ISSN: 2658-2740

Juliusz „Q” Mróz „Star Trek – geneza i inspiracje” (2)

Felietony Juliusz "Q" Mróz - 5 października 2020

Wspomnijmy tu jeden z najlepszych epizodów oryginalnej serii – „The Doomsday Machine” (ze scenariuszem Normana Spinrada, jednego z ciekawszych autorów amerykańskiej Nowej Fali SF). Odcinek oparty na pozornie banalnym schemacie – załoga kontra zagrożenie z Kosmosu. Zagrożeniem tym jest jednak potężne, bardzo stare (przypuszczalnie starsze od ludzkiej cywilizacji) urządzenie niszczące planety na swej drodze. Obecność tytułowej Maszyny pokazuje jak stary i ogromny jest Wszechświat, ile tajemnic kryje jego wielkość, i jego przeszłość, jak efemeryczna jest ludzkość na tym tle, i jak mało wie. Dodajmy do tego b. przyzwoitą warstwę psychologiczną (wieloznaczna, i po conradowsku tragiczna, postać komodora Deckera), aluzje do „Moby Dicka” i otrzymujemy to, co najlepsze w „Treku”.

Odcinki najgorsze (a imię ich legion, niestety) pomińmy milczeniem.

Serial stał się pewną (acz nie przesadną) sensacją. Wizja pokojowej koegzystencji ludzi różnych narodowości i ras wydawała się inspirująca w latach zimnej wojny i konfliktów rasowych (docenił ją sam Martin Luther King). Mr. Spock stał się jednym z kultowych bohaterów nerdowskiego fandomu SF (obok tytułowego nadczłowieka – slana z innej powieści Van Vogta i wychowanego przez Marsjan Mike’a z „Obcego w obcym kraju” Heinleina; wszyscy trzej pod pewnymi względami górują nad ludźmi, wszyscy są też piekielnie wyobcowani – oto, interesujący z psychologicznego punktu widzenia, ówczesnego fandomu portret własny), wzbudził też swą „maszynowością” i stoickim spokojem zainteresowanie żeńskiej części tegoż fandomu (podobny los spotkał równie bezemocjonalnego R. Daneela Olivaw – robota z „Pozytronowego detektywa” I. Asimova; czyżby kobiety wolały maszyny? ;-) ), jednak „Treka” dotknęła przewrotna złośliwość losu: nakręcona w czasie jego trwania „2001 – Odyseja kosmiczna” biła go pod względem realizmu, budżetu i głębi, powodując, że to co niedawno wydawało się nowatorskie i ambitne, zaledwie po dwu latach raziło anachronizmem. (Serial, w którym bohaterowie nosili kolorowe swetry i występowali na tle gipsowo-kartonowych dekoracji musiał przegrać z filmem pełnym bohaterów w realistycznych skafandrach i urządzeń zaprojektowanych przez inżynierów NASA.) To, oraz stale obniżający się poziom scenariuszy zdecydowało o zdjęciu „ST” z anteny.

Im dłużej jednak „Star Treka” nie było, tym lepiej był pamiętany. Lukę po nim – wobec rosnącego sentymentu fanów – starano się zapełnić książkowymi wersjami scenariuszy (ich autorem był nie byle kto, bo James Blish – autor istotnych dla historii SF „Kwestii sumienia” i cyklu „Miasta w Kosmosie”) , oryginalnymi powieściami osadzonymi w świecie „ST” (wśród ich autorów był m.in. Joe Haldeman, późniejszy autor klasycznej „Wiecznej wojny”), wreszcie animowanym serialem, w którym głosy podkładała oryginalna obsada. Serial ten, choć – z współczesnego punktu widzenia – razi techniczną nieporadnością, a czas trwania jego odcinków (ok. 20 min.) wymusił sprowadzenie fabuły większości odcinków do schematu błyskawicznego znajdowania cudownych rozwiązań, miał swoje atuty. Otóż pewne rzeczy łatwiej jest narysować niż stworzyć konwencjonalnymi metodami. Dzięki temu otrzymaliśmy po raz pierwszy w „ST” niehumanoidalnych Obcych (choćby słynną „Kosmiczna Chmurę”, ale też zapożyczonych z „Pierścienia” L. Nivena Kzinti, czy służącego na mostku Arexa) i najbardziej „obce” statki kosmiczne innych cywilizacji (wielkie wrażenie robi ten z „Beyond the Fartest Star”). To TAS („The Animated Series”) przyniósł też pogłębienie psychologiczne kultowej postaci Spocka („Yesteryear”).

Wszystko to jednak były półśrodki. W końcu jednak naciski fanów (grupy coraz bardziej rosnącej w siłę, skoro w międzyczasie wymusiła nazwanie pierwszego zbudowanego wahadłowca mianem Enterprise) doprowadziły do rozpoczęcia prac nad drugą fazą serialu „Star Trek”. Jednak swój prawdziwy renesans „ST” zawdzięcza pojawieniu się konkurencji, jaką stały się (oczywiście) „Gwiezdne wojny” („Star Wars”) G. Lucasa.

