Daniel Ostrowski „Śmiecenie zorganizowane”

Felietony Fahrenheit Crew - 26 czerwca 2013

Rozwiązywanie nierowzwiązywalnych problemów by władza. Level hard.

Jesteśmy w przededniu wielkiej zmiany. Od 1 lipca wchodzą w życie nowe przepisy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach. Które rewolucyjnie i bezproblemowo zreorganizują system gospodarowania śmieciami komunalnymi. Cud, miód i orzeszki.

Po co?

Przecież nie było tak źle. Każdy mógł zawrzeć umowę ze stosownym działającym na jego terenie przedsiębiorstwem komunalnym lub prywatnym. W wielu przypadkach (zwłaszcza w dużych miastach) miał wybór. Wybór oznacza konkurencję, a konkurencja – możliwość znalezienia tańszego usługodawcy. Więc w czym problem?

Problemem  ponoć są mieszkańcy około 2-3 milionów gospodarstw domowych, którzy nie zawarli żadnej umowy na odbiór śmieci. To oni przepełniają kosze na ulicach i przystankach, zaśmiecają lasy, przydrożne rowy i pola. Albo palą śmieci w domowych piecach – wszystko, byle tylko zaoszczędzić te kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Ilość wyrzuconych w ten sposób lub spalonych śmieci oblicza się nawet na dwa miliony ton rocznie. A to oznacza ogromne koszty wymierne (finansowe) dla gmin (bo te leśne śmietniska trzeba przecież likwidować, pilnować ich itp.) i także niewymierne (środowiskowe). A przecież ekologia teraz modna.

Złotym środkiem mają być nowe przepisy. Opierające się na słusznym przekonaniu, że każda posesja produkuje jakieś odpady. W związku z tym jej właściciel, zarządca czy posiadacz ma obowiązek złożyć stosowne oświadczenie, w którym określi wielkość nieruchomości oraz ilość jej mieszkańców, a także zadeklaruje, czy będzie śmieci segregował, czy też nie. Jeśli oświadczenia nie złoży i będzie udawał, ze śmieci nie produkuje, naraża się na bardzo wysokie kary. Wzory oświadczeń oraz wysokość opłat ustawodawca pozostawił do ustalenia gminom. Gminy mają też wyłonić w drodze przetargu wykonawcę usługi odbioru śmieci – jednego na terenie całej gminy.

I tu już możemy śmiało mówić o głupocie ustawodawcy.

Po pierwsze, oznaczać to będzie całkowity brak konkurencji. Stawką administracyjną przez łeb i spadaj, wsioku. Nie wybierzesz sobie firmy tańszej, sprawniejszej, lepszej, ma być ta, która wygrała przetarg. Zagadnienie jest dla mnie zdumiewające, bo pamiętam polityczne i prawne problemy mojego pracodawcy i innych firm sektora energetycznego, gdy naciski unijne wymagały oddzielenia sprzedaży i dystrybucji prądu po to właśnie, by umożliwić konkurencyjność na rynku. A jeśli za sektorem energetycznym przemawiały jeszcze pewne argumenty przeciw takiemu rozdziałowi, to w przypadku śmieci takowych już nie ma. Moim zdaniem tylko czekać, aż obudzi się nasz swojski UOKiK albo wraży zagraniczny komisarz unijny i odpowiednie czynniki zaczną nam dopieprzać kary za niekonkurencyjne przepisy.

Po drugie, wykonawca wyłoniony w przetargu. Czy trzeba wielkiej wyobraźni, by wysnuć wniosek, że firma, która zna już ustalone przez gminę stawki opłat dla mieszkańców i zwycięża w przetargu, zaniżając mocno oferowaną cenę, będzie przynajmniej część odpadów zagospodarowywać partyzanckimi metodami, wywożąc je na te same nielegalne wysypiska, od których ustawodawca chciałby odkleić nieuczciwych obywateli?

Po trzecie, ale czy na pewno przetarg? Zamiast dania możliwości wyboru mieszkańcom? Przetargi można spierniczyć. I co wtedy? Przykład miasta stołecznego – tam już spierniczono.

Po czwarte, dlaczego tenże przemądry ustawodawca wpadł na pomysł, by stawki i zasady ich wyboru pozostawić do ustalenia gminom? Co prawda jestem w stanie sobie wyobrazić, że koszt odbioru i utylizacji śmieci realnie różni się między gminami, ale do mej wyobraźni bardziej przemawia wizja urzędników gminnych ustalających sobie te stawki awangardowymi metodami wgapiania się w sufit i wysysania ich z palca. Co jest zresztą faktem, można to śmiało stwierdzić, gdy się spojrzy na opublikowane już informacje o stawkach opłat.

