Adam Cebula „Troll sam w sobie”

Troll w Internecie jest gatunkiem tępionym. Powód jest oczywisty: tacy osobnicy potrafią rozwalić każde forum, każdą interesującą dyskusję. No… prawie. Ludzie nauczyli się radzić sobie z trollami: najprostszą metodą jest ban, mniej drastyczną, ale skuteczną – zwyczajne ignorowanie złego ducha, do czego zresztą informatycy napisali już specjalne narzędzia.

Troll jest opisywany zazwyczaj jako byt typowo internetowy, wytwór rozbuchanej technologii informatycznej. Czy to prawda? Publicyści wątpliwości nie mają, bowiem nie ma jak udowadniać, że stare było dobre, a wszystko, co nowe, to szatańskie zło. Od lokomotyw krowy mleko tracą.

Kim ów troll jest? Zazwyczaj to osobnik toczący typowy spór o miedzę. Ważne, żeby „moje” było na wierzchu. Cóż, pieniactwo, jeśli wgłębić się w ludzkie historie, istniało zawsze i wszędzie. Odkąd istnieją jakiekolwiek formy zapisu, zawsze są utrwalane opowieści o bezinteresownych awanturach. Jeśli Internet ma na polu trollowania jakieś zasługi, to jedynie chyba takie, że stał się łatwym medium, dzięki któremu ta działalność może być uprawiana. Co do słynnej internetowej anonimowości, to sprawa jest dyskusyjna. Trollują choćby znani z imienia, nazwiska i gęby politycy.

Czy potrafimy odróżnić trolla od innych duchów zasiedlających net? No właśnie. Tak naprawdę – mamy kłopot. Jak w przypadku konia: każdy widzi, że ów troll trolluje, lecz ścisłej definicji, gdy sprawdzimy, kogóż to trollem wyzywają, nie ustalimy. Musimy pozostać przy intuicji. Także ktoś, kto wypowiada jakieś kontrowersyjne poglądy, kto się z nami nie zgadza, niekoniecznie zaśmiecający dyskusję, ale wystarczy, że konsekwentnie w kilku wpisach będzie bronił swojego odmiennego stanowiska, już się może narazić na nazwanie mianem tej postaci ze skandynawskich sag. Kto to ów troll? Niby wiemy, ale granice są płynne i trzeba uważać w każdym indywidualnym przypadku na okoliczności. Trollem czyni kontekst, a przynajmniej przebieg dyskusji.

Rzecz do podrapania się w łysinę i przemyślenia: na ile ten internetowy zły duch jest bytem realnym, a na ile kolejnym nazwaniem rzeczy istniejących od zawsze, po prostu ludzi, którzy się z nami nie zgadzają. Albo zza płota, z bezpiecznej odległości, pokazują język. Żeby wnerwić dyskutanta.

Być może opinia, którą zaraz wypowiem, stanie się powodem tego, że spora część użytkowników sieci nazwie mnie trollem. Na przykład: lwia część dyskusji (prawie całość), jakie toczą się wokół zmian klimatu, ma wszelkie cechy trollowania. Brzmi to naukowo, spokojnie, powiedziałbym mentorsko, ale trollowaniem jest. Bardzo mi przykro.

To bowiem widać np. w programach produkowanych przez National Geographic. Mamy tam opowieści, że być może obserwujemy zmiany klimatu. Tymczasem w efekcie cieplarnianym chodzi o zmiany klimatu, lecz te wywołane ludzką emisją CO2. Gdyby istniał choć jeden pomiar, który by to potwierdzał, należałoby mówić właśnie o nim. Całe to pitolenie o topniejących lodowcach jest typowym zabiegiem trolla: gadaniem nie na temat, przy udawaniu, że się go trzymamy. Troll chętnie dyskutuje z tezą, której nikt nie postawił, a która jest absurdalna i łatwo ją obalić. Przy tym udaje, że adwersarz właśnie jej broni. Otóż nikt rozsądny nie twierdzi, że klimat trzyma się jak drut np. średniej temperatury Ziemi. Tym bardziej nie ma długoczasowej stabilności średnich temperatur regionów. One muszą fluktuować. Jest inną sprawą, ile te fluktuacje naprawdę wynoszą. Jest to dalsza sprawa, że wywikłanie z ogromnych zmian temperatur wniosków, czy mamy do czynienia z ocieplaniem całej planety, czy ze zmianą rozkładu temperatur, to trudne i zawiłe zadanie, tym bardziej że najpewniej biegną oba procesy – i to w różnych kierunkach i z różnych powodów. Zasadniczą sprawą jest, czy emisja CO2 przez człowieka ma znaczący wpływ.

