Adam Cebula „Pasta do butów, a pisarze do piór, czyli czemu nie lubię ACTA” (2)

Felietony Adam Cebula - 1 czerwca 2012

Kolejną odsłoną tej zabawy jest działalność „patentowych trolli”, czyli firm, które ewidentnie żerują na społeczeństwie. Wyszukują one producentów, których rozwiązania są podobne do jakichś patentów – zwykle chodzi o coś, co w naszym prawie patentowym uznawane jest za rozwiązanie banalne lub oczywiste. Bardzo często chodzi o coś albo powszechnie znanego, albo nawet opatentowanego przez ofiarę. Zazwyczaj – po znalezieniu bogatego producenta – „troll” nabywa od wynalazcy, nieświadomego gry w jakiej uczestniczy, patent za marne pieniądze i pozywa firmę do sądu. Działalność ta w USA doczekała się już prawnej klasyfikacji, nikt nie kwestionuje dramatycznej szkodliwości procederu, dość dobrze wiadomo, jak zmienić prawo, by go drastycznie utrudnić i… ciągle mamy kolejne przykłady takiego rabowania społeczności.

Konkluzja jest taka, że zawsze istnieli ludzie, którzy mają ochotę być bogaci z urodzenia, teraz natomiast doszły do nich firmy i instytucje. W swoim czasie wykształciła się klasa arystokracji, której z boskich wyroków należało się posługiwanie przez niearystokratów. I obecnie ludziom marzy się coś podobnego, kasa za pochodzenie, za to, że kiedyś coś się wymyśliło, że kiedyś się produkowało bardzo dobry towar.

Istotą jest stworzenie świata wartości pozornych, jak markowe portki, własność intelektualna polegająca na dobraniu wielkości ekranu i układu przycisków, wyliczanie wartości znaku towarowego, uzurpowanie sobie wyłącznych praw do utworów, czy nawet postaci literackich.

Mamy szaleństwo – pomysł na odtworzenie klasy posiadaczy. Pół biedy, że wnuczek ma być bogaty z urodzenia, bo dziadek napisał coś poczytnego. Sprawiedliwe czy nie, pewnie nas to nie zrujnuje. Bieda, gdy z urodzenia ma być bogate całe wydawnictwo, a łapę wyciąga jeszcze dystrybutor. Kiedyś „dziesięcina” była synonimem zdzierstwa i chciwości, dziś podatki wcinają nam połowę zarobku, a tu jeszcze po pieniądze zgłaszają się tak zwani właściciele praw.

Takie jest to nieszczęście. Część musi zasuwać, martwić się, skąd wziąć kolejne zlecenia, a część wymyśla, jak nic nie robić.

Kto wie, czy jeszcze większym niebezpieczeństwem nie jest okoliczność, że działania te generują majątek, który pojawia się tylko w statystykach. Firma na pierwszy rzut oka dysponuje wielkim majątkiem, a jak się przyjrzymy bliżej, może się okazać, że trzy czwarte to jakieś papiery. Wystarczy teraz, by w innym – w szczególności dalekowschodnim – kraju tych papierów nie uznano, a całość może wyparować tak, mniej więcej, jak wyparowywały majątki amerykańskich banków w momencie, gdy zaczął się kryzys. Z ogromnego koncernu City Group, o ile mnie pamięć nie myli, zostało 0,56 procenta początkowej wartości. Jeśli nie jestem w błędzie, „ajpod” od Apple’a w Chinach jest sądownie uznany za nielegalny…

Dziś ekonomiści, politycy, przedsiębiorcy, ludzie związani z gospodarką na różne sposoby są raczej zgodni, że przyczyną kryzysu było tworzenie pozorów. Produkcja papierów, a nie towaru. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że sposobem na zażegnanie kłopotów jest realna produkcja. Polska, prawdopodobnie jednak głównie dzięki zacofaniu systemu bankowego, zdaje się być dość dobrym przykładem na to, że choćby składanie wiązek przewodów do samochodów jest lepsze niż tak zwane inwestowanie w banki udzielające pożyczek budowlanych.

Sednem awantury o ACTA jest dostępność tak zwanych treści. Nie wiem, czy paradoksalnie, lecz jakoś nie boję się tak zwanej cenzury w Internecie. Twórcy dokumentu chcą akurat kontrolować rozpowszechnianie czegoś, co moim zdaniem jest dość obojętne dla sfery nazywanej powszechnie kulturą. Za rozpowszechnianie niektórych filmów, czy gier komputerowych należałoby karać na początek twórców i dystrybutorów. Niezależnie od tego, jak rozpowszechniają. Ich zablokowanie przyniosłoby raczej wiele dobra, nie szkody.

