Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Demon w jednym bucie”

Felietony Adam Cebula - 7 października 2022

Putin zrobił kuku pisarzom literatury sensacyjnej. Pewnie minie jeszcze trochę czasu nim autorzy połapią się, jak wielkie kuku. Chciałem napisać, że obraz Rosji funkcjonujący w czytelniczej świadomości to Konrad Korzeniowski. Ależ nie! Przynajmniej „Dziady” Mickiewicza. Kto jeszcze wcześniej, to już kwestia do dyskusji. Na wszelki wypadek, by mnie poloniści nie obili, chodzi o to co siedzi w głowach czytelników, zwłaszcza miłośników tak zwanej taniej literatury sensacyjnej, a nie o historię literatury.

Można także dyskutować czy ZSRR było mniej czy bardziej kontynuacją carskiej Rosji. W każdym razie kronikarz tego byłego mocarstwa, Władimir Bogdanowicz Riezun, bardziej znany jako Wiktor Suworow, żyje i ma się nieźle. Jak wiadomo, były oficer GRU, uznany za zdrajcę przez mocodawców na Kremlu, zainkasował wyrok śmierci. Lecz jak do tej pory, nic mu się nie stało.

Otrucie polonem Aleksandra Litwinienki było chyba najbardziej medialnym wyczynem służb putinowskiej Rosji. W powszechnym mniemaniu operacja była dowodem na ich sprawność i skuteczność. Czy słusznie?

Nie spodziewam się, by dziś przeciętny Polak umiał opowiedzieć, jak Rosję przedstawiał Mickiewicz albo Konrad Korzeniowski. Mogę się jednak spodziewać wiedzy na ów temat u Rafała Ziemkiewicza, Piotra Zychowicza czy kilku innych osób piszących.

Zamiast zanudzać powtórkami z lekcji o „Dziadach”, pozwolę sobie na obserwację o wiele ogólniejszą. To poniekąd oczywiste, że znakomity pisarz tworzy swego rodzaju kalkę, wzorzec, którego później trudno jest się jego następcom pozbyć. Mniej oczywiste jest to, że wcale nie musi on mieć wiele wspólnego z prawdą. Jego moc zazwyczaj wynika z kompozycji, z tak zwanych środków wyrazu i często właśnie z tego, że trudną do zrozumienia prawdę zastępuje o wiele łatwiejszą, pasującą czytelnikom fikcją.

Pomysł, że ZSRR pod wodzą Stalina miał planować atak na okupowaną przez Hitlera Europę Suworow zaprezentował w wydanej w 1987 roku książce „Lodołamacz”. Tu znowu zastrzeżenie: chodzi o to co krąży w sieci; o (nazwijmy tak) publicystyczną tradycję. Wcześniej już wielokrotnie słyszałem podobne opowieści, między innymi, od mojego ojca. To nie był pomysł Suworowa – w ludowym przekazie powtarzano, że sowieckie wojska miały już, już uderzyć na III Rzeszę, ale zostały zaskoczone i stąd tak niespotykana w dziejach militarna katastrofa.

Lecz nikt poważnie takimi rewelacjami się nie zajmował, zapewne dlatego, że ludzie widzieli na własne oczy, co naprawdę się stało. Jak czerwoni wiali, opowiadał mi i dziadek, i babka, i tatuś.

Czas płynie i ci, co widzieli, poumierali. Czy dlatego na takich opowieściach wreszcie można… zarobić? Tak, zarobić. Bo ludzie są gotowi za nie zapłacić, a potem czytają je z wypiekami na twarzy. Czy w nie wierzą, nie jest już ważne.

Jak mnie się wydaje, w (nazwijmy to) świadomości publicystycznej Rosję widzimy jako carską, ZSRR i, z pewnymi zastrzeżeniami, Rosję Putina zgodnie z wizją Suworowa. A Suworow? Znalazłbym pewnie fałszywe konotacje, na przykład z wizjami Słowackiego czy… Tolkiena. Zło, które jest demoniczne, wielkie, chce opanować cały świat. Jak piszemy o Rosji, potrzebujemy wizji owych diabłów z chaty Twardowskiego prokurujących w ostatnim dniu roku 1799 losy świata. Jak to działa? Na przykład przedstawiona w książce „Ostatnia Defilada” teoria absencji Stalina na Defiladzie Zwycięstwa 24 czerwca 1945 roku. Wizja Bardzo Wielkiego Człowieka. Wielki Wódz, samotny, świadom nieuchronnej przyszłości, który innym zostawia radość, a sam konsumuje gorycz… czego? Nie udało się podbić świata? Jakoś tak… dziwnie. No bo przecież to niemożliwe, żeby bat’ko wielki wódz tak po prostu bał się zlecieć z konia na oczach setek tysięcy widzów!

