luźno inspirowanym powieściami „Z Ziemi na Księżyc” i „Wokół Księżyca” J. Verne’a. Po nim nadeszły brytyjski „The First Men in the Moon” (1919 r., powstały dla odmiany na kanwie powieści H.G. Wellsa pod tym samym tytułem) i niemiecka „Frau im Mond” (1929 r.) w reżyserii samego Fritza Langa (bardziej znanego jako twórca „Metropolis”).
Co da się powiedzieć o tych wczesnych filmach? Po pierwsze, że były – i przecierały szlaki. Po drugie, można dodać kilka ciekawostek. Choćby to, że z filmu Meliesa do historii przeszło zabawne animowane ujęcie pokazujące kosmiczny pocisk, którym podróżowali bohaterowie, tkwiący w oku księżycowej „gęby” (które zresztą dobrze pokazuje, z jakim rodzajem „poważnej fantastyki naukowej” mieliśmy tu do czynienia). Natomiast nieznośnie melodramatyczny film Langa może się pochwalić Hermannem Oberthem, pionierem badań astronautycznych, który wystąpił w roli konsultanta naukowego. Warto też zauważyć, że twórcy filmu zwrócili uwagę na to, że badania naukowe nie obejdą się bez otoczki marketingowej (te słynne pląsające dziewczęta w scenie startu rakiety).

Równolegle w ZSRR została zrealizowana „Aelita” (1924 r.). To pierwszy przykład ambitniejszego kina kosmicznego, bo powstała jako ekranizacja powieści Aleksego Tołstoja. Mimo fabuły łączącej ograny schemat marsjańskiej księżniczki zakochanej w dzielnym przybyszu z Ziemi z propagandowym obrazem zwycięskiej (marsjańskiej) rewolucji socjalistycznej – powstało dzieło zaskakująco dojrzałe, będące, choćby z racji wysmakowanej estetyki, chyba jedynym przedstawicielem wczesnego „kina kosmicznego” do dziś zyskującym wielbicieli.

Lata 30. przyniosły zapomniany na dziesięciolecia z przyczyn cenzury radziecki „Космический рейс” (1936 r.), film powstały przy współudziale K. Ciołkowskiego, śmiało zakładający, że pierwszy załogowy lot kosmiczny odbędzie się za 10 lat. Amerykanie tymczasem karmili się inspirowanymi komiksami serialowymi przygodami Flasha Gordona (1936 r.) i Bucka Rogersa (1939 r.). Kto oglądał serial poświęcony pierwszemu, emitowany obecnie przez Sci-Fi Channel, ten wie, czego się spodziewać. Pewne rzeczy pozostają takie same przez dziesięciolecia, co niekonieczne jest powodem do radości.

Lata 40. można zaliczyć do lat chudych (nic dziwnego, wojna przyniosła znaczący spadek optymizmu i bardziej przyziemne, realne, kłopoty), jako że powstał wtedy wyłącznie – równie mądry, co niedawno wymienione – serial „King of the Rocket Men” (1949-1953 r.), ciągnący się (jak widać) aż do lat 50. Co ciekawe, jeden z jego głównych bohaterów, Commando Cody, doczekał się całkiem niedawno swoistego hołdu w Nowej Trylogii SW George’a Lucasa.

W latach 50. wraz z krystalizowaniem się pierwszych realnych planów tego, co nazywano wtedy szumnie podbojem kosmosu, nastąpił wysyp filmów prezentujących poważniejsze podejście do tematu. Da się tu wymienić „Destination Moon” (1950 r.) według scenariusza R.A. Heinleina w reżyserii (znanego głownie jako ekranizator „Wehikułu czasu” Wellsa) George’a Pala i pochodzący z tego samego roku „Rocketship X-M” Kurta Neumanna (późniejszego twórcy oryginalnej „Muchy”), a także pięć lat młodszy „Conquest of Space” (także Pala). Filmy te nie należą do szczególnych arcydzieł kina, jednak nakręcone były ze sporym pietyzmem naukowo-technicznym, ambicją ich twórców było wiarygodne ukazanie nadchodzących sukcesów astronautyki, fabuły stanowiły tu pretekst. Także będący następcą Flashów Gordonów i Bucków Rogersów serial „Captain Video and His Video Rangers”, mimo swego jawnie pulpowego charakteru, z czasem stał się znacznie wiarygodniejszy naukowo od poprzedników (sporą zasługę mieli tu zatrudniani w roli scenarzystów późniejsi klasycy SF – Arthur C. Clarke, Damon Knight, James Blish, Jack Vance, Isaac Asimov, Cyril M. Kornbluth, Walter M. Miller, Jr. i Robert Sheckley).

