Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

Trzeba przyznać, że gotowanie może być cholernie przyjemne, gdy budzi entuzjazm konsumentów. Rozsmakowałem się w tym, nigdy bym siebie nie podejrzewał o takie inklinacje. Rozbujałem się do tego stopnia, że nakupiłem mnóstwo utensyliów służących do gotowania coraz bardziej wymyślnych potraw. Rozszerzyłem też wachlarz propozycji w zakresie win pasujących do poszczególnych dań. W Internecie bywałem już praktycznie tylko po to, by szukać nowych, ekstrawaganckich pomysłów dla Boba. Potrafił poradzić sobie z każdym, a wiele z nich wzbogacał autorskimi aranżacjami. Nauczył mnie też trudnej sztuki robienia ciast! Gdy pierwszy raz zrobiłem francuskie ciastka, mojej małżonce po prostu szczęka opadła!

Nasze małżeństwo weszło na zupełnie nowe tory. To, co wydawało się już wypalać i powoli zmieniać w wygodny układ, zmieniło się w kwitnący związek. Nie było już mowy o pantoflarstwie, to był układ dwojga równoprawnych partnerów. Ja nie wtrącałem się w sprzątanie, z rzadka tylko pomagając, z własnej inicjatywy, przy składaniu prania czy prasowaniu, ona przestała wydawać mi dyspozycje kulinarne. Wiedziała, że kuchnia stała się moim królestwem i nie pozwalałem w niej nawet sprzątać. A Gośka… po prostu rozpływała się nade mną! Zapraszała znajomych na obiady i kolację coraz częściej i nie mogła się mnie przy nich nachwalić. W domu rodzinna atmosfera, czułość, wspólne wypady. Seks, który wcześniej przechodził z fazy „raz na tydzień” w fazę „raz na miesiąc”, teraz zbliżał się coraz bardziej do magicznego „codziennie”. Złoty wiek po prostu.

W beczce miodu bywa i łyżka dziegciu. Coraz gorzej szło mi w pracy. Nie oszukując stwierdzam, że to zupełnie moja wina, bo nudnym obowiązkom urzędasa poświęcałem zdecydowanie za mało uwagi, obmyślając w kółko, co nowego ugotować na kolejny obiad. Dzięki Bobowi nie tylko odnosiłem kolejne domowe sukcesy, ale też wzrastały moje umiejętności kulinarne. Skrzętnie zapisywałem sobie, tak w pamięci, jak i na papierze, kolejne udane przepisy, wraz z ich wzbogaceniami, które wnosił mój utalentowany gość. Zacząłem nawet się zastanawiać nad rzuceniem w diabły tej pracy i otworzeniem własnej knajpy, w czym utwierdzały mnie uwagi znajomych żony, porównujące moją kuchnię do najlepszych restauracji. Gośka to się nawet zaczęła nabijać ze mnie, gdy się jej zwierzyłem z mych fantazji, że chyba ta pasja gotowania za bardzo zbliża się do stanu lekkiej szajby.

A dni płynęły.

Byłem już bardzo bliski decyzji o urzeczywistnieniu mych marzeń, gdy na jedną z proszonych kolacji znajomi mej małżonki przyholowali właściciela restauracji. Facet akurat nie miał żadnej fuchy, ale polecił mnie kumplowi, posiadającemu sieć (trzy knajpy, ale sieć!) włoskich restauracyjek. Gość mnie przyjął, kazał z miejsca ugotować spaghetti, lasagne i jakieś frutti di mare. Widać najbardziej chodliwe dla moich rodaków były wariacje tych trzech potraw. Patrzył mi na ręce, więc nie mogłem za bardzo liczyć na bezpośrednią pomoc Boba, ale tego i owego zdążyłem się już nauczyć. Krótko mówiąc, dostałem pracę. Zakończyłem sprawy z poprzednim pracodawcą, w ekspresowym tempie załatwiłem książeczkę zdrowia i niezbędne badania, i rozpocząłem karierę kucharza.

Przez miesiąc poszerzałem z pomocą Boba wiedzę o kuchni włoskiej. Gotowałem coraz lepiej i nawet pozwoliłem sobie lekko modyfikować restauracyjne menu, wprowadzając mniej znane w Polsce włoskie kulinaria, a nawet pomysły z pogranicza: mieszanki kuchni włoskiej z francuską, albańską, grecką, a nawet arabską. Po miesiącu dostałem awans, z restauracyjki dalekiej od centrum szef przeniósł mnie do swojej głównej restauracji. Na wrocławskim rynku.