Ze sfery domysłów lepiej wrócić do faktów. Płk Joseph Schmid raczej rzadko pojawia się w opowieściach o starych karabinach. Na tyle rzadko, że muszę najpewniej napisać, kto zacz. Można się spodziewać, że na ogół katastrofy o wielkich rozmiarach mają wielu autorów, ale mimo to wkład tego pana w wynik Bitwy o Anglię wydaje się kluczowy. Nie jestem historykiem, by rzecz dokładnie wyjaśniać, ale płk Joseph Schmid był szefem wywiadu Luftwaffe. Jak się zdaje, za swoje zadanie uważał produkowanie takich raportów, jakie chciał otrzymywać Herman Goering. W pewnym momencie (17 sierpnia 1940 roku) szacowaną liczbę maszyn Anglików podał trzy razy niższą od rzeczywistej. Miało im zostać ok. 300 myśliwców, mieli 1065. To wystarczyło, aby Goering zaczął podejmować fatalne decyzje.

A jak poszła konfrontacja służb II Rzeczypospolitej i demonicznej Abwehry? Cóż, Polacy wykradli Niemcom Enigmę i to tak, że ci się nigdy nie zorientowali. Równie fatalnie w tym wątku poszło Niemcom z wywiadem aliantów, którzy skrupulatnie wykorzystali dane uzyskane od Polaków i utrzymali informacyjną przewagę do końca wojny. Co warto zauważyć, współcześnie na tym etapie na arenę wkroczyły wyjątkowo dobrze prezentujące się we wszelkich sensacyjnych utworach maszyny z setkami mrugających lampek lub geniusze, tacy jak Alan Turing, i to oni zaczęli odgrywać decydującą rolę, a nie bardzo tajni agenci. Tyle tylko, że mrugało w demokratycznej Anglii, a nie w Polsce.

Jakaś spektakularna operacja wywiadów aliantów? Operacja Fortitude (jednocześnie niesamowita klapa wywiadu Niemców). Gdyby ktoś nie pamiętał, chodzi o operację polegającą na zmyleniu Niemców co do miejsca lądowania wojsk alianckich. Ogłupienie niemieckiego wywiadu było całkowite; między innymi, główny angielski podwójny agent Joan Pujol García (https://pl.wikipedia.org/wiki/Juan_Pujol), który grał przed Abwehrą ich szpiega, dostał Żelazny Krzyż za wybitne zasługi. Hitler jeszcze przez dwa tygodnie po lądowaniu aliantów trzymał odwody w pobliżu Calais, czekając na ten właściwy desant.

Tak, wojska powietrzno-desantowe wynaleźli Sowieci. To w ZSRR, w okolicach roku 1935, przeprowadzono pokazowe ćwiczenia, po których wielu zachodnich obserwatorów dostało gęsiej skórki. To chyba Tuchaczewski wynalazł ten podstawowy schemat działania, wedle którego Воздушно-десантные войска zdobyły swoją sławę i miejsce w sztukach wizualnych: atak spadochroniarzy na lotnisko, podbicie go, a następnie desant reszty oddziałów z pomocą samolotów transportowych. Tyle, że Tuchaczewski nie jest dziś znakiem rozpoznawczym spadochroniarzy, ale Wielkiej Czystki, w której przepadł bez śladu. Sowieckie WDW miały jakieś sukcesy przed II wojną światową. Czy coś wiemy o ich działalności podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej? Nie ma po tej formacji, która miała liczyć nawet 100 tysięcy ludzi, w literaturze czy filmie żadnych większych śladów. Bo tylko chyba jedna operacja przeprowadzona w grudniu 1941 roku podczas Bitwy o Moskwę nie skończyła się źle. Co do reszty, to w zasadzie trudno znaleźć takie, które nie były by katastrofą.

