Jelena Byczkowa, Natalia Turczaninowa „Zjawa w spadku”

Gra w szachy z duchem– Wcześniej mieszkanie było komunalne. Pięć pokoi. Jeden zajmuje jakiś mierny pisarzyna, w drugim kurczowo trzyma się życia tracąca rozum starucha. Ale pan ich nie zobaczy i nie usłyszy. Teraz są oddzielne wejścia i te trzy pokoje należą tylko do pana . – Agent przepuścił mnie przodem.

Przestąpiłem próg i kątem oka zauważyłem lekki ruch w głębi korytarza. Jakby ktoś przemknął, nie dotykając podłogi. Makler niczego nie zauważył i nadal wyliczał zalety pełnowartościowego, oddzielnego, trzypokojowego mieszkania, ale ja już nie słuchałem, rozglądając się uważnie.

– Ten pokój trochę za wąski, ale…

Cofnąłem się o krok, żeby usunąć się przed nacierającą falą duszącej woni rozkładu i jakiejś bagiennej wilgoci. Ciemne, zawilgocone pomieszczenie z brudnymi kłakami tapety na ścianach, z zaciekami na suficie, podobnymi do pleśni. Z haka do żyrandola zwisał cienki sznur, na którego końcu dyndał ogromny, czarny szczur.

– Ostatnio przeprowadzono tu remont.

Agent podszedł do okna. Na moment zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, obraz uległ zmianie. Ściany oklejone jasną tapetą, sufit lśnił świeżą farbą i tylko ciemny hak groźnie przypominał o niedawnym koszmarnym widzeniu. Ciekawe jak tu się będzie żyło? Urocza kompania – pisarz, półobłąkana starucha, zjawa, zdechły szczur podwieszony do sufitu i rozczarowany życiem romantyk.

– To największy pokój.

Odetchnąłem z ulgą. Tu wszystko było w porządku. Tylko w oknie donośnie brzęczała samotna mucha.

– To jak, dobiliśmy targu? Jeśli będę panu potrzebny, tu jest mój telefon.

Tylko jeden z trzech pokoi. A planowałem w jednym urządzić sypialnię, w drugim gościnny… właśnie w tym, gdzie… Ciekawe kogo trzymały się takie dowcipy ze szczurem?

– Dziękuję za fatygę.

Agent z radosnym zdumieniem przyjął ode mnie banknot i oddalił się zadowolony.

Zostałem sam. W ciszy, która wróciła do mieszkania, słychać było obce dźwięki – przytłumiony stuk maszyny do pisania za ścianą, lekkie poskrzypywanie desek podłogowych. I szczebiot ptaków za oknem.

Wyszedłem na korytarz, przez uchylone drzwi zobaczyłem kawałek błyszczącego jesionowego parkietu, otwór okienny, jasnokremową ścianę, i nagle wyraźnie odczułem czyjąś obecność, tam wewnątrz. Jakby ktoś czekał w napięciu – przestąpię próg czy też nie zdecyduję się wejść? Nieprzyjemne odczucie. Chciałem zawrócić i odejść, ale coś trzymało w miejscu. Być może ciekawość.

– Jest tu kto?

Skądś powiało chłodnawym wiatrem, drzwi tajemniczego pokoju bardziej się uchyliły i znowu zobaczyłem rozmyty ruch tuż przy oknie.

– Czy mogę w czymś pomóc?

Napięcie w pomieszczeniu przybrało na sile. Zapraszająco otwarte drzwi nagle z szumem i trzaskiem się zamknęły. Ledwie zdążyłem odskoczyć.

Czyli moja pomoc niepotrzebna.

Wróciłem do siebie i postanowiłem, że więcej nie podejmę próby nawiązania przyjaźni ze zjawą z sąsiedniego pokoju. Wystarczy mi żywych sąsiadów.

Ze spaceru wróciłem późnym wieczorem. Z niepokojem przeszedłem obok „pierwszego”, niezamieszkanego pokoju. Tak zacząłem nazywać w myślach ten… ze szczurem. Drzwi „drugiego” znów były uchylone. Znajdował się on akurat naprzeciwko mojego gabinetu, więc to niepokojące sąsiedztwo nie dostarczało szczególnej radości.

Uczciwie trzymałem się danego sobie słowa, by już więcej nie martwić się o niewidzialnego lokatora. Od czasu do czasu docierały do mnie dziwne dźwięki, drzwi periodycznie uchylały się, i wtedy czułem, że jestem obserwowany. Bez natręctwa i wrogości. Kilkakrotnie widziałem cień prześlizgujący się mrocznym korytarzem, ale na tyle niewyraźny, że nie można było dostrzec, jak istota wygląda.

Wszedłem do siebie, zapaliłem lampę stołową i jeszcze raz z przyjemnością obejrzałem pokój. Wszystko mi się podobało – duże okno z ciężkimi ciemnozielonymi storami, biurko, regał na książki, wąska kanapa, gruby dywan na podłodze. Rozwinąłem przyniesiony pakunek i wyjąłem wazę z niezwykłym deseniem na ściankach. Szara glina bez glazury, roślinny ornament w postaci cienkich łodyg, powtarzający się i zlewający się w jeden zwarty szlaczek. Sucha, szorstka struktura, prawie nieprzyjemna w dotyku, nienaturalne gałązki z liśćmi, a wzór splotu jakby niedokończony.

Samotność jest złym kompanem w wędrówkach po antykwariatach. Kupujesz to, czego akurat nie potrzebujesz, a chcesz tylko zabić czas, usprawiedliwić i nadać znaczenie bezcelowemu miotaniu się po mieście. Odstawiłem wazę na półkę i podszedłem do okna.

Nagle odczułem tęsknotę, z taką mocą, że przez chwilę zabrakło tchu. Głębia rozpaczy otwierająca się w duszy znów mnie przeraziła. Mocno zacisnąłem pięści i z trudem się powstrzymałem, by nie rzucić o ścianę unikatowym zakupem. Samotność… Moja wspaniała samotność czasami przekształcała się w trudny do wytrzymania koszmar.

Cichy, chroboczący dźwięk, jakiś dziwny szmer, odciągnął mnie od depresyjnych myśli. Odwróciłem się i drgnąłem. Malutka waza powoli przesuwała się bliżej brzegu.

– Hej! Co to za dowcipy?!

Rzuciłem się na ratunek antykwarycznej rzeczy, ale ta już oderwała się od etażerki, i po chwilowym zawieszeniu upadła na podłogę, rozpryskując się drobnymi odłamkami przy moich nogach.

– Co za bezmyślność! Oczywiście, rozumiem, poltergeist, paranormalne zjawiska, telekineza, ale po co tłuc wazy?!

Musnął mnie lekki podmuch, wyraźnie zabrzmiał cichy śmieszek, i tyle. Cisza.

Schyliłem się i zacząłem zbierać odłamki. Mój niewidzialny sąsiad, wydaje się, miał dziwne poczucie humoru. Był nieufny, z rezerwą obserwował mnie z sąsiedniego pokoju, trzaskał drzwiami i wiał lodowatym wiatrem po plecach, a tu nagle okazał się dość sympatycznym i towarzyskim „chłopcem”, który mimo że rozbił moją wazę, to odciągnął od mrocznych myśli. Prawdopodobnie, potrafię się do niego przyzwyczaić.

…siedziałem przy stole oświetlonym lampą z żółtym abażurem, kurtka leżała na kolanach i miałem wrażenie, że za chwilę będę musiał wyjść. Można by pomyśleć, że mam dom i stół, i lampę ze złocistym, ciepłym światłem, ale one mnie nie cieszą – i oto siedzę, i z napięciem wsłuchuję się w ciszę, czekając, że mnie stąd wyproszą.

Oderwałem wreszcie wzrok od abażuru i drgnąłem z zaskoczenia, upuszczając kurtkę na podłogę. Na mojej kanapie, w niedbałej pozie, zarzuciwszy nogę na nogę, siedział nieznajomy.

– Jak pan tu trafił?! – powtórzyłem głośno zadane w myślach pytanie.

– Drzwi były otwarte – skomentował, wskazując w stronę wejścia.

Dziwnie się uśmiechał – tylko wargami – w ciemnym błękicie oczu pływał odległy smutek.

– Zapomniał pan zadzwonić?

Zrobił rozczarowaną minę i szybkim spojrzeniem zmierzył mnie od stóp do głów.

– I pan też? Może wręczyć swoją wizytówkę, dostarczyć zaproszenie na herbatę… I co jeszcze? Nudne!

– Proszę wybaczyć, że rozczarowałem – odezwałem się sucho, nie czując zresztą ani krzty winy. – Jak wszyscy, ja…

Prychnął kpiąco, przerywając.

– Jak wszyscy? Wobec tego proszę powiedzieć, dlaczego z trzech wspaniałych pokoi wybrał pan właśnie ten, i to wcale nie najlepszy? Co?

– Ponieważ…

Nie mogę przecież mu powiedzieć, że w jednym przebywa zjawa, a w drugim…

– No?

– Ponieważ taki miałem kaprys. Zresztą wydaje mi się, że nie mam obowiązku zdawać sprawozdania sąsiadom.

