Adam Cebula „Świadomość krzywej”

Para-Nauka Adam Cebula - 20 lipca 2018

Trudno uwierzyć, lecz tak jest, w okolicy 5 megapikseli zapotrzebowanie na parametr zwany rozdzielczością fotografii ulega nasyceniu. Dawniej był taki test na ostrość fotografii – wykonywano odbitkę o rozmiarach mniej więcej 18×24 cm i fotograf oglądał ją. Jeśli wyglądała na ostrą, to można było rozbić z niej już dowolnie wielkie powiększenia.

Współczesnym fotopstrykom często nie mieści się w głowie, że tak jest, lecz jeśli chcemy popatrzeć na zdjęcie, a nie dowalić koledze, że się znowu machnął w ustawianiu ostrości, to cofamy się tak, żeby zdjęcie widzieć pod kątem 45 stopni. Im większa fotografia, tym dalej. Tak ludzie oglądają zdjęcia. Nie ma sensu oglądać portretu tak, że widzimy tylko oko czy nos, chcemy zobaczyć całą twarz. Wówczas musimy się cofnąć. A jak się cofniemy, to zobaczymy całe zdjęcie pod kątem mniej więcej 45 stopni – tak jak się ogląda odbitkę 18×24 cm z odległości dobrego widzenia.

Zobaczymy około 6 megapikseli maksymalnie. Byle one były.

Kolejna szczegółowa obserwacja jest taka, że w praktyce utrzymanie na fotografii takiej rozdzielczości jest po prostu trudne. Każdy, kto się obracał choćby tylko internetowo w fotograficznych kręgach, nasłuchał się czy naczytał o różnych plagach gnębiących poczciwego fotopstryka, tych różnych front i back focusach, nieostrych obiektywach itd. W rzeczywistości chodzi o błędy popełniane przez samych fotografów. Realne kłopoty ze sprzętem są dość rzadkie i zazwyczaj na poziomie, który daje się wychwycić w specjalnych warunkach. Zwykle sam fotografujący popełnia błędy, które drastycznie obniżają realną rozdzielczość zdjęcia. Bardzo często poruszenia, niedopilnowanie, by wyostrzenie nastąpiło na właściwym elemencie kadru, lecz także niewłaściwa obróbka zdjęcia, która wyciąga szumy, i tak dalej.

Producenci dość lojalnie uprzedzają, nazywając aparat „dla profesjonalisty”. Kasa wywalona na korpus z mnóstwem megapikseli nie zwróci się. Człowiek, który nie przyłoży się do każdego kadru, nie napracuje, jak zwykle napracować nie ma się ochoty, np. na wycieczce, dostanie zdjęcia o rozdzielczości jak z o wiele tańszego modelu, albo – co chyba jest dość częste – kompakta za kilka stówek czy jak z telefonu.

Osobną sprawą jest znajomość rozdzielczości samego sprzętu. Aparat komórkowy z matrycą o rozdzielczości 40 megapikseli (było coś takiego) to jedynie chwyt marketingowy. Aby na matrycy zostały zarejestrowane szczegóły obrazu, musi przenieść je obiektyw. Obiektyw niestety tym więcej da tych szczegółów, im większy jest format aparatu. To oczywiście uproszczenie, lecz całkiem praktyczne. Aby na matrycy powstał obraz o rozdzielczościach odpowiadających 40 megapikselom, potrzebna jest matryca o rozmiarach mniej więcej 24×36 mm, odpowiadającej wymiarem klatce filmu małoobrazkowego. Obiektyw musi mieć też swoje rozmiary „normalnego” obiektywu pełnoklatkowego. Małe obiektywiki nie są w stanie osiągnąć rozdzielczości potrzebnych dla faktycznego wykorzystania takich matryc. Na przeszkodzie stoi m.in. tzw. limit dyfrakcyjny – zapora postawiona przez samą naturę. W efekcie dostajemy jedynie ogromne pliki, które nie niosą żadnych danych i zapychają dyski.

Konkluzja jest pewnie dość smętna dla entuzjastów nowych, drogich aparatów. Praktycznie cały potrzebny „postęp w megapikselach” już się odbył i to dość dawno. Teraz mamy coś dziwnego, raczej zawracanie powiedzmy głowy. Jeśli to można głową nazwać.

W podobnym tonie i z podobnymi wnioskami można by przeprowadzić analizę reszty parametrów, np. liczby punktów autofokusa (czymkolwiek one są), które sporo kosztują, a konkluzja jest pasująca dobrze do tak zwanej krzywej logistycznej. Bardzo tanie aparaty mogą być kiepskie. Dziś już właściwie trudno takie spotkać, chyba że są w coś wbudowane albo są kamerkami internetowymi czy temu podobnymi gadżetami. Jakość wyraźnie rośnie pewnie gdzieś powyżej kwoty tysiąca polskich złotych. Gdy nabywamy coś z matrycą tzw. formatu apsc za trochę mniej niż 2k PLN, to lądujemy w obszarze nasycenia. Owszem można wydać dużo, dużo i jeszcze raz dużo więcej kasy, ale aparat za około 23 tysiące złociszów zrobi nam takie same dobre zdjęcia w normalnych warunkach oświetleniowych, nawet nie tych dobrych, ale normalnych (tzn. gdy nie chcemy ciemną nocą fotografować uciekinierów z Syrii nielegalnie przekraczających granicę), jak ten kilkanaście razy tańszy.

