Adam Cebula „Ósme przykazanie na rok 2019”

Felietony Adam Cebula - 25 marca 2019

Foto: pexels.com

Dawno temu wyczytałem, czemuż to poważny czytelnik nie sięga po fantastykę naukową. Musiało to być już wtedy, gdy na literackim firmamencie jasno lśniła gwiazda Stanisława Lema, lecz mieliśmy jeszcze silny podział na literaturę poważną i śmieszną, którą zajmowali się najmniej wyrobieni czytelnicy. Czyli to SF.

Dlaczego SF jest niegodna czytania? Bo zajmuje się pozbawionymi emocji maszynami.

Było, minęło. Dawno wybiłem sobie z głowy to, że fantastyka naukowa ma się zajmować przyszłością. Przewidywanie jest bardzo trudne, szczególnie jeśli idzie o przyszłość. Miał to powiedzieć Niels Bohr. Więc lepiej dać sobie z tym spokój. Fantastyka jest tak naprawdę szczególnym sposobem na opisywanie teraźniejszości. Wiele razy pisałem: to widok na wydarzenia z loży inżynierów i przedstawicieli nauk ścisłych.

W dziełach humanistów ponoć najszlachetniejsze, najwartościowsze jest to, że w centrum stoi człowiek. Ale współczesny świat zasadza się na technologii. Współczesny, licząc najmniej od kilku tysięcy lat, a może nawet od zarania gatunku ludzkiego. To umiejętność panowania nad ogniem dała niedostępne do tej pory źródła pożywienia, umiejętność łupania kamienia dała ostrza, dzięki którym można było polować na wielkie zwierzęta, a potem je ćwiartować.

Patrzenie na świat poprzez technologię jest bezduszne, pozbawione tych emocji, jakie niesie ze sobą zestrzelanie dusz w jedno ognisko i mierzenia sił na zamiary. Lecz jest skuteczne.

Pomysł, by do zagadnień typowo – zdawałoby – się humanistycznych zastosować metody nauk ścisłych, jest pewnie wyjątkowo niepokojący. Zapewne dehumanizacja takich dziedzin wiedzy jak etyka to najczarniejszy ze scenariuszy, jaki może się przyśnić wrażliwym ludziom. A jednak, jak mi się widzi, bez tego nie da się wydobyć nauk ze szkód, jakie nas co rusz spotykają.

Pisałem już tym w tekście „Paktów nie dotrzymywać”. Rzecz się sprowadza do tego, że w technologii zarządzania społeczeństwem – albo (bardziej dosadnie) trzymania plemienia w kupie – są wynalazki, które wyznaczają epoki rozwoju cywilizacji, jak epoka brązu czy żelaza. Takim wynalazkiem jest zasada proporcjonalności kary. Czyli oko za oko, a nie wyrżnięcie całej wioski. Taką zasadą jest „paktów dotrzymywać”.

Humaniści zwykle przekonują nas, że najważniejszy, ba, jedyny ważny wymiar zasad jest w etyce. Tymczasem chłodne zastanowienie wiedzie nas do odkrycia, że górnie brzmiące przykazania służą głównie powodzeniu plemienia.

Szlachetne utrzymanie żądzy zemsty na wodzy przerywa wyniszczające (często całe kraje) waśnie trwające przez pokolenia. Szlachetne dotrzymywanie umowy ze słabszym, jakim była np. Polska napadnięta w 1939 roku, daje wiarygodność na przyszłość. Bez zasady „paktów dotrzymywać” diabli biorą porządek tego świata.

Karierę robi dziś sformułowanie „mowa nienawiści”. Zauważmy, że jest to coś, czego nie da się ująć w kategoriach obiektywnych. Nie sposób postawić kreskę, do której można o kimś mówić „lewak”, czy „seksistowski szowinista”, i będzie to dozwolonym wyrażaniem opinii. Nie ma jak wyznaczyć miejsca, od którego trzeba interweniować, bo opinia zamienia się w szerzenie nienawiści. Gdzie jest wolność słowa, a gdzie – kolejne modne słówko – hejt? Nie wiemy koniec końców, kto mowy nienawiści się dopuszcza, gdzie są te granice, których nie wolno przekroczyć. Bo to kategoria apelująca wyłącznie do uczuć. Te zaś nie poddają się żadnym miarom, są różne dla każdego i nie wiemy nawet, że gdy jakieś wartości im przypisujemy, nie sposób dowieść, ze są właściwe.

