[FRAGMENT] Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka”

Fragmenty Tomasz Gnat - 2 grudnia 2019
Tytuł: "Braciszkowie niebożątka"
Autor: Tomasz Gnat,
Seria wydawnicza: Behemot
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 27 listopada 2019
Liczba stron: 304
Format: 20,5x13,5 cm
Oprawa: broszurowa,
ISBN (papier): 978-83-245-8406-2
Cena (papier): 39,90 zł
Więcej informacji: Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka”

1

CZAS POWROTU

Jan Kluczyk w czarnym garniturze pocił się nieznośnie. Przestępując z nogi na nogę, co rusz rzucał okiem na wypłowiały cyferblat zegara, który rdzewiejącymi ramionami wskazywał czas do przyjazdu pociągu. Lepkie słońce paliło w kark na betonowej wyspie peronu, pośród pól brzmiących muzyką niezliczonych rzesz owadów. Jedyny skrawek cienia, oferowany przez zardzewiały blaszany daszek, był aktualnie we władaniu miejscowego lumpa. Przyodziany w rozchełstaną koszulę i obszarpane portki, pijaczyna chrapał donośnie, leżąc pańsko na wypłowiałej ławeczce. Chrapanie, bas karczemny, splatało się z chórem rzępolących pasikoników, a gwiżdżący gdzieś wysoko skowronek prowadził tę oszałamiającą orkiestrę w coraz głębszy trans rozpaczy i zachwytu nad rozpalonym wrześniowym południem.

Gorąco zaczynało być powoli nie do wytrzymania. Jan rozmyślał, co mógł w tej sytuacji zrobić. Opcji nie było za wiele. Otwarty atak na lumpa – to po pierwsze. Męczeńskie trwanie w bezruchu to drugie. Powrót do piekła poczekalni – wyjście trzecie. Tam jednak Mordechaj, złośliwy kurdupel z Wiklinowa, grał rolę Belzebuba-dróżnika. Rzeczony kurdupel wypełniał swój czas dwiema czynnościami – a to rechocząc nad stroną dowcipów ze Wzorca Ludu, a to łypiąc złowrogo okiem na kogokolwiek, kto ośmielił się zakłócić czynność pierwszą.

Cóż więc czynić? Jan opcję rękoczynów odrzucił od razu. Nawet z tej odległości czuć było smród obiboka, który zapewniał ochronę skuteczniejszą niż najtęższy pancerz. Zostać na peronie znaczyło powoli zginąć w strugach rozpalonej słonecznej melasy. Więc wyjście było tylko jedno. Oczywiście istniało ryzyko utraty zdrowych zmysłów spowodowanej głupawym rechotem. Jednak tam, gdzie Jan jechał, szaleńców było co niemiara, więc nie będzie się przynajmniej zbytnio wyróżniał. Mężczyzna dźwignął walizę i ruszył w stronę dogorywającego w słońcu ceglanego budynku stacji.

Wypaczone drzwi skrzypnęły na zawiasach i z mazi południowego słońca Jan wkroczył w stęchły piwniczny zaduch poczekalni. Budynek był starszy podobno niż sama kolej. Skamieniałe zacieki ptasiego łajna zdobiły przysadziste kolumny. Spoczywały na nich poczerniałe belki sklepienia, uginające się gdzieniegdzie w próchniczej groźbie. Z toni poddaszowego półmroku dobiegały obce niebu skrzeki i trele, jakby sam budynek był odrębnym ekosystemem, gdzie ewolucja bardziej niż zwykle błądziła po omacku. Papa smołowa pokrywająca dach dyszała smrodem, sączącym się w dół wraz z podmuchami przeciągu wlatującego przez niewidoczne szpary. Brudne szyby, przetrawiwszy blask z zewnątrz, wydzielały na posadzkę niemrawe światłocienie. Wśród pagórków papierosowych petów, pożółk­łych fragmentów gazet i opakowań po landrynkach samotny karaluch wędrował bohatersko ku sobie tylko znanemu celowi.

W otoczeniu tej fantasmagorii światła, śmiecia i świergotu, za barykadą kontuaru i krat, zasiadał Mordechaj, ekspedient, dróżnik i Belzebub stacji kolejowej. Błysk w jego zazwyczaj otumanionym spojrzeniu i konfiguracja magazynu trzymanego w ręku sugerowały, że zajmowała go właśnie dama z rozkładówki Wzorca Ludu. Liczba niezdarnie wydartych stron zdobiących ściany kanciapy, w której Mordechaj przesiadywał, wskazywała, że koneserem tego typu rozrywki był już od zamierzchłych czasów.

Jan postanowił nie przerywać transu estety. Taszcząc oburącz walizę, ruszył w kierunku osławionej ławy dworcowej, głównego narzędzia tortur, jakim szczycił się ten krąg piekieł. Świadomy, że próba siedzenia na onej może spowodować liczne obrażenia, Jan umieścił na ławie swą walizę. Zwyczaju odpoczywania bagażu nie pochwalał. W tym przypadku jednak dawały rozgrzeszenie warstwa brudu na podłodze i absolutna niemożność wypełnienia przez mebel podstawowej funkcji, do której był przeznaczony. A waliza sama w sobie nie byle jaka przecież. Mimo iż herb Uniwersytetu tłoczony w skórze wypłowiał, nie ma co go szargać byle podłogami. Przecież była to jedna z niewielu rzeczy przypominających o poprzednim życiu.

Jan oparł się plecami o chłodną ścianę i westchnął głęboko. Zamknął na chwilę oczy i w dusznej przestrzeni rozmyślał, co czeka go na końcu tego toru. Nowy Kamieniec – stolica. Miasto rozlane wokół osi Katedry nie pozwalało uciec tym, którzy choć raz posmakowali kurzu jego ulic i oddychali smogiem fabrycznych poranków. Z dymu i mgieł wychodziły zjawy gazeciarzy, wykrzykujące zaspanymi falsetami wczorajsze grzechy i sensacje. Za nimi mleczarze i dostawcy w skrzypiących wozach, końskie muskuły grały na cymbałach wystających żeber, bydlęta zawsze zdawały się niedożywione w zimnym świetle poranka. Kondukt zamykały dorożki wiozące na niezasłużony odpoczynek nocnych utracjuszy. Za chwilę miały rozlec się gwizdy i syreny manufaktur Kombinatu. Nocna zmiana kroczyła powoli, krok za krokiem bliżej łóżka, bliżej odrobiny samotności, bliżej względnej ciszy domu. Dzienna zmiana kroczyła powoli, krok za krokiem bliżej fabryk, bliżej części całości, bliżej otuchy owoców pracy. Ulicznik podrywał się jak spłoszony wróbel z bramy, w której spędził noc. Ścigany przekleństwami stróża, umykał wśród obojętnego tłumu.

Co ulica, to nowa miniatura, impresja rozmazana dymem i przyprószona drobinami sadzy. A oko jednak ciągle uciekało ku strzelistej bryle Katedry, która jak pijawka wysysała sens spoglądania na cokolwiek innego. Pęczniała obrzmiała, od korzeni ku sklepieniu miasta – majestat, groza, ekstaza pnąca się ku górze, wyżej, niż wzrok sięga. Całość na siłę wtłoczona w niedopasowaną ramę okna konnego tramwaju. Krótka wizyta w poranku miasta po drodze na Uniwersytet, ruchome obrazki wypełniające czas między obskurnym pokojem stancji a zimnymi aulami akademii. A tam już sterta papierów znajoma i kontur profesora Ochorowicza rysowany przez jarzącą lampę, mamroczący, pochylony…

Trzasnęły otwierane drzwi, podmuch pieca z zewnątrz rozproszył widma i omamy. Trzy sylwetki, plamy na słońcu południowego nieba. Weszli do środka, drzwi zamknęły się za nimi. Ten pierwszy od niechcenia rozdeptał karalucha wędrownika.

Co za tym idzie, Jan zauważył i zapamiętał o komisarzu Wyżniku po pierwsze ciężkie wojskowe trepy, znoszone, acz nienagannie wypastowane. Wędrując wzrokiem w górę, napotkał przydziałowy garnitur, czerń przyprószoną kurzem drogi, żadnych znaków szczególnych, kamuflaż biurowego harcownika. W ręku torba podróżna, skórzana bestia prężyła obrzmiały brzuch. Ręka na uchwycie, jak na obroży złego psa, trzymała zwierza krótko. Jednak była w tym wszystkim złośliwa nonszalancja sprężynowego noża, no zapytaj tylko, co tu mam, chętnie pokażę. Twarz mężczyzny zlana potem, opuchnięta, czerwona nad zapiętym na ostatni guzik kołnierzykiem. Uśmiech jak garnitur, również przydziałowy. Niewygodny, lecz konieczny. Oczom jednak brak już było sił, czy chęci, by szaradę kontynuować.

Po prawej stronie garnitur taki sam, ale napędzany innym mechanizmem. Tam była ściśle napięta sprężyna, tu raczej powolny postęp lodowca. Chłopisko stało jak głaz narzutowy, nieruchome, lecz noszące znak przedwiecznej siły. Włochate łapska wystawały z przykrótkiej marynarki, zaciskając się na rączkach masywnych waliz. Krótki kark wciśnięty między potężne bary, przygwożdżona doń głowa, oczy pod niskimi łukami brwiowymi jak odłamki krzemienia. Skroń porosła włosem płowym, suchym i splątanym. Kropla potu spłynęła po nosie, zawisła na czubku, skapnęła na posadzkę. Nic w tej skale nie wydrąży.

Po lewej zaś kobieta – mała, porcelanowa i sztuczna. Baletnica z pozytywki. Biała, nieskażona pyłem suknia w koronkach, tiulach i szyfonach. Bucik czerwony spod rąbka wystawał, bucik postukiwał w miejscu, bucik zdawał się rozdrażniony. Białe rękawiczki, torebka w dłoniach przyciśnięta blisko – znać temu, co ją otacza, niechętna. Tuż nad torebką sznur korali czerwonych, tuż pod nią szarfa niebieska wąską talię obejmująca. Kapelusz żurnalowy, aureola szykowna, przekornie na bok przechylona. Spod kapelusza loczek czarny niesfornie ucieka. Tylko twarz zjawy już przyziemna, grube chłopskie rysy pod pudrem i szminką, nadal kanciaste i surowe. Czarne okulary nie pozwalały dojrzeć oczu.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Fabio Chiusi „Black Mirror. Czy to już się dzieje?”
Patronaty F-ta Fabio Chiusi - 18 października 2019

Kiedy Netflix zaprezentował doskonały serial Black Mirror, wszyscy oniemieli. Fascynacja widzów mieszała…

Prawdziwy detektyw, nie żaden magik
Bookiety nimfa bagienna - 16 czerwca 2014

 Autor: Robert Galbraith Tytuł: „Wołanie kukułki” Tłumaczenie: Anna Gralak Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie…

Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka”
Patronaty F-ta Tomasz Gnat - 28 listopada 2019

W mieście, gdzie słowa i myśli stają się ciałem, grupa bohaterów mimo…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!