Na ten temat praktycznie ani słowa, bo żadnych pomiarów, które to potwierdzają, nie ma. Co więcej, im więcej danych, tym mocniej widać, że chodzi o coś innego. Np. szacuje się, że na chwilę obecną emisja CO2 przez ludzi zatrzymała swój wzrost, a poziom tego gazu w atmosferze rośnie. Bo rosną temperatury wód przypowierzchniowych w oceanach.

Trollowanie zawsze jest opisywane jako nieszczęście, szkoda wyrządzana ludzkości.

Właśnie nieustannemu trollowaniu za efektem cieplarnianym zawdzięczam zmianę mojego poglądu na ten temat. Ongi dość w ciemno popierałem wszelkie „zielone” pomysły i raczej skłonny byłem uznać, że faktycznie coś w tym jest, lecz właśnie śledzenie propagandowych argumentów pojawiających się w wielkiej liczbie przekonało mnie, że wręcz przeciwnie. Skoro nie ma jasno wytłumaczonego mechanizmu, bo w cieplarniach nie o efekt cieplarniany chodzi, ale o zatrzymanie konwekcji, nie ma pomiarów wskazujących choćby na znaczącą korelację pomiędzy ludzką emisją a poziomem CO2 (że wzrost temperatur sobie odpuścimy), to znaczy, że jesteśmy wpuszczani w maliny.

Szczerze mówiąc, gdyby było znacząco mniej gadania na ten temat, pewnie tkwiłbym gdzieś pomiędzy wiarą a zwątpieniem. To nieustanna propaganda zmusiła mnie do przyjrzenia się sprawie. Cóż. Chcieliście? To macie.

Kiedy w człowieku budzi się troll? A na przykład wówczas, gdy odpowiedź na jakieś pytanie kłóci się mocno z założeniami, z jakimi delikwent do dyskusji przystępuje. Istnieje nurt z pozoru mocno trzymający się życia, dyskusji trzymanych w ryzach przez ścisłą techniczną wiedzę. Kilka razy już o tym pisałem: zdawałoby się, że w obszarach wiedzy ścisłej nie ma miejsca na emocje; tym bardziej jest to poletko fatalne dla trolli, bo cokolwiek się napisze, zostanie szybko zweryfikowane.

Na przykład: jaka lampa błyskowa jest „najlepsza”? Właśnie „najlepsza” w cudzysłowie. W fotograficznej piaskownicy toczą się obecnie różne dziwne i niezrozumiałe dla osób spoza wąskiego, elitarnego (???) kręgu wtajemniczonych. Na przykład bijatyki o wyższość bezlusterkowców nad lustrzankami, tak zwanego systemu jednej firmy nad tym drugiej. A co to system? To zestaw pasujących do siebie akcesoriów, głównie tzw. body aparatu, oraz obiektywów przeznaczonych do niego. Bijatyki osiągają często takie natężenie, że schować się przy nich mogą polityczne dyskusje. Ale też łatwo sięgają tego poziomu. Szybciutko zamiast zdawałoby się niezbędnych w takich okolicznościach merytorycznych argumentów pojawiają się osobiste wycieczki, inwektywy czy obśmiewanie adwersarza.

A co z tą lampą? Cóż, pewnie jeśli jesteś mniej więcej laikiem, zwłaszcza z bagażem doświadczeń z ubiegłych dekad, nie spodziewasz się jakiś rewelacji. Jedna jest „mocniejsza”, inna „słabsza”, ale solidniej wykonana, poza tym lampa błyskowa ma błysnąć i tyle.

Na przykład mamy dyskutowaną niezbędność tak zwanego trybu HSS (high-speed synchronization). Współczesna lampa w porównaniu do jeszcze całkiem niedawno produkowanych jest urządzeniem bardzo skomplikowanym i wyposażanym w wiele udogodnień… albo wręcz przeciwnie. Na pewno na mocnych procesorach. W każdym razie ma mnóstwo pstryczków, joysticków, ustawień, tłum komunikatów, które trzeba znać. Tak, gada w języku R2D2, a ty musisz to rozumieć. Np. od dawna lampa potrafi sama dobrać ilość światła potrzebnego do naświetlenia sceny. Potrafi komunikować się z innymi lampami za pomocą błysku (to tzw. praca w trybie master), potrafi ustawiać własne parametry odbierając błyski (to tryb slave), zmienia kąt rozsyłu światła, dostosowując go do zmieniającej się ogniskowej w obiektywie aparatu. Z tych wszystkich cudów na tapecie naraz znajduje się tryb HSS. (W czasie pisania tekstu… bo za chwilę wymyśli się coś nowego). Być może przez to, że wszystko, co wymieniłem poprzednio już było. Niekoniecznie jest w każdej lampie, ale było, a ów HSS pojawia się w tańszych lampach niesystemowych (cokolwiek to znaczy). Dlaczego HSS, a nie coś innego – to sprawa mocno poza techniką.

Ściągnij tekst: