ISSN: 2658-2740

Juliusz „Q” Mróz „Star Trek – geneza i inspiracje”

Felietony Juliusz "Q" Mróz - 5 października 2020

Serial „Star Trek” jest z pewnością jednym z ciekawszych zjawisk w kulturze (nie tylko masowej, nie tylko amerykańskiej, i nie tylko SF), jednak zjawisko tego kalibru nie jest zawieszone w próżni. Nie wzięło się znikąd i nie przeszło bez śladu.

Zacznijmy zatem od tego, skąd wziął się „Star Trek” i w jakim klimacie się rodził. Cóż, wziął się przede wszystkim z głowy człowieka, który nazywał się Gene Roddenberry (ale to chyba wiemy wszyscy) – pytanie: dlaczego się w niej narodził, i to właśnie w takim, a nie innym, kształcie? By na to sobie odpowiedzieć, musimy najpierw przypomnieć sobie nastrój, jaki panował w tamtych latach. Nastrój wyścigu kosmicznego, marzeń o rychłej kolonizacji Układu Słonecznego i kolejnych obszarów naszej Galaktyki. Nastrój wiary w postęp naukowo-techniczny, którego jednym z przejawów była popularność futurologii – dziedziny pretendującej do miana naukowego sposobu przewidywania różnych aspektów przyszłości. (Warto tu odnotować, że Roddenberry pokładał w prognozach futurologów spore zaufanie, i regularnie konsultował z nimi rozmaite aspekty swojego serialu i przedstawionego w nim świata.) Z drugiej strony był to jednak w USA czas wciąż żywego rasizmu, kontrkulturowej rewolty lat 60. i początków wojny w Wietnamie (co też znalazło odzwierciedlenie w fabułach poszczególnych odcinków).

Teraz zobaczmy, jakie nastroje panowały w SF, do której rodzący się „Star Trek” gatunkowo przynależał. Otóż w literackiej SF widoczne było odejście od problematyki stricte naukowej (czy raczej naukawej, z powodu mizernej wiedzy fachowej sporej części autorów) ku tematyce społecznej, od outer do inner space. I to także widać w „Treku” – mimo kosmicznego tła, mimo względnie realistycznego (do tego właśnie przydali się futurolodzy) wyglądu (i funkcjonowania) statku kosmicznego Enterprise, tematem większości odcinków „ST” są właśnie kwestie społeczne.

Wróćmy jednak do SF. Fantastyka ekranowa od swych początków wlecze się tematycznie i artystycznie parę kroków za fantastyką literacką. Jest tak i obecnie, jednak jeszcze bardziej było to widoczne w latach 50. i wczesnych latach 60., gdy rozkwitowi fantastyki literackiej towarzyszyły odstręczające formalnie oraz treściowo kinowe i telewizyjne opowiastki o kosmicznych księżniczkach i potworach, najazdach UFO, międzyplanetarnych awanturnikach i szalonych naukowcach. Ekranowa Sci-Fi nie dość, że pozostała umysłowo na poziomie opowiastek z pulpowych pisemek, jakie wydawał H. Gernsback w latach 20. i 30., to jeszcze cierpiała na ubóstwo technicznych możliwości. To znów tłumaczy, dlaczego TOS (pierwszy serial „Star Trek” zwany później „The Original Series”) zawiera elementy rażącego współczesnego widza kiczu, a jednocześnie, iż mimo tych niedoskonałości był pozycją na owe czasy ambitną i przełomową wpisującą się w nurt takich filmów jak „Zakazana planeta” F. MacLeoda Wilcoxa czy (inspirowane twórczością S. Lema) „Milcząca gwiazda” i „Ikaria XB-1”.

Tu warto dodać, że Roddenberry wśród swoich bezpośrednich inspiracji wymienia (nieznaną w Polsce) powieść „Space Cadet” Roberta A. Heinleina, klasyka gatunku i wspomnianą „Zakazaną planetę”, doszukać się też można b. licznych podobieństw jego dzieła do „Misji międzyplanetarnej” A.E. Van Vogta.

Reasumując: „ST” narodził się w klimacie fascynacji możliwościami postępu naukowo-technicznego, perspektywami kosmonautyki, i wpisywał w najambitniejszy nurt ówczesnej SF. Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy jego trzech bezpośrednich inspiracjach.

„Space Cadet” opowiada o przygodach młodego chłopaka stawiającego pierwsze kroki w służbie w kosmicznej flocie, która pełni funkcję najważniejszej organizacji badawczej i utrzymuje porządek w zasiedlonym przez ludzkość kawałku Wszechświata. Organizacja owa przedstawiona jest jako instytucja o zmilitaryzowanej strukturze, jednak służą w niej ludzie o szerokiej naukowej wiedzy i głęboko humanistycznym nastawieniu – dokładnie te same cechy znajdziemy w Gwiezdnej Flocie ze „ST”. (Nawiasem mówiąc, we wszechświecie Heinleina koegzystują, i współpracują, dwie organizacje podobnego typu, ta druga jest znacznie bardziej militarystyczna z ducha i stanowi prototyp wszelkich – modnych, w SF, do dziś – oddziałów space marines. Rola Heinleina jako prekursora jest trudna do przeoczenia).

