Adam Cebula „Niepewność pomiarowa, czyli cztery dziurki w guziku z pętelką” (3)

Para-Nauka Adam Cebula - 8 sierpnia 2018

Dlaczego kocha się współcześnie różnej maści badania podparte wyłącznie statystyką? A tak: kocha się. Mamy zalew rewelacji – zwłaszcza w dziedzinie diety albo czynników rakotwórczych. Co do tych ostatnich: jak się badało kosmetyki? Ano, łapało się królika doświadczalnego i na przykład wpuszczało mu się do oka lakier do paznokci. Jeśli królikowi jedynie wypaliło oko, to może być. Jeśli na ileś zwierząt kilka dostało jeszcze raka, to trzeba się było zastanowić. Dowcip w tym, że zazwyczaj podejrzane substancje były prawie obojętne. Aby cokolwiek wykryć, trzeba było drastycznie wzmocnić ich działanie.

Przypomnę efekt hormezy. W małych dawkach na przykład silnie kancerogenne promieniowanie jonizujące działa dobrze na organizmy, w tym człowieka, który wali do wód radoczynnych po zdrowie. Ot i prosty powód, dla którego te testy mogą być funta kłaków warte. Ale gdy dochodzimy do szkodliwego działania cukru, zaczyna się już szaleństwo. Podobnie jak w przypadku mleka UHT. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że cukier uzależnia. Gorzej, kochani: przychodzimy na ten świat uzależnieni od cukru jak koza od trawy. Znacie opowieść o tym, jak Icek już-już odzwyczaił swoją kozę od jedzenia? No właśnie: uzależnienie okazało się tak silne, że bidula zdechła.

Jeśli wsłuchasz się, Drogi Czytelniku, w argumenty antycukrowe, to zauważysz, że powtarza się to, co wiemy od zawsze. Tak, przeżeranie się cukrem daje takie same zgubne efekty, jak przeżeranie się w ogóle. A jak zdobyć argumenty przeciw jedzeniu cukru? No… Statystyka. Tylko statystyka może pomóc, bowiem z doświadczenia wiadomo, że pojedyncza osoba może spoko wrębać i kilo cukru na raz. A że po tym eksperymencie pewnie przez pół roku będzie się ze wstrętem odwracać od słodkiego – to będzie cały efekt.

Aliści magiczna statystyka może wyłuskać straszliwe efekty. Podobnie jak działanie smogu. Co prawda dziadek palił całe życie i… pali dalej, żyje, inhalując się codziennie substancjami smolistymi, ale statystycznie palenie urywa palaczowi dziesięć lat życia.

Aby była jasność: nie znoszę palaczy. Sądzę, że akurat w tym przypadku jest dość dowodów, że to mocno szkodliwy nałóg. Sedno sprawy jednak jest w tym, że bez statystyki tego nie zobaczymy. Możemy twierdzić, że naszemu dziadkowi urwało dziesięć lat ze stu dziesięciu, zaś Józek dostał raka płuc z powodu pracy przy farbach, a nie palenia. I to wszystko może być racja. Bo tak naprawdę nie znamy dość dobrze sposobu oddziaływania papierosów na człowieka. Nie mamy tej suwmiarki, którą dałoby się zmierzyć z wystarczającą dokładnością.

Statystyka rodzi silną pokusę, żeby pomierzyć coś, do czego nie ma narzędzi. Na przykład udowodnić szkodliwość cukru. Szkodliwość gazowanych napojów, konieczność zbiórki złomu czy walki ze smogiem, którego nie widać, jakbyśmy walczyli o niepodległość.

W takich i podobnych przypadkach, gdy efekty są tak słabe, zwykle jeszcze zawikłane w tysiąc dodatkowych czynników, nie mamy takiej możliwości jak z kostką do gry, by ją na przykład obmierzyć, obważyć i stwierdzić, że ktoś pod jedną ścianką umieści ołów, na skutek czego się na nią znacznie częściej wywraca. Najczęściej zagadnienie musi pozostać w sferze domysłów albo zbyt zawiłych reguł, by się nadawały do hałaśliwej propagandy. Tak, najsmaczniejsza herbata jest ta niesłodzona, całkiem gorzka, ale w górach po znacznym wysiłku, zwłaszcza gdy czeka nas dalsza droga w zimnie, lepiej wypić ulepek z kilkoma łyżkami sacharozy. Tak, tak, widziałem w głupich Górach Sowich, jak ludzie mieli pomysł, że prześpią zawieję pod krzaczkiem. Podobno to hipoglikemia, jak zwał to zwał, ale w pewnych okolicznościach biała śmierć ratuje życie. Podobnie jest z drugim śmiercionośnym białym proszkiem, solą. Podnosi ciśnienie i jego spożywanie (podobnie jak onanizm) nieuchronnie prowadzi do śmierci. Tyle że „trzeba uzupełniać elektrolity”. Tak, brak soli może również doprowadzić do śmierci.