Po piąte, wprowadzenie nowych zasad wymaga od mieszkańców, by rozwiązali dotychczasowe umowy na wywóz śmieci. Umowy mają terminy wypowiedzenia, których należy dotrzymać, czyli wypowiedzieć je ze stosownym wyprzedzeniem. Bo jeśli tego nie zrobimy, to może się okazać, że w lipcu zapłacimy podwójnie: wyłonionemu w przetargu wykonawcy nowy podatek śmieciowy, a dotychczasowemu (który zresztą już nic nie musi robić) za starą umowę. Mało tego, zapłacimy podwójnie nawet wtedy, gdy w przetargu wygra firma, z którą dotychczas mieliśmy umowę. I tego nie rozumiem, bo jeśli powszechne przepisy mogą nam administracyjnie dowalić jedną stawkę i narzucić konkretnego wykonawcę, to czemu nie mogą administracyjnie, z mocy prawa i z automatu, rozwiązać wszystkich starych umów?

I po szóste, kompleksowa segregacja. Promowana niższą stawką opłaty. Segreguj, będzie taniej. Ja naprawdę rozumiem podłoże ekonomiczne. Odpady można wykorzystywać wtórnie, a uprzednia segregacja umożliwia to bez generowania  olbrzymich kosztów. Czyli powinno się opłacać wszystkim, i obywatelom, i gminom, i firmom odbierającym odpady. Tylko jakoś tak brak we mnie wiary.

Załóżmy że z ogółu 10 milionów gospodarstw domowych ledwie piąta część zadeklaruje segregowanie. I że będą to wyłącznie nieruchomości zabudowane domami jednorodzinnymi. Oznacza to, że każdemu właścicielowi posesji należy teraz, zamiast jednego kubła zbiorczego, dostarczyć tych kubłów kilka, oraz uszczęśliwić go dokładną instrukcją, jak postępować z poszczególnymi rodzajami odpadów. Niektórych śmieci nie wolno przecież pchać w kubły, trzeba więc będzie ponadto zorganizować system dodatkowej (np. okresowej) zbiórki niektórych odpadów: gruzu, starych mebli, elektroniki. Ile to może kosztować na starcie? I kogo, gminę, wykonawcę? Ja stawiam na mieszkańca.

A dodajmy do tego problemy bloków wielorodzinnych, w których część rodzin deklaruje segregowanie, a część nie. Gdzie ustawić specjalne kubły, jak oddzielić je od normalnych? Jak to zorganizować, gdy w bloku są zsypy?

 

Za głupotą ustawodawcy idzie głupota włodarzy gmin.

Zadanie podstawowe: jak by tu skalkulować opłaty i ustalić sposób ich naliczania. Opcje są ledwie cztery*, obywatel może płacić stawkę od metrów kwadratowych lub od  liczby mieszkańców posesji, zaś obie stawki mają opcję wyższą (brak segregacji) i niższą (z segregacją). Gminy mają swobodną możliwość wyboru kryterium opłaty i tu zaczyna się niesprawiedliwość.

Gmina wybierze opłatę per capita? No to porównajmy wieloosobową rodzinę w bloku i bogate małżeństwo w sporej rezydencji. Pierwsi żyją skromnie, drudzy organizują po dwa wielkie przyjęcia tygodniowo, zaś sprzątanie ich domu i ogrodu generuje olbrzymią ilość odpadów. Mimo to zapłacą mniej.

No to może opłata od metra? Przykład w druga stronę, w jednym mieszkaniu mieszka starsze małżeństwo, w drugim sześcioosobowa rodzina. Mieszkania takie same, opłata taka sama, ilość śmieci ze wskazaniem na tych drugich.

Nie ma sprawiedliwości.

Trzecia opcja: powiązać obie opłaty i ustalić algorytm wyboru. Tutaj mogę podać jakże zabawny przykład pomysłu radnych z mojego miasta. Otóż należy najpierw ustalić, jaka powierzchnia mieszkalna przypada na jednego mieszkańca. Jeśli wynosi ona mniej niż 27m2, należy płacić od powierzchni mieszkalnej. Jeśli powyżej, nalicza się opłatę per capita.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Co dwa lata koniec świata”
Felietony Adam Cebula - 5 stycznia 2015

Za czasów mojego dzieciństwa takim powiedzeniem kwitowano agitację, jaką uprawiał pewien obecny w okolicy odłam…

Joanne K. Rowling „Harry Potter i Książę Półkrwi”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 2 listopada 2005

Fragment recenzji: Po wyjątkowo spektakularnym krachu, jakim okazała się piąta część cyklu, przystępowałam…

Witold Jabłoński „Ogród miłości”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 13 lutego 2006

Świat wokół Witelona pogrąża się w coraz większym szaleństwie. Klęski pomoru, plagi zarazy,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!