W tym zestawieniu znacznie lepiej wypadają Fallschirmjäger z efektownym zdobyciem fortu Eben-Emael. Lecz podbicie Krety (wedle schematu Tuchaczewskiego) było właściwie końcem kariery tej formacji. Hitler uznał, że poniesione straty nie są adekwatne do rezultatów. Następne operacje to uwolnienie Mussoliniego czy próba zgładzenia Tity. Ostatnie typowe dla tego rodzaju wojska działania podczas niemieckiej kontrofensywy w Ardenach skończyły się katastrofą.

Działania spadochroniarzy aliantów to lądowanie w Normandii, gdzie odniesiono niespodziewany w tej skali sukces, ale też wielka klapa uwieczniona w filmie „O jeden most za daleko”. Mało znana jest operacja prawie tak wielka, jak desantowanie się we Francji, czyli forsowanie Renu, inaczej operacja Varsity, gdzie użyto 16 tysięcy spadochroniarzy. Zapewne przez to, że wszystko poszło zgodnie z planem, właściwie dorżnięto hitlerowców, operacja nie cieszyła się nigdy zainteresowaniem ani pisarzy ani filmowców.

Jaka była największa klapa wywiadu amerykańskiego? Zapewne Pearl Harbor. Zapewne, bo CIA zaliczyło też całkiem sporo innych wtop. (Oj, tu zastrzeżenie: CIA powstało dopiero gdzieś pomiędzy 1946 a 1949 rokiem). Tym niemniej, łomot, jaki Amerykanom sprawili Japończycy, był w lwiej części skutkiem fatalnego działania służb rozpoznania. Warto zauważyć, że wałkowana do dziś jest kwestia odpowiedzialności. To chyba ciągle boli. Lecz trzeba także pamiętać, że nie minęło więcej niż pół roku i to Amerykanie wyprawili Japończykom Bitwę o Midway. I to już był popis sprawności wywiadu; warto pamiętać, że z Enigmą w roli głównej.

Czy CIA działa dobrze? Ostatnia wpadka to zła ocena i fatalnie przygotowana ewakuacja Amerykanów z Afganistanu. Lecz zaraz po tym fiasku przyszedł alarm ostrzegający Ukraińców o zbliżającej się inwazji.

Ongi wyczytałem taką mądrość, że wybitnego finansistę czy przedsiębiorcę poznaje się nie po tym jak zarabia, ale jak bankrutuje. Warunki do prowadzenia niemal każdego interesu kończą się po jakimś czasie i trzeba to zawczasu rozpoznać, a potem umiejętnie oraz, co ważniejsze, bezwzględnie zwinąć kramik, zanim szkody staną się nieodwracalne.

Sowieci (jeszcze nie Rosjanie) wyszli z Afganistanu dużo za późno. USA straciły w tym nieustannie wojującym kraju znacznie mniej. O wywiadzie i USA i NATO, o ich sprawności w dowodzeniu świadczy bardzo dobrze, że ktoś zdecydował się skończyć beznadziejną misję.

Teraz kilka słów o demoniczności służb specjalnych III Rzeszy. W Polsce jedna z najbardziej znanych akcji to prowokacja gliwicka. To niemal symbol – hitlerowcy odwrócili role agresora i ofiary, zaplanowali zbrodnię doskonałą. Jakoś nie utrzymuje się w obiegu medialnym świadomość, że akcja tak naprawdę została kompletnie schrzaniona. Otóż radiostacja, którą „opanowano”, była stacją retransmisyjną. Był tam tylko tak zwany. mikrofon burzowy. Służył do nadania do słuchaczy komunikatu, że z powodu możliwości uderzenia piorunu nadawanie zostanie przerwane. W trakcie akcji „dywersanci” zostali zaskoczeni tym odkryciem. Trzeba było zmuszać techników do wydania i podłączenia owego mikrofonu. Być może brak chęci do współpracy był powodem, że z radiostacji popłynęło w eter tylko 9 słów: Uwaga, tu Gliwice. Radiostacja znajduje się w polskich rękach…. No i koniec. Radiostacja zamilkła. Mało kto usłyszał, a jak usłyszał, nie zrozumiał. Sprawę z tego urwanego przemówienia musiała zrobić niemiecka propaganda.

Utarło się pisać, że przygotowanie niemieckiego ataku na ZSRR w czerwcu 1941 roku było perfekcyjne lub przynajmniej znakomite. Bo lotnictwo niemieckie w pierwszych godzinach rozniosło większość celów, między innymi, zniszczyło prawie wszystkie samoloty sowieckie w swej strefie działania.