„Zakazana planeta” („Forbidden planet”) wpisuje się w nurt „obcoplanetarnych zagadek” – opowieści o wyprawach kosmicznych, których celem jest wyjaśnienie losów mniej szczęśliwych poprzedników, wiążące się z rozszyfrowaniem tajemnic obcej planety. Schemat ten rodził zarówno miałkie, w najlepszym wypadku mające walor rozrywki, opowiadanka, jak i dzieła na miarę „Solaris”. „Zakazana planeta” stoi gdzieś pośrodku, jednak stanowczo bliżej jej do tego drugiego bieguna. Strona techniczna – jak na lata 50. – robi duże wrażenie dążeniem do realizmu, zaś treść obraca się wokół niebłahych tematów takich jak: świadomość, a podświadomość; psychiczna i intelektualna gotowość cywilizacji do korzystania z narzędzi technicznych, które stworzyła (i związana z nią groźba samozagłady); odpowiedzialność uczonego za wyniki jego prac; i przesycona jest szekspirowskimi aluzjami. Podobną dbałość o realizm techniczny, ambitną tematykę podaną w kostiumie SF, i nawiązania do twórczości Shakespeare’a znajdziemy później w „ST”.

„Misja międzyplanetarna” to z kolei najsłynniejsza przygodowa space opera z lat tzw. Złotego Wieku amerykańskiej SF. Przedstawia ona misję badawczą gigantycznego (nadświetlnego, a jednocześnie wielopokoleniowego) statku kosmicznego, która to misja w praktyce (co bezlitośnie wyśmiał S. Lem) sprowadza się do walki z różnymi kosmicznymi potworami. (Powieść ta inspirowała „ST” jeśli chodzi o wizję samej wyprawy badawczej, natomiast jej schemat fabularny stanowił inspirację dla wszelkich „Alienów” – był nawet proces o plagiat – „Predatorów”, „Gatunków” itp.)

Ponadto – pojawiająca się gdzieś w połowie pierwszego sezonu „Treka” – Zjednoczona Federacja Planet nawiązuje do wizji literackich przedstawiających pokojowo zjednoczony Kosmos i współpracę miedzy różnymi cywilizacjami. Z wizji tych na najcieplejsze wspomnienie zasługuje chyba cykl „Szpital Kosmiczny” („Sector General”) J. White’a.

Wspomnieliśmy o pozytywach. Teraz, dla zachowania proporcji, wspomnijmy o tym, co wywarło na kształt „ST” wpływ negatywny. Po pierwsze: możliwości techniczne. To właśnie z ich przyczyny (skromne były) oglądamy ziemiopodobne, do znudzenia, planety, humanoidalnych (lub rzadziej: rażących nieporadnym wykonaniem) Obcych. Brak możliwości (i czasu ekranowego) na celebrowanie sen startów i lądowań zaowocował jednak (potrzeba, jak zawsze, matką wynalazków) powstaniem słynnego Transportera, który inspirował licznych naukowców do badań nad teleportacją.

Po drugie: wspomniane konwencje obowiązujące w ekranowej SF. W kinie SF owych lat miało być przygodowo, awanturniczo i kolorowo. To wymogowi sprostania gustom masowej widowni, która wychowała się na „Księżniczkach Marsa”, „Buckach Rogersach” i „Flashach Gordonach” zawdzięczamy tak wielką ilość elementów przygodowych (ze słynnymi mordobiciami) na czele w „ST”. To stąd pochodzą te wszystkie kosmiczne księżniczki (np. Elaan of Troyus), kowbojskie nawyki kapitana Kirka, niby-feudalny kicz wolkańskich ubiorów, wielkogłowi Obcy przeprowadzający odrażające eksperymenty na załodze, etc.

„Star Trek” stał więc (z konieczności) w rozkroku między ambitną, problemową SF, a schlebiającą niskim gustom czysto rozrywkową Sci-Fi i tak pozostało do dziś dnia.

Wspomnijmy tu jeden z najlepszych epizodów oryginalnej serii – „The Doomsday Machine” (ze scenariuszem Normana Spinrada, jednego z ciekawszych autorów amerykańskiej Nowej Fali SF). Odcinek oparty na pozornie banalnym schemacie – załoga kontra zagrożenie z Kosmosu. Zagrożeniem tym jest jednak potężne, bardzo stare (przypuszczalnie starsze od ludzkiej cywilizacji) urządzenie niszczące planety na swej drodze. Obecność tytułowej Maszyny pokazuje jak stary i ogromny jest Wszechświat, ile tajemnic kryje jego wielkość, i jego przeszłość, jak efemeryczna jest ludzkość na tym tle, i jak mało wie. Dodajmy do tego b. przyzwoitą warstwę psychologiczną (wieloznaczna, i po conradowsku tragiczna, postać komodora Deckera), aluzje do „Moby Dicka” i otrzymujemy to, co najlepsze w „Treku”.




Pobierz tekst:
Strony: 1 2 3 4

Mogą Cię zainteresować

„Star Wars vs Star Trek: The Last Bastion” – słynna fan-machinima powraca
Film Q - 27 kwietnia 2021

W 2007 roku powstała słynna fanowska animacja komputerowa „Star Wars vs Star…

Juliusz „Q” Mróz „Space Movies. Ewolucja gatunku kinowego”
Felietony Juliusz "Q" Mróz - 16 kwietnia 2021

Tytułowe „kino kosmiczne” jest gatunkiem o tyle specyficznym, że nie sposób analizować…

Popularna strona o „Star Trek” – USS Phoenix – kończy działalność
Aktualności Q - 19 marca 2021

Są wiadomości, których, ze względów osobistych, nie ma się ochoty ogłaszać. Ta…

Fahrenheit