Ale już nie słuchał. Wstał z kanapy, podszedł do etażerki, obejrzał skorupki wazy.

– Piękna była rzecz. Dlaczego pan, panie Georg, miota antykwarycznymi rarytasami?

– To nie… Zna pan moje imię?

– Wiem o panu bardzo dużo. Na przykład że wychodzi dokądś wcześnie rano i wraca późno wieczorem, nieraz składa wizyty staruszce, ale większość wolnego czasu leży pan na tej kanapie i patrzy w sufit. Kupuje różne barachołki w rodzaju tej okropnej wazy. Bardzo cierpi pan z powodu samotności, ale nikogo nie zaprasza do siebie – ani dziewczyn, ani chłopaków. Nie pali i nie pije, chociaż w barku stoi kilka butelek markowych win.

– Odnoszę wrażenie, jakby pan nie wychodził z tego pokoju.

Odstawił glinianą skorupkę z powrotem na półkę.

– W pewnym sensie ma pan rację… Chociaż jest pan przekonany że widzi mnie po raz pierwszy.

I widząc, że nic nie rozumiem, dodał:

– Nie tak dawno proponował mi pan swoją pomoc… Tak… Proszę o wybaczenie, że rozbiłem wazę.

– Pan… ?! – Prawdopodobnie, miałem tak głupią minę, że uśmiechnął się i złożył mi elegancki półukłon .

– Rivv d’Art, do pana usług.

– Przecież pan…?

– Proszę się nie krępować i nazywać rzeczy po imieniu. Nie obrażę się. Zjawa, jestem zjawą.

– Z pokoju naprzeciwko…?

– Otóż to.

Spróbowałem uporządkować szalone myśli.

– Od dawna… w takim stanie?

Powoli podszedł do okna, i odchylając brzeżek story, wyjrzał na ulicę.

– Od dość dawna.

– A… jak to się stało? – Postarałem się, by pytanie zabrzmiało możliwie najdelikatniej.

Rivv wzruszył ramionami i skwitował obojętnym głosem:

– Morderstwo. – I natychmiast dorzucił, nie patrząc na mnie: – Tylko proszę mnie nie żałować!

Słowa współczucia, które kręciły mi się na języku, nie wyrwały się na zewnątrz. Jakimś nieprawdopodobnym sposobem zgadł, co chciałem powiedzieć.

– …przepraszać też nie trzeba, przecież nie pan mnie zastrzelił!

– Pana?

– Tak!

– W tym mieszkaniu?

– Aha…

Wstałem i podszedłem do niego.

– Musi się pan tu czuć okropnie?

Odwrócił się i teraz, z bliska, zobaczyłem nierealistyczne, intensywnie błękitne oczy.

– Niezupełnie. I… będzie nam łatwiej rozmawiać, jeśli przejdziemy na „ty”.

Skinąłem głową. Nieprawdopodobne: absolutnie żywy, realny człowiek, doskonale widzę go i słyszę, nawet czuję zapach drogich męskich perfum. Czyżby zjawy korzystały z dezodorantu?

– Nie ma się z czego śmiać!

– Proszę o wybaczenie. Ja…

– Myślisz zbyt głośno. A tak na marginesie, skoro jestem u ciebie w gościnie, mógłbyś zaproponować coś do picia.

– Tak, oczywiście. Ale czy ty…?

Znów zmierzył mnie wymownym spojrzeniem, więc pośpieszyłem do barku. Zjawa u mnie w gościach żąda uprzejmego traktowania i trunków…

– Martini, koniak, wermut, czy…?

– Koniak. I trochę większy kieliszek.

Podając kielich, poczułem, że ręce ma zwyczajnie, po ludzku ciepłe.

– Nie piłem dobrego koniaku już od piętnastu lat!

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
nimfa bagienna

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Polityków uważam za coś na kształt wskazówek na tablicy rozdzielczej w moim samochodzie. Mówią mi, co się dzieje w silniku państwa, ale go nie kontrolują.

— Fred Hoyle, Czarna chmura

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Liskon 2018
Aktualności
Zespół Szkół Żeglugi Śródlądowej im. Bohaterów Westerplatte w Kędzierzynie Koźlu (1, Bohaterów Westerplatte, Koźle-Port, Koźle, Kędzierzyn-Koźle, powiat kędzierzyńsko-kozielski, województwo opolskie, 47-200, Polska)
IX Konwent Fantastyki Fantasmagoria
od do
Aktualności
Miejski Ośrodek Kultury w Gnieźnie (ul. Łubieńskiego 17)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!