Czy główną nauką po zamordowaniu prezydenta Adamowicza jest uznanie niszczącej siły mowy nienawiści? Doprawdy? Jak widać z przeróżnych wypowiedzi, jest to stwierdzenie, powiedzmy tak: nieoperacyjne. Czyli że po jego wypowiedzeniu nie wiemy, co dalej robić. Obserwacja, której może dokonać ktoś rozumiejący jedynie działanie tłoków i przekładni. A jednak…

Ktoś pisze że tiwi ponosi odpowiedzialność za podkręcenie nastrojów, tiwi nazywa to mową nienawiści. Jak wyplątać wolność słowa z nakazu stosowania języka miłości? Czy wolno złodzieja nazywać złodziejem, a kłamcę kłamcą? Oto, na czym polega nieoperacyjność.

Próżno szukać w dawniejszych tekstach sformułowania „mowa nienawiści”. To współczesny wynalazek. Prawdopodobnie warty tyle, ile smartwatch, można się nim pobawić, ale do niczego nie służy. Kolejne odkrycie bezdusznego miłośnika mechanizmów. Jest w naszym otoczeniu mnóstwo przedmiotów, które są jedynie kuglarskimi sztuczkami. One tylko udają czy to przydatność, czy to zaawansowanie technologiczne.

To prawda, że złość, wściekłość, nienawiść napędzają nieszczęścia. Generalnie jest źle, gdy ludzie kierują jakimikolwiek emocjami na tyle silnymi, że wyłączają rozum. Ślepa miłość jest także niebezpieczna, nie ma sensu dywagować, co tu jest gorsze. Ślepa miłość do ideologii, przywódcy, do kraju (cokolwiek to znaczy) były nie raz – są na to liczne przykłady – przyczyną ogromnych nieszczęść.

Jeśli jednak chcemy zorganizować społeczeństwo, to problem w tym, żeby wskazać coś, co jest jednoznaczne, technicznie łatwe do sprawdzenia, co wreszcie zawsze jest niezbędne, żeby działał mechanizm prowadzący do nieszczęścia, a bez czego on się zatnie. A owszem, prawdopodobnie jeśliby się udało „napełnić ludzi miłością bliźniego”, gdyby udało się choćby zamienić uczucie negatywne na przynajmniej neutralne, nienawiść na względną obojętność, większość nieszczęść udałoby się powstrzymać. Problem w tym, że nie umiemy dobrze zmierzyć także ani miłości bliźniego, ani nawet obojętności. Nie umiemy wskazać sposobów, które by pokazały, że naprawdę ktoś osiągnął ten stan.

Ten niezbędny w naszych okolicznościach wynalazek technologii zarządzania plemieniem już jest, jest znany właściwie od zarania dziejów ludzkości. To ósme przykazanie z dziesięciorga wedle Kościoła katolickiego. Przykazanie, wokół którego nie ma żadnych kontrowersji. Brzmi prosto: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”.

To znacznie mniej niż „nie kłam”, mniej, niż „miłuj bliźniego swego”. Wystarczy zaledwie ograniczyć się do niestawiania fałszywych oskarżeń, a plemię utrzyma się w kupie, będzie jednością, będzie się wspierać, zamiast drzeć koty. Zapewne głęboka rabinacka mądrość, zasada bardzo użyteczna. Albowiem to, czy oskarżenia są fałszywe, daje się sprawdzić, i zazwyczaj nie wymaga to nadzwyczajnego wysiłku. Jednocześnie nawet nienawiść bez możliwości oskarżania już to o czary, o zdrady, o kradzieże czy homoseksualizm, ma powyrywane zęby.

Nie dałoby się spalić tylu czarownic na stosie, gdyby nie możliwość fałszywego oskarżania. Jeśli przeniesiemy się do naszych czasów, to zasadą działalności każdego z systemów totalitarnych były fałszywe oskarżenia. Nazizm zaczął się od pomawiania Żydów o wszelkie zło. W komunizmie podstawą wykończenia przeciwnika politycznego było przylepienie mu zmyślonych win. Chłopi lepiej gospodarujący albo sprawiający kłopoty byli oskarżani o spekulowanie, wyzyskiwanie parobków, opozycjoniści „godzili w sojusze”. A nieszczęśnik, który dostał się w tryby aparatu bezpieczeństwa, był zmuszany do przyznawania się do rzeczy, o których nie miał pojęcia.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Emocjonalnie o tranzystorach”
Para-Nauka - 30 grudnia 2016

Proszę państwa, oto miś! To znaczy – oto tranzystor. Jak wyglądał wąsaty…

Adam Cebula „Prawie”
Felietony - 22 sierpnia 2014

Zebranie większej liczby obserwacji w jednej dziedzinie często prowadzi do uogólnień, które dotyczą czegoś…

Adam Cebula „Katastrofa poza horyzontem marzeń”
Para-Nauka - 18 marca 2015

Niemal tradycyjnie przychodzi mi się tłumaczyć z włażenia w techniczne szczegóły. Powód jest zawsze…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!