Lucas, znany dotąd z raczej kameralnych i „artystowskich” niezależnych filmów (z SF – „THX 1148”), zapałał bowiem chęcią nakręcenia barwnego widowiska SF. Paramount odmówił mu prawa do wyreżyserowania „ST” (nieostatni to raz, gdy twórca odrzucony przez decydentów wytwórni przysporzy „Trekowi” groźnej konkurencji), nie zdołał też zekranizować – jak o tym marzył – „Flasha Gordona” (film ostatecznie nakręcił Brytyjczyk M. Hodges). Wkurzony Lucas stworzył własną opowieść czerpiącą z kolorowych, pulpowych, „kosmicznych bajek” ery Gernsbacka, lecz i późniejszej klasyki SF (z „Fundacją” Asimova na czele), i doprowadził do renesansu rozrywkowej space opery, tworząc też jednak (dzięki nasączeniu fabuły wątkami heroiczno-mitologicznymi i synkretycznym – z przewagą orientalnego – mistycyzmem) kolejną wielką legendę popkultury.

Finansowy sukces „Gwiezdnych wojen” spowodował, że Paramount przeprosił się z Roddenberrym i postanowił nakręcić pierwszą dużoekranową odsłonę „ST”. Film, zatytułowany po prostu „Star Trek – The Motion Picure” powstał według scenariusza Alana Deana Fostera (autora nowelizacji odcinków serii animowanej, który zasłynął z dbałości o uwiarygodnianie tła ekranowych wydarzeń; był też autorem pierwszych powieści z konkurencyjnego świata „SW”) i samego Roddenberry’ego, reżyserię zaś powierzono R. Wise’owi, twórcy o bogatym dorobku artystycznym, do którego zaliczały się też pozycje istotne dla rozwoju ekranowej fantastyki (klasyczny „Dzień w którym Ziemia zamarła”, klimatyczny horror „Nawiedzony”, ekranizacja powieści „The Andromeda Strain” Michaela Crichtona). Film ten, nakręcony z realizacyjnym rozmachem i wizualnym przepychem za b. duże – jak na owe czasy – pieniądze, poruszał tematykę, antycypującą problem sugerowanej przez R. Penrose’a tzw. pozaobliczalności (która ma być dowodem na wyższość myślenia ludzkiego nad mechanicznym), przedstawiał niebanalną wizję spotkania człowieka (względnie humanoida) z przejawem Obcej inteligencji, i konfrontacji człowieka z jego świadomym tworem. Wpisywał się też w tradycję ambitnej SF takiej jak wspomniana „Odyseja kosmiczna” czy „Diuna” D. Lyncha (nawiązywał również do „The Doomsday Machine”, wprowadzając kolejnego przedstawiciela rodu Deckerów, który zgodnie z tradycją ratował sytuację poświęcając swe życie). Był to jednak film ascetyczny pod względem emocjonalnym (choć bronił wartości emocji przed chłodną logiką) i tak skrajnie odmienny od przygodowego charakteru „Gwiezdnych wojen”, że został dość chłodno potraktowany przez sporą część krytyki (która jeszcze niedawno wieszała psy na bajkowości „SW”) i widownię, która zaakceptowała staro-nowy, lucasowy przygodowy styl. Tym niemniej TMP (jak skrótowo określano tenże film) odniósł docelowo duży sukces finansowy (dopiero niedawne „Star Treki” Abramsa zagroziły jego pozycji), szacunek twórców poważnej, problemowej, SF (choćby Roberta J. Sawyera) i zapalił zielone światło dla kolejnych części. (Istnieje też spora grupa fanów, którzy uważają go za najlepszy z „Treków”, kwintesencję wizji Roddenberry’ego wolnej od nacisków wytwórni.)

Niedługo po nim (w dość przykrej atmosferze przepychanek między Roddenberrym, a żądną zysków tanim kosztem wytwórnią) powstał „Star Trek II: The Wrath of Khan” – tryumf przygodowej konwencji odrodzonej przez Lucasa, poniekąd przeciwieństwo TMP, bo czysta rozrywka pełna jednak uroku wynikłego z nawiązań do klasycznych opowieści o piratach, marynistycznych powieści o Horatio Hornblowerze i… operetek duetu Gilbert & Sullivan (operetkowe były też czerwone mundury bohaterów, choć inne źródła sugerują, że zainspirowane zostały jedną z okładek poświęconego SF magazynu „Astounding”). Opowieść równie barwna i witalna jak „mózgowy” był poprzednik, i również będąca jednym z najważniejszych ekranowych „Treków”, wprost nawiązująca do znanych wad i zalet TOSu, „dopinająca” wątek starzenia się Kirka zapoczątkowany przez Wise’a, przynosząca słynną scenę śmierci Spocka (jeden z najdramatyczniejszych momentów w „ST”, zepsuty jednak późniejszym wskrzeszeniem popularnego bohatera) i stanowiąca bezpośrednią inspirację dla następnych czterech filmów.

Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Premiera „Star Trek: W nieznane”
Film MAT - 22 lipca 2016

Dwa tygodnie po światowej premierze, do polskich kin trafia trzynasta odsłona serii Star Trek…

„House Shattered” – nowy sezon Star Trek Online
Gry komputerowe Q - 8 października 2020

Właśnie zadebiutował w wersji PC (gracze konsolowi jak zwykle muszą poczekać) dwudziesty…

Ujawniono fragment odcinka trzeciego sezonu „Star Trek: Discovery”
Film Q - 10 października 2020

W ramach tegorocznej, wirtualnej, edycji New York Comic Conu, CBS ujawnił -…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!