„Kosmiczne” filmy z lat 50. można wymieniać i wymieniać, jednak chyba najistotniejszym z nich jest – co ciekawe, znacznie bardziej umowna w warstwie technologicznej – „Zakazana planeta” („Forbidden Planet”, 1956 r.) Freda McLeoda Wilcoxa, przenosząca fabułę szekspirowskiej „Burzy” i wątki freudowskiego straszenia mrokami podświadomości na odległą planetę. Film ów, jeden z pierwszych przykładów ambitnej fantastyki filmowej, nie tylko stanowił punkt zwrotny w dziejach gatunku, ale stał się też jedną z głównych inspiracji dla powstania oryginalnego serialu „Star Trek”.

Po „Zakazanej planecie” przyszły kolejne – zabawne zresztą, jako że wschodnioeuropejskie, więc mające raczej mizerne szanse na międzynarodową sławę – ambitniejsze filmy SF: polsko-niemiecka „Milcząca gwiazda” („Der schweigende Stern”, 1959 r.) Kurta Maetziga oraz (tu wkraczamy już w lata 60.) oraz czechosłowacki „Ikarie XB-1” (1963 r.) Jindřicha Poláka. Oba inspirowane wczesnymi dziełami Stanisława Lema (odpowiednio „Astronautami” i „Obłokiem Magellana”, przy czym Czesi się do tej doskonale widocznej inspiracji nie przyznali). Mimo tej próby dokonania plagiatu to właśnie drugi z w/w filmów był ciekawszy. „Ikarie XB-1”, idąc za lemowskim oryginałem, przedstawia psychiczny koszt długotrwałego odosobnienia kosmicznych podróżników oraz może pochwalić się realistycznymi scenami nieważkości (niektóre plotki mówią o kręceniu ich na pokładzie samolotu lecącego tak, by symulować nieważkość, co byłoby podwójnie prekursorskie); w każdym razie mamy tu najprawdopodobniej do czynienia z najambitniejszym filmem SF do czasu „Odysei kosmicznej 2001”. Kłopot jest tylko jeden: każdy, kto zwijał się ze śmiechu, słysząc Dartha Vadera mówiącego „Luku, já sem tvůj otec”, czy księżniczkę Leię i Hana Solo przerzucających się miłosnymi wyznaniami w języku naszych południowych sąsiadów (Miluju tě. Já vím.), nie zdoła też napawać się dramatyczną fabułą filmu Poláka.

Lata 60. przyniosły dwa megaprzeboje ekranowej fantastyki: serial „Star Trek” (znany później jako ST TOS, 1966-69 r.) Gene’a Roddenberry’ego oraz film „2001: A Space Odyssey” („Odyseja kosmiczna 2001”, 1968 r) Stanleya Kubicka ze scenariuszem Arthura C. Clarke’a. O pechu „Star Treka”, który z chwili na chwilę z dzieła prekursorskiego stał się serialem dość archaicznym, mówiłem szerzej na ubiegłorocznej TrekSferze, tym razem więc skupię swą uwagę na „Odysei…”, której powstaniu zawdzięczał tegoż pecha. Megaprodukcja Kubicka (bardziej szczegółowo o jej powstaniu traktuje artykuł w „Esensji”) powstała przy współudziale sporej liczby inżynierów NASA (miasteczko filmowe przez nich zamieszkiwane nazywano żartobliwie „brytyjskim oddziałem NASA”), którzy dbali o realizm wszystkiego, co zobaczyliśmy na ekranie (z perspektywy czasu nienajlepiej wygląda tylko kosmiczny spacer Bowmana, zataczającego się w nieważkości jakby był pijany). Nic więc dziwnego, że efekt ich pracy, czyli najlepiej zrealizowany film kosmiczny do czasu „Apollo 13”, wyznaczył obowiązujące do dziś kanony gatunku. Wystarczy zresztą porównać „Odyseję…” z powstałą w tym samym roku, lecz we wcześniejszej stylistyce, „Planetą małp” Franklina J. Schaeffera, by zobaczyć, jak wielki przełom się dokonał. Pierwsza „Odyseja kosmiczna” to oczywiście nie tylko technorealizm, ale i najbardziej istotne pytania cywilizacyjno-filozoficzne, dlatego też odtąd fantastyka kosmiczna uważała za swój obowiązek filozofować… mniej lub bardziej udolnie.

Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

75. urodziny Harrisona Forda
Film MAT - 13 lipca 2017

Odtwórca Hana Solo z Gwiezdnych wojen (Star Wars), Indiany Jonesa, Ricka Deckarda…

„Holokron” – zlot fanów Star Wars
Aktualności Fahrenheit Crew - 1 lutego 2018

W sobotę 24 marca 2018 r. w Łódzkim Domu Kultury (ul. Traugutta…

Teaser „Rogue Squadron”
Film Q - 22 grudnia 2020

Disney-Lucasfilm wypuścił pierwszy zwiastun niedawno zapowiadanego filmu „Star Wars: Rogue Squadron”. Póki…

Fahrenheit