Ale że z tym rozpoznaniem nie było dobrze świadczy taki drobny szczegół, wszędzie podkreślany: Niemcy nie wiedzieli o istnieniu czołgu T34. Ale nie tylko to im umknęło.

Zaczynała się poważna reforma krasnoj armii, wymieniano mosiny na pepesze, stare samoloty na lepsze od niemieckich. Wywiad niemiecki powinien był ostrzec planujących inwazję sztabowców, że jeśli coś pójdzie nie tak, to rychło mogą mieć do czynienia z zupełnie inną armią. Może i ktoś ostrzegał.

29 listopada 1940 r. w Berlinie Paulus – wówczas w stopniu generała majora, został promotorem ściśle tajnych, przeprowadzonych na wielką skalę, strategicznych symulacji działań na froncie wschodnim. Jak już pisałem, wynikało z nich, że w najlepszym razie skończy się okno pogodowe nim uda się pokonać czerwonych, czyli osiągnąć mityczną linię A-A. I to przy tym poważnym niedoszacowaniu sił. Inny pan, w sumie kwatermistrz, Franz Halder, niemiecki generał pułkownik, wyliczył, że zapasów paliwa jest na trzy miesiące. Za mało opon, mundurów, butów, amunicji – wszystkiego. Lecz nikt się tym nie przejął. A służba kwatermistrzowska to cholernie ważna służba rozpoznania. Bo powinna rozpoznać, co faktycznie jest w magazynie, a co bajcy pomieniali na wodku.

Jak ocenić działalność sowieckiego wywiadu podczas II wojny? Na przykład podkreśla się, że Paweł Fitin, ówcześnie szef czegoś o nazwie „Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR, GUGB NKWD SSSR, GUGB” wielokrotnie ostrzegał Stalina o nadchodzącym ataku III Rzeszy. Ostrzegali członkowie tak zwanej Czerwonej Orkiestry, jednej z chyba największych (jeśli nie największej) siatek szpiegowskiej w historii. Z wiadomym skutkiem ostrzegał Richard Sorge, agent radzieckiego wywiadu w Tokio.

Jest wspólny mianownik czy raczej laska dla działań służb, od wywiadu do kwatermistrzów czy III Rzeszy czy ZSRR, z tego okresu. Jeśli Hermann Göring sugerował, co płk Joseph Schmid ma mu dostarczać w swoich raportach, to na rozpoznaniu kładł swoją słynną laskę. Laskę położyli autorzy planu Barbarossa i na wynikach gier wojennych i na wyliczeniach ilości butów oraz opon.

Można powiedzieć, że w historycznej perspektywie bardziej da się zrozumieć laskę Stalina. Jeśli myśleć racjonalnie, to konflikt z ZSRR był czymś o wiele groźniejszym dla Hitlera. Jednocześnie pozbawiał się źródła surowców i tworzył potężną antyniemiecką koalicję. Przecież nie jest idiotą…

Lecz tak czy inaczej, poglądy wodza okazały się ważniejsze niż fakty w postaci niemieckich dywizji zwożonych na granicę z ZSRR. Poglądy wodza partii. To dość ważne, że rządziła naprawdę KPZR, a nie służby. Po drugiej stronie frontu było bardzo podobnie. Wywiad Luftwaffe faktycznie został zorganizowany dla uwiarygodniania decyzji Goeringa, po pierwsze funkcjonariusza NSDAP.

Prawdopodobnie lądowanie w Normandii skończyłoby się katastrofą, gdyby jej głównodowodzący Dwight Eisenhower pokornie nie dostosował się do prognozy pogody Jamesa Stagga, brytyjskiego meteorologa.

Konieczna jest, jak się uczenie mówi, „delegacja władzy”. Marian Banaś ma kontrolować skoro jest szefem NIK. Zaś szef wywiadu, gdy powie, że z tą Ukrainą, to nie wiemy jak pójdzie, powinien decydować jak James Stag. Inaczej Воздушно-десантные войска podtrzymają tradycję trwającą od dziesięcioleci i przy próbie zdobycia lotniska w Hostomlu, dostaną historyczne lanie.

Niejako z definicji zamordyzmu o dzieleniu władzy w dyktaturach mowy być nie może. Czy to jest powód? Po mojemu – tak. Wertując karty historii możemy dojść do takiej konkluzji, że legenda różnych bardzo specjalnych służb wyrosła z tych formacji, które działały i działają w państwach mniej więcej demokratycznych. Tam, gdzie jakieś CIA ma pewną samodzielność i zakres realnych działań, a przede wszystkim nie wisi na partyjnym pasku.