Zapewne dla osoby postronnej nie jest to żadna szczególna wiedza, lecz dla delikwenta, który właśnie władował drobne kilkanaście albo kilkadziesiąt tysiaków w sprzęt, to może być rodzaj herezji, za której rozpowszechnianie powinno się palić na stosie.

Jak bardzo powinniśmy walczyć z plastikiem? No… Tak, jak nam przeszkadza. Walające się po krzakach plastikowe torby to coś, czego za mojego dzieciństwa nie było. Stanowią element obcy, jeśli je widzę, to mam wrażenie śmietniska. Ale… Gdy czytam o nowej krucjacie sygnowanej przez Greenpeace przeciwko plastikowi, to zadaję sobie proste pytanie: a ile to będzie nas kosztowało? Całkiem niedawno przeczytałem, że słynne ekologiczne szmaciane torby robią w sumie środowisku większą szkodę niż torby plastikowe.

Jest pewien efekt, który też chciałbym uzyskać: to, żeby plastikowe torby nie fruwały po krzakach. Który dość łatwo uzyskać, jeśli tylko nie będziemy śmiecić. Wystarczy wrzucać plastikowe opakowania do pojemników na plastik i wystarczy, by faktycznie ów był jakoś przetwarzany. Choćby palony w piecach do tego przystosowanych. Wbrew dość rozpowszechnionym opiniom, pozbycie się plastiku jest proste i bezpieczne, pod warunkiem że na przykład spalanie prowadzi się w dostatecznie wysokiej temperaturze, by nie dopuścić do powstania toksycznych związków chemicznych. Jeśli temperatura jest odpowiednia, zostaje tylko dwutlenek węgla i woda, ewentualnie jakieś proste związki, które nie stanowią już zagrożenia.

Bardzo długi okres rozkładania się plastiku wbrew często powtarzanym alarmistycznym opiniom jest raczej dowodem na jego nieszkodliwość. Skoro się nie rozkłada, to nie ingeruje w środowisko. Owszem jest w nim obecny jak na przykład kawał kamienia, lecz poza tym niczego nie zmienia. Albo zmienia w niewykrywalnym, nieznaczącym stopniu.

Z krzywą zwaną czasami „s” albo logistyczną łączy te sprawę parametr, który trzeba chyba nazwać stopniem umartwienia się. Filozofia, której da się dopatrzyć za nową kampanią, chyba sprowadza się do tego, że im bardziej się umartwiamy, tym lepiej. Będzie kłopot, gdy zapytamy, z czym lepiej bądź co będzie lepsze, ale chyba to nie bardzo przeszkadza.

Można się tylko domyślać intuicji, jaka stoi za tym pomysłem: będzie ekologiczniej czyli „mniej chemicznie”. Nie wiem, czy stoi za tym nadzieja, że będziemy dłużej żyć, ale chyba że zdrowiej (cokolwiek to znaczy – jednak tak. Bo intuicyjnie „lepsze środowisko” to „zdrowsze środowisko”. W cudzysłowach, bo niekoniecznie chodzi o to, co nam wydaje, że powinno.

Pisałem już o tym przy okazji tekstu o hormezie. Z poprawą stanu środowiska jest tak jak z megapikselami w aparacie fotograficznym. W czasach wczesnej industrializacji XX wieku mieliśmy sytuację katastrofalnych zanieczyszczeń środowiska. Kiedy zaczęto stosować jakieś prymitywne metody ochrony, ludzie nie odczuwali poprawy, bo na przykład dwukrotne zmniejszenie stężenia benzo(a)pirenu (tak się dziwnie pisze nazwa tego związku z nawiasem w środku) w sytuacji, gdy jego stężenie i tak przekracza wielokrotnie dopuszczalne normy. To marne pocieszenie, gdy sytuację, w której zachorujemy po miesiącu, zamienia się na chorowanie po dwóch miesiącach, gdy choroba i tak prowadzi do ciężkich powikłań. Jeśli natomiast zjedziemy z poziomem zanieczyszczeń do pewnych odpowiednio niskich wielkości, to okaże się, że mimo iż wykrywa je aparatura pomiarowa, to nie widać wpływu na organizmy żywe. Mogą być dwa razy większe, mniejsze, efekty będą „statystycznie nieistotne”. Ale łatwo się przekonamy, że parcie na pokręcenie gałką w prawo pozostanie.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Troll sam w sobie”
Felietony - 23 lutego 2018

Troll w Internecie jest gatunkiem tępionym. Powód jest oczywisty: tacy osobnicy potrafią…

Adam Cebula „Temat polityczny”
Felietony - 8 czerwca 2016

Wakacje o krok, więc Adam Cebula dryfuje po meandrach edukacji, jako też Rzeczypospolitej władania. Podryfujmy…

Adam Cebula „Idea fantastyczna, nie polityczna”
Felietony - 3 maja 2016

Mamy XXI wiek i tytuły w gazetach brzmią czasami jak wyjęte z powieści science-fiction. Ot,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!