Kolejna smętna obserwacja: statystyka pozwala zamazać szczegółowe dane odnośnie jakiegoś problemu. Te szczegóły czynią często już zebraną porządną wiedzę nieużyteczną dla propagandy. Nie ma sensu rozpętywać kampanii przeciw koncernom spożywczym pod hasłem „używajcie cukru z umiarem”. Jak wysmażymy dane, że cukier, jak smog, spowodował ileś tam przedwczesnych zgonów, to będzie argument. Kłopot by się zrobił, gdyby cukier faktycznie zniknął z naszego otoczenia, ale… przecież nie o to walczymy. My chcemy gonić króliczka.

Przywykliśmy do stosowania statystyki: co rusz mamy sondaże poparcia partii, dane tyczące się popularności produktów wzrostu gospodarczego czy zmiany nastrojów. Statystyka stała się częścią naszej świadomości. To na niej budujemy swoje wizje świata. Ot, wspominałem bijatyki na forach na temat wyższości jednej konstrukcji aparatów fotograficznych nad innymi: wszystko kręci się wokół jakiś średnich, masowych danych, w których znika powód, czemu ludzie coś kupują, a czegoś innego nie.

Tymczasem choćby przez to, że statystyka jest oparta na rachunku prawdopodobieństwa, który ludności wyjątkowo źle wchodzi do głowy, powinna im się palić choinka czerwonych światełek: to może być warte funta kłaków.

Mam pewne podejrzenie albo proste wyjaśnienie, z czego bierze się popularność badań statystycznych w „miękkich naukach” (takich jak dietetyka). Ta metoda daje możliwość „ukręcenia bicza z piasku”. W sytuacjach, gdy rozstrzygnięcie czegoś jest – uczciwie mówiąc – niemożliwe (jak wyżej napisałem, nie ma suwmiarki, by zmierzyć ołówek, albo co gorzej, gdy zagadnienie jest naprawdę neutralne, typu żreć czy nie cukier, w odróżnieniu od przeżerać się cukrem), możemy mu nadać jakąś wartość typu dobrze–niedobrze. Wokół nieważnych spraw da się zbudować emocje. Bo dostaniemy właśnie tę wyliczoną liczbę przedwczesnych zgonów, jakąś różnicę w średniej nadwadze czy coś równie wstrząsającego.

Pokusa jest wielka, bowiem tego typu opracowania wyglądają na bardzo uczone. W poważnych badaniach miotłą, która wymiata bezwartościowe pomiary, jest właśnie oszacowanie nieszczęsnej niepewności pomiarowej. Bez niej, bez choćby jakiejkolwiek intuicji, ile to może być, nie ma wyniku. Wystarczy spytać tych Uczonych Mężów z Brodami z ateńskiego rynku, jak by się wzięli za oszacowanie niepewności – i żegnamy. Tak naprawdę to działa, choć widzimy, że niczego nie mierzyli, tylko im się zdawało. Bo i owszem, Mędrzec potrafi przyrównać dość dobrze wielkość jaskółki do wielkości bociana, ale naprawdę chodzi o to, że jakikolwiek pomiar na oko diabli biorą, gdy nie ma tego przedmiotu do czego przystawić.

Tak na marginesie całkiem, to w tym ateńskim szacowaniu jest ukryty parametr, którego kompletnie nie znamy, i siedząc na szacownym rynku, nie mamy sposobu, by jakkolwiek sensownie szacować: to odległość Ziemia-Słońce. Jeśli zrozumiemy mechanizm szacowania na oko, to od razu wrzucimy go do obliczeń. A, że wynosi on HGW (Hanna itd.) ile.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Na początek pewna nudna przypowieść techniczna”
Felietony - 15 czerwca 2016

Wbrew pozorom wcale nie chodzi o akumulatorki. Ani o bateryjki. Oto Adam Cebula i jego poszukiwanie…

Adam Cebula „Kiełbasa powyborcza”
Felietony - 20 lipca 2015

Adam Cebula i pokłosie jego nagłego przebudzenia w chłodnym pokoju, czyli współcześni politycy w strasznej…

Adam Cebula „Co dwa lata koniec świata”
Felietony - 5 stycznia 2015

Kolejnym typem przeciwdziałania byłoby uruchomienie nowych technologii. Część z nich to „nowe-stare”. Na przykład, w warunkach…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!