W szeregach zamordystów rej wodzą ludzie, którzy uważają, że wszelkie niepowodzenia są wynikiem przestrzegania jakiś lewackich zasad, durnych umów, by nie bombardować skupisk zamieszkałych przez cywilów. Zatem, na przykład, skoro płk Joseph Schmid powiedział „mają ledwie 300 samolotów” to możemy przestać atakować lotniska w południowej Anglii i przejść do bombardowania Londynu. Jest wielki, zawsze w coś się trafi. Tym sposobem Anglicy, którzy już poczuli się zmuszeni do wycofania samolotów w kierunku Szkocji, mogli je zatrzymać na lotniskach, z których dawało się skutecznie atakować hitlerowców.

W naszej narodowej tradycji zablokowanie możliwości pomocy Powstaniu Warszawskiemu przez Stalina jest jednym z najsilniejszych przejawów jego diabelskich mocy. Geniusz zła pozbył się rękami wrogów potencjalnego konkurenta do władzy w Polsce.

Użyjmy political-fiction jako metody badawczej. A gdyby jednak dogadał się z Armią Krajową? Jakie realne kłopoty groziły komunistom? Prawdopodobnie podczas słynnej ucieczki premiera Stanisława Mikołajczyka potrzebne by były dwie-trzy skrzynie więcej. Może tyle.

Natomiast co było do zyskania? Zajęcie dużego węzła komunikacyjnego. O ile mosty nadawałyby się do wykorzystania lub naprawy, mogło to przyspieszyć ruch frontu o trzy do pięciu miesięcy. A dlaczego wojny trzeba wygrywać, jak szybko się da? Bo hitlerowcy mogli zbudować bombę atomową; dopiero później okazało się, że byli w lesie. Bo do pomyślenia była granica NRD na Renie. Bo Amerykanie walnęli w Japończyków atomówkami nim Sowieci zdążyli się wykazać w Azji. Temat do fantazji: czy gdyby mieli te kilka miesięcy, to dziś Chińska Republika Ludowa nie byłaby członkiem Wspólnoty Niepodległych Państw?

Jakie są najbardziej medialne wyczyny służb po-jelcynowskiej Rosji? No chyba jednak otrucie Litwinienki. Polon, sztucznie otrzymywany pierwiastek, jakież to sci-fi! I jaki wielki sukces! A sens? Sensu nie ma, jest prosta reguła: łatwy cel. Tak naprawdę dlatego padło na Litwinienkę, ponieważ się nie ukrywał. Trzeba się wykazać działaniem albo przed szefem albo przed partyjnym aktywem, gdy jest się szefem. W coś trzeba łupnąć. Albo we własnego agenta, a z braku takiego, w ukraińskie osiedle, które w przeciwieństwie do pozycji ich artylerii, jest na mapie.

Literatura czy publicystyka wmawia nam, że kraje zamordystyczne, to takie, gdzie „rządzą służby”, a w demokratycznych, szanujących prawa człowieka, gwarantujących wolności prasy i co tam sobie jeszcze wymyślimy, owe służby niewiele mogą. Niezależnie od tego, czy trafnie opisaliśmy mechanizm, jak do tego dochodzi, to analiza faktów musi doprowadzić do takiego wniosku, że w rzeczywistości jest na odwrót.

Nawet poważni myśliciele nie potrafią porzucić owej wizji wszechwładnych służb. Nikołaj Karpicki, rosyjski filozof mieszkający w Ukrainie, tak pisze w wywiadzie dla portalu Onet.pl Celem służb specjalnych, które doszły do władzy w Rosji, jest przywrócenie potęgi Związku Radzieckiego…

W istocie to optymistyczna wizja, że jest plan i dumała nad nim jakaś grupa kompetentnych ludzi. A przynajmniej chwilowo trzeźwych…

Na moje oko, to gdyby plan ataku na Ukrainę przygotowywały jakieś kompetentne służby specjalne to, po pierwsze, dałyby sobie siana już w momencie, gdy Amerykanie odkryli ich zamiary. A po drugie, takie operacje powinny mieć opracowane bezpieczniki. Wiadomo, jak reagować, gdy się wali, żeby nie zabiło wszystkich. Tak, wspomniany już Dwight Eisenhower, późniejszy prezydent USA, miał przygotowaną mowę, na wypadek, gdyby inwazja na Normandię poszła gdzie ruski karabl’. Zatem gdyby Kijów atakowały służby, to po kilku dniach zabrałyby kramik, jak Amerykanie w Afganistanie; trudno, że ktoś gacie zgubił. I że wstyd. „Kochani Ukraińcy, zaatakowali was z pewnością Polacy z Litwinami! Przecież wiadomo, że zbóje! I jeszcze na dodatek mieli czerwone gwiazdy na czapkach!”

Z inwazją na Ukrainę Rosji, chyba bez przeproszenia, spadły gacie. Nie jakimś instytucjom, nie GRU, lecz właśnie Rosji. Dziś już nie robią wrażenia w istocie ogromne straty poniesione w pierwszych dniach inwazji: gospodarcze sankcje oznaczające faktyczną izolację Rosji od Zachodu, wejście Finlandii i Szwecji do NATO czy utratę całego, budowanego jeszcze za czasów ZSRR, politycznego zaplecza na świecie. Najbardziej rzuca się w oczy, że Ukraińcy leją drugą „militarną potęgę” świata, aż lecą pierze. Ludzie zadają sobie pytanie, „kiedy” a nie „czy” Rosja przegra.

Do takich okoliczności nie da się przypiąć żadnych wiarygodnych teorii spiskowych o sekretnych planach Putina. Nikt nie uwierzy w wielkiego wodza, który przez smętną zadumę nad losami świata nie chce się pokazać na defiladzie zwycięstwa. Tym razem prosta teoria, że zapił tak, że co go wsadzili na konia, to zleciał na pysk, przynajmniej Polakom zdaje się wiarygodna.

Rosjanie ciągle usiłują odgrywać tę na pół bajkową postać Belzebuba, wszechmogącego demona, któremu nie sposób się przeciwstawić. Żaden Litwinienko nie przeżyje. Straszą: nie stawaj nam na drodze, bo już nie żyjesz! Tylko, że w rzeczywistości mamy burzowy mikrofon.

Rzecz charakterystyczna, że Putin zdaje się powielać błędy nie Stalina, ale Hitlera. Najpierw ogromne niedoszacowanie siły przeciwnika, jak w przypadku ataku na Anglię. Katastrofalne założenie, że zachodni sojusznicy będą bierni. A teraz pojawiają się doniesienia, że dopiero co szkolne jednostki wylądowały na froncie. Wielekroć pisałem, że Amerykanie i Anglicy wycofywali swych pilotów z frontu, by miał kto szkolić nowicjuszy. Niemcy tego nie robili. Skutek, to stojące z braku pilotów na lotniskach maszyny. To najbardziej drastyczny przykład, lecz nawet piechura trzeba wyuczyć mnóstwa rzeczy; choćby usuwania podstawowych zacięć broni. Delikwent musi znać nie tylko organizację swojego wojska, ale enpla perfekt. Trzeba wyrobić odruchy, np. po „padnij” (Kiwaczek kiedyś mi to przypomniał) odczołgujemy się. Bo walną w miejsce, gdzie leżysz. Jeśli do tego prawdą jest ręczne sterowanie z Kremla, faktyczne blokowanie prowadzenia wojny manewrowej, jak domniemane zablokowanie wycofania się z Chersonia, to jest prawdziwa katastrofa.

Kiedy kolejna ofensywa kończy się paniczną ucieczką niezwyciężonej rosyjskiej armii, to w głowie Polaka pojawia się miast demona znana wizja, z jednym słowem określającym całość sytuacji: kacapy. Słówko rozpowszechnione chyba po klęsce sowietów w czasie wojny z Polską w 1920 roku. Etymologia jego jest nieznana. Znaczenie jest odmienne w różnych krajach i czasach, lecz w polskim obszarze języka oddaje istotę rzeczy: sowiecki burdel. To on jest źródłem zaskakujących wszystkich pomysłów czy Stalina czy Putina. Po sukcesach w Ukrainie Polak łatwiej uwierzy, że 22 czerwca 1941 roku Stalin z kumplami próbował nowej destylanki i to było przyczyną kilkudniowej absencji oraz chaosu na froncie. Bo się zgadza z własnymi obserwacjami. Karkołomne opowieści o planach podboju świata, lepiej włożyć między bajki.

