ISSN: 2658-2740

Jagna Rolska „Cukier wanilinowy, czyli jak producenci żywności robią z nas wała – część 1”

Para-Nauka Jagna Rolska - 26 czerwca 2013

To, że robią, wie każdy, ale czy ktoś się zastanawiał nad skalą zjawiska? Wchodzicie do sklepu, a tu jak okiem sięgnąć półki, półeczki, lodówki, regały. A wszystko wypchane kolorowymi towarami, które uśmiechają się do nas i cieszą nasze oczy. I ten zapach. Już w wejściu atakuje nosy cudowny aromat świeżutkiego pieczywa. Co więc robimy? Oczywiście biegniemy do regału z bułeczkami, po drodze zgarniając od niechcenia kilka kompletnie zbędnych produktów wystawionych na samym środku tak, by trzeba było je omijać. Nie bez przyczyny do pieczywa wiedzie tak wyboista droga. Spece od marketingu doskonale zdają sobie sprawę, że właściwie każdy człowiek, bez wyjątku, jest w pewnym stopniu podatny na zakupy impulsywne. Co należy zrobić, żeby zmusić klienta do impulsywnego, nieprzemyślanego zakupu? To bardzo proste. Podsunąć mu produkt pod nos. Najlepiej, żeby miał wielką czerwoną metkę z napisem „gratis” lub „promocja”, a wtedy impulsywność zakupów zostaje dodatkowo podbudowana poczuciem, że właśnie udało nam się złapać okazję. Co tam okazję! Sklep nam się udało przechytrzyć. Jesteśmy tacy sprytni, szybko kojarzymy fakty, i może w tej chwili czteropak kremu ochronnego na mróz nam się nie przyda, bo właśnie przyszło lato, ale przecież kiedyś się znowu zrobi zimno, prawda? I wrzucamy do wózka ów nieszczęsny kosmetyk, starannie ignorując fakt, że cena za sztukę w opakowaniu zbiorczym jest wyższa, że właściwie to nie używamy takiego produktu, a na dodatek data jego przydatności do użytku kończy się jesienią. Dlaczego tak się dzieje? No właśnie dlatego, że dla mózgu ważniejsze jest zadowolenie wywołane impulsywnym zakupem niż racjonalne przesłanki. Okazuje się, że zanim dotrzemy do pieczywa, supermarket co najmniej raz nabił nas w butelkę.

Dojeżdżamy do alejki z pieczywem. Zapach sprawia, że dostajemy ślinotoku i natychmiast robimy się głodni. Przypadek? Oczywiście, że nie. Marketingowcy doskonale wiedzą, że głodny klient kupi więcej i rzeczywiście tak się dzieje. Większość klientów wkłada do koszyka więcej pieczywa, niż w rzeczywistości planuje zjeść. Ktoś powie – no przecież to oczywista i znana wszystkim praktyka. Zgadzam się, ale czy ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego konfiguracja produktów piekarniczych prawie w każdym sklepie wygląda bardzo podobnie? Najpierw mamy szuflady z wypiekanymi na miejscu bułkami, potem –wiklinowe najczęściej – kosze z bagietkami, dalej produkowane na miejscu chleby, a na szarym końcu pieczywo paczkowane. Dlaczego? Ponieważ na pieczywie wypiekanym na miejscu sklep zarabia najwięcej, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, sprzedając produkt zewnętrznego producenta ponosi wyższy jednostkowy koszt przychodu, a po drugie, składu chlebów i bułeczek wypiekanych na miejscu nikt tak naprawdę nie kontroluje. Nie ma jednoznacznego przepisu, który by nakazywał umieszczanie etykiet informujących o składzie pieczywa. To znaczy obowiązek poinformowania o składzie producent ma, ale jeśli to sklep jest producentem, może to uczynić na przykład ustnie, na życzenie klienta. Producent zewnętrzny, ponieważ nie jest obecny przy procesie sprzedaży detalicznej, nie ma wyjścia i uczciwie podaje skład. Sprytne supermarkety znalazły wygodną lukę w przepisach i zarabiają krocie na swoich bułeczkach, których składu nie kontroluje nikt. I jest w nich wszystko, łącznie z okruchami z podłogi na zapleczu, by o „spulchniaczach” (E330, E322) i „wybielaczach” (E471, E300) nie wspomnieć.

20130515_195026_resized_1

No to co? Wrzuciliśmy do wózka radioaktywne bułeczki i kierujemy się w stronę nabiału na zasadzie prostego skojarzenia: mam chleb, idę po masło. Oczywiście po drodze czyhają na nas kolejne pułapki. Najpierw ciastka, jakieś torty, często stoisko, w którym można kupić kawałek pizzy albo hot-doga. Naturalnie wrzucamy paczkę pączków do koszyka (bo wciąż pozostajemy w strefie zapachu wypiekanych bułek), dodatkowo kupujemy ciepłą przekąskę (bo nas głód od tych zapachów dopadł) i docieramy do działu z wędlinami. Wprawdzie wędlina nam akurat zupełnie niepotrzebna, ale skoro mamy chleb, a tu do tego obok na rożnie obracają się kurczaki i tak zachęcająco pachną…