Nie sądzę też, by realnie udało się kontrolować przepływ informacji w Internecie. Zwłaszcza takich, które dotyczyłyby tworzenia nowych ruchów politycznych, organizowania manifestacji, nawet niesławne „ściąganie”, jak widać z dotychczasowej historii, pomimo tego, że związane z przesyłaniem wielkich plików, jest praktycznie nie do opanowania. Kontrola sieci komputerowych jest technicznie niewykonalna.

Niestety, bardzo łatwo popsuć. Łatwo zamienić śmigającą, wydajną maszynę w coś zacinającego się, zgrzytającego, niewydajnego. Problem w tym, że pomysły, jak przerabiać licencje, „różne własności intelektualne”, opierają się na psuciu technologii służących do wymiany informacji. Programom komputerowym montuje się mechanizmy „samoniszczące”, czy też ukrywa się dokumentację poprzez na przykład trzymanie w najgłębszym lochu tak zwanych wersji źródłowych oprogramowania. Próby poznania, jak coś działa, nazywa się „odwrotną inżynierią”, co ma brzmieć w obowiązującej nowomowie mniej więcej jak „terroryzm”.

Można łatwo popsuć i zniszczyć. Nie wiem, czy organizatorzy akcji publicznego rozjeżdżania za pomocą walców drogowych „podrobionych” zegarków oraz konsoli do gry zdawali sobie sprawę z tego, co ilustrują takim spektaklem. Patrzyłem i myślałem sobie: oto świat zbzikował. Ukazuje się nam to jako wykwit szacunku dla intelektu, a czymże może się różnić ta demolka od palenia zboża i rozwalania domostw przez sąsiadujące ze sobą dzikie niby plemiona? Tak, ja to rozumiem, ale jako odwieczne wzajemne szkodzenie sobie nawzajem przez ludzi. To tak samo zrozumiałe, jak bombardowanie Warszawy przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Ale też trzeba na głowę upaść, by próbować przedstawiać to jako przejaw szacunku do kultury.

Porozumienie ACTA wpisuje się w ten nurt „intelektualny”, jest próbą realizacji pomysłów na urządzanie świata typu: jak nam wadzą sąsiedzi, to podpalimy ich domy i zbiory albo rozjedziemy walcem to, czym chcieli handlować.

 

Cynicznie dodam coś jeszcze. Dopóki należeliśmy jako kraj do, powiedzmy, towarzystwa dominującego nad światem, to najwyżej można było się oburzać amoralnością takiego postępowania. Niestety, sytuacja się zmieniła. Sąsiedzi zaczęli produkować dużo kukurydzy i tak tanio, że sami ją od nich kupujemy, choć uważamy, że zysk z handlu nam się należy. Niestety, nasi poborcy podatków zostali obici kijami i wyrzuceni z ich wiosek. Państwa występujące do tej pory w roli właścicieli świata spadły na niższą pozycję. Powodem – w ogromnej mierze, a być może jedynym – jest to, że ten obszar świata przez ostatnie ćwierć wieku, a może i dłużej, zajmował się produkowaniem POZORÓW własnej wielkości.

Elementem tej akcji było przydawanie cech towaru informacji, która jak towar nie wygląda. Bardzo źle sprawuje się jako towar. Jakkolwiek w swym szaleństwie posunęliśmy się dalej, bo chcieliśmy towarem uczynić obiecanki, że na przykład bank zarobi na kredytach, ale z informacją sprawa jest o tyle niebezpieczniejsza, że mnóstwo ludzi już wierzy, że można się nią posługiwać jak towarem i jak się ma na składzie informację, to ma się „majątek”.

Jak widać, takie kraje, jak Chiny, Brazylia, Indie, a nawet Rosja, mogą zwyczajnie machnąć ręką na porządki, jakie niosą pomysły typu „własność intelektualna” i okaże się, że nie mamy im nic do zaoferowania, bo nasz „towar” potraktowali jak informację, my zaś chcemy od nich skarpety, buty i ropę naftową.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Wynik kociego konkursu
Aktualności Fahrenheit Crew - 15 marca 2007

Koszulkę z kotem wygrał Grzegorz Żak. Gratulujemy. Wybór poezji laureata można przeczytać tu:…

Wróżebna machina Goodkinda do wygrania!
Konkursy Fahrenheit Crew - 22 lutego 2012

Zapraszamy do udziału w organizowanym wespół z Domem Wydawniczym Rebis konkursie. Do rozlosowania 5 egzemplarzy Wróżebnej machiny…

O kobiecym cierpieniu słów kilka
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 16 stycznia 2013

Z Julią Roberts wszystko przebiegło bez przeszkód. Wypadła tak naturalnie, jak powinna. Zahukana i myszowata, takie…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!