 

Wiedziałem już wtedy, że stała się rzecz niemożliwa. Że będąc w końcu nie tak dawno kulinarnym zerem, stałem się w tym świecie kimś. Tak nazwa restauracji, jak i moje nazwisko stawały się coraz głośniejsze. Gościom, na zwyczaj zagraniczny, coraz częściej zdarzało się prosić mnie do stolika, by komplementować moje dzieło i podziękować. I to często właśnie gościom z zagranicy.

Nie powiem, chciałem iść w tym fachu jeszcze wyżej. Póki co, nikomu jakoś nie przeszkadzało, że nie skończyłem żadnej szkoły, parę razy nawet usłyszałem dalekie acz wyraźne komentarze, że naturszczyki często są lepsi od szkolonych kuchmajstrów. Spytałem wtedy Boba, czy jest jeszcze coś, czego mógłbym się nauczyć, coś, co wprowadziłoby mnie na wyższy poziom kulinarny.

Szczur uśmiał się serdecznie.

– Stary, po co ci to?

– Jak to po co? Kto nie idzie naprzód, ten stoi w miejscu, a kto stoi w miejscu, ten się cofa. – Błysnąłem złotą myślą. – Pomyślałem… no wiesz, karierę zrobić. Nie od razu wielką, ale żebym chociaż zauważalny był.

– Przecież już jesteś. Śledzę, co się w mieście dzieje, buszuję po waszej sieci. Jesteś znany!

– Ale wiesz… – Nie popuszczałem, czując, że gryzoń ma jeszcze coś w zanadrzu. – Żeby chociaż być najlepszym kucharzem we Wrocławiu!

Ociągał się. W swoich, nie wiem czy prawdziwych, czy wystudiowanych reakcjach i gestach był niemal ludzki. Krzywił pysk, wzruszał ramionami, wodził wzrokiem po suficie. Całym ciałem mówił mi: „Dam ci coś, jak mnie jeszcze pomęczysz”.

– Technicznie jesteś najlepszy. Ale by uznawano cię za najlepszego… musi po prostu minąć parę lat. To nie jest kwestia umiejętności, a doświadczenia i obycia. I to ludzie muszą być z tobą zżyci. Zresztą, ja cię już niczego więcej nie nauczę.

– Słuchaj, Bob. Ja wiem, że ludziom smakuje to, co dzięki tobie gotuję, ale chciałbym, żeby szaleli za moim żarciem! Żeby przeżywali ekstazę! Żeby wychodząc z restauracji już myśleli o tym, kiedy przyjdą do niej znowu!

Dusił to w sobie, dusił. A ja wiedziałem, że tylko moment dzieli mnie od chwili, gdy wreszcie wydusi. Poznałem już dobrze to swojskie szczurzysko, był bardzo otwarty i bezpośredni. I lubił mnie drań.

– Dobra, powiem ci coś. Pewnie nie powinienem, bo to coś u was kompletnie nieznanego. Inne rzeczy mogłem ci dowolnie podpowiadać, bo to praktycznie u was wiedza mniej lub bardziej powszechna. To coś zupełnie nowego. Ale musisz mi obiecać…

Kiwałem skwapliwie głową. Byłem gotów diabłu duszę sprzedać, byle tylko moja kulinarna gwiazda błysnęła mocniej.

– Niedługo kończymy misję. Wrócimy na naszą planetę i będziemy analizować to, czegośmy się o was dowiedzieli. W tym czasie musisz sprawić, że to, co ode mnie dostaniesz, zostanie tutaj jak najbardziej rozpowszechnione. Wtedy nikt nie będzie szukał źródła i nie posądzi mnie, rozumiesz?

– Ale co to jest?

Bob nabrał głęboko powietrza w płuca, rozejrzał się konspiracyjnie na boki, pewnie sprawdzał, czy go tam w jego kabinie nikt nie słyszy, i wypalił:

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…
Aktualności - 2 maja 2018

Postać minstrela, poety i pieśniarza, nie jest szczególnie wyeksploatowana w literaturze. Jeśli już pojawia się…

Steven Erikson „Męty końca śmiechu”
Ksiażki fantastyczne - 25 września 2008

MAG Po radosnym postoju w mieście Smętna Lalunia nieustraszeni czarodzieje Bauchelain i Korbal Broach –…

Konkurs Mikołajkowy
Konkursy - 6 grudnia 2013

Konkurs! Do wygrania książka Jarosława Sokoła „Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą”. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!