I od razu przestaje dziwić kolejeczka do szyneczki. Stajemy grzecznie i czekamy. Na wypadek gdyby oczekiwanie nam się znudziło, sklep sprytnie stawia tuż obok chłodnie z wędlinami paczkowanymi. Łapiemy mokrą szynkę w folii i pędzimy dalej. I nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nasza wędlinka w sobie zawiera… a jest tam sporo ciekawostek. Właściwie wszystko, tylko nie szynka. Najwięcej, bo nawet połowę masy produktu, może stanowić solanka. Pół biedy, jeśli naturalna, ale najczęściej „wzbogacona” różnymi konserwantami. Co więcej, przed szprycowaniem szynki solanką poddaje się ją działaniu fosforanów i karagenu E407, które to pyszności wspomagają zatrzymywanie solanki w środku wędliny. To tylko kilka z wielu oszukańczych procederów, których celem jest, by nasza szyneczka wyprodukowana z kilograma mięsa finalnie ważyła nawet dwa kilo. I biznes się kręci. Oczywiście w dziale wędliniarskim to nie jest jedyne świństwo, które sklep próbuje nam wcisnąć do koszyka. Przecież tuż obok szynki leżą paróweczki. Spróbujmy rozszyfrować skład popularnych parówek śniadaniowych z indyka.

 

SAM_0954

 

Składnik Opis Działanie
Mięso oddzielone mechanicznie  z indyka 40% Resztki mięsa, odpady mięsne oraz chrząstki przepchnięte przez system sit, na których zostają kości (nie wszystkie, część kości zostaje zmielone razem z odpadami mięsnymi). Ma postać gładkiej, szarej masy. Ma dużo gorsze parametry żywieniowe od normalnego mięsa. Zawiera dwa razy więcej tłuszczu.
Woda Ta użyta do parówek? Niewiadomego pochodzenia i o nieustalonej szkodliwości (producent nie musi się spowiadać ze składu wody). Zanieczyszczona woda jest szkodliwa z definicji, a spektrum działania jest zależne od rodzaju zanieczyszczeń.
Mięso wieprzowe 10% To tyle, jeśli chodzi o drobiowe pochodzenie parówek… Wieprzowina drugiego gatunku oczywiście. Muzułmanin by się na pewno ucieszył z hot-doga z taką indyczą paróweczką.
Tłuszcz z indyka 6% Tłuszcz indyka jest łatwo przyswajalny, ale nie w formie tłuszczu jako takiego, ale ten pozyskiwany z mięsa. Producenci mydlą oczy bajeczką o zbawiennym działaniu tłuszczu indyczego, a to bzdura. Tłuszcz z indyka jest już wyżej, w pierwszej rubryce.  Tu chodzi o wepchnięcie do parówek wszelkiego syfu, który nie mieści się w definicji mięsa oddzielonego mechanicznie. A kto to wie, skoro nie wiadomo, co w tym jest?
Mięso z indyka 4% O! Okazuje się, że w parówkach z indyka mamy aż 4% mięsa z indyka! To wyjaśnia wreszcie pochodzenie nazwy produktu. Mięso indycze samo w sobie rzeczywiście jest zdrowe, ale w takim towarzystwie jest nadużyciem podobnym temu, gdy mówimy o setce gorzały z ogórkiem, że to białe wino i owoce.
Tkanka łączna indyka 3% Ścięgna, skóra, kości i wszystko to, co w pozycji pierwszej tabeli nie przeleci przez sito, stając się „mięsem oddzielonym mechanicznie”, zostaje zmielone ponownie i staje się tymże składnikiem. Czyli są to resztki resztek (łącznie z kopytami, ryjami, ogonami, uszami i innymi świństwami, na widok których normalnie byśmy pawia rzucili). Ponownie – wysoka zawartość tłuszczu.
Hydroksypropylofosforan diskrobiowy Jest to zagęstnik otrzymywany w wyniku reakcji działania na skrobię tlenkiem propylenu i kwasem fosforowym. Brzmi niewinnie? No to wejdźmy w to głębiej:- tlenek propylenu – ciecz toksyczna, łatwopalna, figuruje na liście ratownictwa chemicznego jako substancja niebezpieczna

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

90. rocznica urodzin Stanleya Kubricka
Film MAT - 26 lipca 2018

Rocznica urodzin amerykańskiego reżysera Stanley’a Kubricka.

Patrick Rothfuss „Imię wiatru”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 2 września 2008

Pierwszy tom Kronik Królobójcy. Kvothe to człowiek legenda. Wielki mag, geniusz muzyki, bohater…

Joanne Harris „Ewangelia według Lokiego”
Fantastyka MAT - 22 października 2015

Joanne Harris Ewangelia według Lokiego (The Gospel of Loki) Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz…

POLITYKA PRYWATNOŚCI

Strona wykorzystuje mechanizm „ciasteczek”, potrzebny m.in. do zapamiętywania logowania się użytkownika na stronie oraz w komentarzach.

Ponadto w bazie zapisywane są dane podane dobrowolnie przez użytkownika oraz IP jego komputera. Dane te wykorzystywane są tylko w celu zapewnienia prawidłowego funkcjonowania witryny.

PRAWA AUTORSKIE

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

KONTAKT Z REDAKCJĄ

Fahrenheit

Magazyn  Literacki
s-f, fantasy i horror

Skład redakcji:
www.fahrenheit.net.pl/o-nas

Adres mail:
redakcja@fahrenheit.net.pl

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!