Gdy piszę te słowa w Rosji trwa mobilizacja i sami Rosjanie mówią, że wygląda, jakby w Kijowie zaplanowano ją jako sabotaż. Nie dla tego ciągną w kamasze i studentów i kalekich dziadów, nie dlatego wybierają całe wioski Buriatów i Kałmuków, że Putin ma plan, tylko ktoś „wyrabia plan”. Czyli dostarcza zamówioną ilość armatniego mięsa, bez oglądania się na konsekwencje.

Wielka Rosja się sypie. To nie tylko moja obserwacja. Widać, że nie tylko Kazachstan, Uzbekistan, ale nawet Białoruś i Czeczenia, która również nie jest niepodległa, starają się traktować wojnę z Ukrainą, jak właściwie prywatną awanturę Putina. Jak inaczej traktować odmowę Kadyrowa przeprowadzenia mobilizacji? Wpływy Kremla odparowują. Jeśli musi kupować broń z Iranu, to jest źle.

To osobna sprawa, jak będzie wyglądać katastrofa i co po niej. Lecz, jak mi się zdaje, już się to dokonało, że wizja Rosji gotowanej przez wszechwładnych diabłów w wielkim kotle, wizja demonów, które przewidują wszystkie ruchy walczących z nimi i nie dadzą żadnych szans, wizja tych tajnych służb, które dosięgną każdego, kto stanie na drodze, robi się śmieszna. No i jest kłopot, bo bez owych diabłów Słowackiego czy Saurona (wybaczcie poloniści, że porównuję literaturę z rozrywką) bez Stalina, co samotny, zadumany spogląda z okien Kremla na świętujące zwycięstwo wojska, które nie znają jeszcze przyszłości (rok 2022?) nie ma patosu. Utwory, nie mają napędu.

Część czytelników, pewnie niewielka, będzie patrzeć z wielkim dystansem na te super-specjalne służby, agentów w czerni, co wszystko wiedzą, choćby mając świadomość, jak szpetnie musiało się pomylić to GRU w ocenie sił Ukrainy, czy co byli warci dla Putina, gdy prorokowali kolejną niemrawą reakcję Zachodu. Niektórzy już tylko będą się wyrozumiale uśmiechać, rozumiejąc, że rzeczywistość, w postaci na wpół gangsterskich koterii, prywatnych intryg partyjnych karierowiczów, zwyczajnych finansowych kantów, sprzedaje się dużo gorzej i trudniej w mediach. Te potrzebują prostego wyjaśnienia, a wszechmogące służby tłumaczą świat na tej samej zasadzie wszechmocy, jak ongi diabły i demony. Dla Polaka wiarygodnym tłumaczeniem dziwnych decyzji wodzów, chaosu czy brutalności, będą butelki pospiesznie prokurowanej siwuchy i wywołane fuzlem przytępienie rozumu. Co bardziej oczytani zrozumieją, że fakty brutalnie oddzielają od życia te literackie czy filmowe kalki cudownie złożone przez mistrzów, od Słowackiego i Mickiewicza począwszy. Aliści, jak większość wizji romantycznych, wymagających zrozumienia, że to tylko metafory.

Nie wiem, jak się historia potoczy; Putin może jeszcze próbować choćby użyć atomówek. Lecz to nie wymaże obrazów czołgów obładowanych zrabowanymi chodnikami (to nie dywany) czy wyrwanymi kiblami. I zapewne nie ma szans odwrócić rozpadu samej Rosji. Niestety, literaci będą się musieli pogodzić, że słowo ‘Rosja’ czytelnikowi przywiedzie nieuchronnie obraz owego sałdata człapiącego w jednym bucie, którego właśnie znalazł. Ani trochę nie wyglądającego na demona.

No i gdzie my teraz znajdziemy sobie tak przekonywającego nowego diabła?!




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „O odgrzewanych kotletach”
Felietony Adam Cebula - 17 listopada 2017

Wspominki to pewnie najstarsza forma literackiej opowieści. Mogę sobie wyobrazić wojowników ponoć…

Adam Cebula „Pierdylion ISO, czyli informacyjny aspekt kondycji współczesnego człowieka”
Para-Nauka Adam Cebula - 25 lipca 2014

Może nie mam racji, ale mam wrażenie. A jest ono takie, że ulubionym sposobem opowiadania o świecie…

Adam Cebula „Paktów nie dotrzymywać!”
Felietony Adam Cebula - 2 czerwca 2017

Jak w SF funkcjonuje motyw katastroficzny? Można by odpowiedzieć „dobrze”. Co chwilę…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit