Adam Cebula „Matrix, matrix wszędzie!”

Pewnie to już kilka razy pisałem: za młodych lat brakowało mi filmów fantastycznych. Literatura była jakoś tam dostępna, ale sieriozna doktryna socrealistycznej kultury nie dopuszczała marnowania państwowych pieniędzy na próżną rozrywkę. Filmy były ciężko-realistyczne, w ramach owej oficjalnej linii artystycznej nawet mocno antykomunistyczne – godzące w sojusze, w marksizm z leninizmem, prześmiewcze, psychologiczne, prorocze czy cokolwiek innego kto zapragnął, ale fantastyki było w dostępnej kinematografii co kot napłakał. No i jakby na złość babci – odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

Teraz w kinie, nie tylko fantastycznym, co rusz Obcy, niezwykłe wynalazki. No i nie tylko przesyt, ale i dojmujące poczucie braku. Czego? Chyba… fantazji. Prawie w każdym filmie nadziewam się na taką wkładkę fantastyczną, po której mnie zwykle trafia szlag, bo znalazła się ona tam, ponieważ komuś zabrakło pomysłów. Co gorzej – ba dużo gorzej – zarówno w filmach i literaturze fantastyka naukowa zaczyna udawać rzeczywistość, i to już najbardziej wq… znaczy… tego… denerwuje. To zabieg znany już od starożytności. Deus ex machina, czyli w oryginale spuszczany na sznurku aktor, który gra boga rozwiązującego zwykle zbyt zawikłaną akcję. Termin wprowadzony przez Eurypidesa. Autor może się tym posłużyć bardzo sprytnie i efektownie, ale zazwyczaj oznacza to fabularną katastrofę. Odbiorca, wyrywany brutalnie ze świata przedstawionego, może podejrzewać, że pisarzowi czy scenarzyście brakuje wiedzy, jak działa rzeczywistość lub (co najgorsze) zabrakło pomysłu, co dalej. Wyjątkowo irytuje nieoczekiwane złamanie konwencji, choć czasem jest ono dopuszczalne. Taki chwyt zastosował St. Lem np. w
Śledztwie”, gdzie z kryminału jesteśmy katapultowani do mocno filozoficznej SF. Podobnie dzieje się w „Katarze”.

Niestety, często ten zabieg przeprowadzany jest nieudolnie. Szczególnie zgrzyta taka przewrotka, gdy zaczyna się od konwencji czegoś, co nazywa się bodaj fabularyzowanym reportażem, i okolic tego gatunku. Wydaje się czytelnikowi czy widzowi, że będzie miał do czynienia z twórczością, której głównym walorem ma być realizm, przekazanie wiedzy o tym, jak na przykład działa policja albo szpital. A tu mamy luźne fantazje. „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas” to jedno z takich moich rozczarowań. W istocie możliwości, jakimi dysponuje prezentowane w filmie laboratorium, są bardziej Fi niż Sci. Ich analizatory (jak to nazwać?) są takie trochę ze Star Treka. Wydaje się, że po włożeniu do nich próbki farby powinny podać nazwisko i adres malarza. Podają tymczasem z niezwykłą dokładnością składy różnych bardzo dziwnych substancji i to niemal natychmiast i z niezwykłą dokładnością.

Skąd się biorą takie pomysły?

Gdy 15 stycznia 2009 roku lot US Airways 1549, którym dowodził Chesley Sullenberger, wodował szczęśliwie na rzece Hudson, to dzięki analizie DNA udało się określić nie tylko jaki gatunek ptaków spowodował katastrofę, ale nawet ich pochodzenie. Uniewinnione zostały gęsi z pobliskiej kolonii ptaków, winne były gęsi wędrowne aż Kanady. Niezwykłe. Ale o ile pamięć mnie nie myli, na wyniki trzeba było poczekać miesiące.

Wcisnąć w fotel może wynik analizy za pomocą tzw. spektrometru masowego. Można wziąć dwa kawałki metalu i stwierdzić, że na przykład pochodzą z tej samej partii gwoździ. Badanie to owszem, pozwala wyznaczyć z wielką dokładnością skład chemiczny tak, że stanowi on rodzaj unikalnego odcisku palca, bo wyłapiemy śladowe ilości pierwiastków i określimy ich wzajemne proporcje, które będą charakterystyczne dla jednego cyklu produkcyjnego. Piękne, wstrząsające, ale zadziała tylko czasami. Badanie wymaga, by materiał rozpylić na pojedyncze cząsteczki, co oznacza, że np. niektóre związki organiczne mogą się rozpaść na jakieś prostsze. Wielu substancji zbadać się nie da, dla innych potrzebne są specjalne techniki. Z badania nie wynikają informacje nawet typu „to jest węgiel”, i gdy się nie ma tzw. widma wzorcowego, wyznaczonego dla czegoś o znanym składzie, możemy się ostro pomylić.

Magiczne metody działają raczej wyjątkowo i nawet w sytuacjach, w których w powszechnej świadomości problemu nie ma. To jest kłopot i to w bardzo typowych i powtarzających się sytuacjach. Na przykład trudno jest wykryć wszelkie ładunki wybuchowe domowej produkcji, bo zawierają substancje normalnie obecne w naszym otoczeniu, takie jak np. saletra amonowa (popularny nawóz). Trudno zrobić wykrywacz, który nie dawałby na okrągło fałszywych alarmów.

Lista kantów fabularnych w sensacyjniakach jest bardzo długa. Nie da się odzyskać z dysku danych po wydaniu komendy shred, nie da się magicznie wyostrzyć obrazu poniżej progu rozdzielczości obiektywu, złamać hasła do serwera nawet potężnym superkomputerem NSA, o ile to hasło nie jest idiotycznie proste. Nawet robienie zdjęć ludziom, gdy odległość przekracza 300-400 metrów, robi się trudne z powodu falowania powietrza. Pomimo że niby satelity to robią. Zaś mikrofony kierunkowe dobrze nadają się do nagrywania śpiewu ptaków, ale zdecydowanie gorzej do podsłuchiwania rozmów ludzi.

Fabularna wpadka, którą zapamiętałem na całe życie, pochodzi z na pozór bardzo porządnego pod względem faktograficznym serialu „07 zgłoś się”. W jednym z odcinków występuje gang fałszerzy złotych monet. Byłoby prawie w porządku, gdyby na końcu nie okazało się, że owe monety zostały wykonane ze szkła ołowiowego – i jak stwierdził sam porucznik Borewicz – idealnie dobrano ich wagę. Aż jęknąłem, ponieważ jako czytacz „Młodych Techników” doskonale pamiętałem, skąd się wzięło prawo Archimedesa. Próba opierała się na tym, że złoto ma największy ciężar właściwy z materiałów dostępnych zwykłemu śmiertelnikowi. Jedyna substancja, jaką dałoby się złoto zastąpić, to zubożony uran, który w czasach peerelu zapewne leżał sobie na Bazarze Różyckiego w obniżonej cenie. Szkło ołowiowe ma kilka razy za małą gęstość. Różnica jest nie do ukrycia.

Sprawny pismak, wiedząc takie rzeczy, podskoczyłby z radości, bo filmowa wszechmoc w literaturze jest śmiertelnie nudna. Dobra akcja opiera się na tym, że nie jest łatwo, i trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Czytelnik fantasta ma w głowie zbiór prawdziwych zazwyczaj ciekawostek ze świata nauki i bardzo mile go łechce dodawanie czegoś do (z?) tej kolekcji. Bardzo zgrzyta mu, gdy autor okazuje się nie znać jakichś anegdot.

Science fiction to elitarny gatunek unoszący się w niewielkiej odległości od realnego świata. Inne nurty – ot, choćby fantasy i wszelkie mutacje urban fantasy, horror (który wprowadził w swojej formie do literatury Edgar Allan Poe), fantastyka grozy (którą uprawiał Howard Phillips Lovecraft) miały jeden chyba zasadniczy atut, który dał im powodzenie: fantazja autorów rozsadzała ustalone w innych gatunkach światy. Oni zwyczajnie wymyślili coś całkiem nowego i ta egzotyka ratowała czasami nie do końca spójną fabułę, bo mocą dowolnego nurtu fantastyki jest oczywiście fantazja.

„Matrix” jest umową z widzem. Umowna jest fabuła, mgliści źli, dobrzy nie wiedzieć skąd, umowna technologia. Umowne zagrożenie polegające na tym, że świat wirtualnej rzeczywistości ma konsekwencje w realu. Umowna ezoteryka, umowni bohaterowie i… umowne napięcie. Jak na wizytę w kinie szybko postawiłem diagnozę, że to jest taki teledysk z MTV.

Cóż, w przeciwieństwie do Słowackiego, nie trzeba przekonywać, że „Matrix” ludzi cieszy. Nie wnosi czegoś, co to, to nie. Tym niemniej warto zauważyć: to nie jest coś, co powstało dlatego że fantazja autora rozsadziła zastane ramki. Wręcz przeciwnie. Pomysł był taki, że weźmiemy sobie stereotypowe motywy z popkultury i wykonamy z tego mniej czy bardziej smaczny ulepek. Mamy grafikę i sceny z gier komputerowych, jakieś wyskrobki z buddyzmu, trochę ekologii, trochę ideologicznych obierków po walce klas. To trochę może szokujące, ale zasadą tworzenia nie jest wymyślanie rzeczy nowych, lecz odwołanie do stereotypów, najczęściej już mocno uproszczonych, i ich dalsze uproszczenie, można rzec doklepanie do tabloidowej wizji świata.

Umowna fantastyka jest moim zdaniem odwrotnością fantazji, ale też nie krytykuję pomysłu na rozrywkę. Bo nie o to chodzi w popkulturze, by widz wyszedł z kina ciężko zaniepokojony o losy ludzkości. Dopóki pamięta, że to zabawa, nic w tym złego. No więc zauważmy, że „Matrix” ani przez chwilę nie udaje, że jest poważnym dziełem. Nie wnosi nic nowego prócz motywu życia w iluzji, ale nie umawialiśmy się na nic więcej prócz zabawy. Bez emocji trzeba tylko odnotować, że sposobem na SF w filmach stało się coś odwrotnego do tego, z czego fantastyka się wywodzi. Nie wolno Panie Boże broń zaskakiwać widza odlotami swej fantazji, należy potraktować go tym, co bardzo dobrze zna.

„Matrix” się ogląda, bo „Matrix” nie łamie konwencji. Niestety, chwyty z umownej SF bez trudu znajdziemy prawie dowolnym senscyjniaku, a nawet w „fabularyzowanych dokumentach”. Lecą sobie w rządowej tiwi i jakichś polsatach takie opowieści – już to niby o policjantach czy prywatnych detektywach. Tamże policja rach-ciach bez problemu ustala numer IP wrażego komputera i ten numer ku mojemu wielkiemu podziwowi zawsze okazuje faktycznie numerem statycznym, na podstawie którego bez kłopotu trafiamy do fizycznego kompa i jego właściciela. A tymczasem w realu wszystko na tym się zasadza, żeby numer IP prowadził donikąd.

Jest pewien motyw z umownej SF, który odnajdziemy bez trudu w prasowych doniesieniach. No właśnie: zaczęliśmy od filmów, które udają, że ani trochę nie są SF, zaraz pokażemy, że specyficzny rodzaj fantastyki jest i w publicystyce, i w bezpośredniej dziennikarskiej informacji o tym, co się stało. Pamiętasz to biozłącze, przez które bohaterom „Matrixa” wkraczającym w wirtualny świat groziła realna śmierć? To można uogólnić: co prawda w rzeczywistej informatyce wyciągniecie wtyczki jest jednym ze sposobów, w ogólności mamy szereg możliwości – powiedzmy uczenie, sprzętowych – zabezpieczania się. Lecz obowiązuje umowa, że ani o tym się nie myśli, ani nie pisze… a, co zadziwia mnie najbardziej (jakby wywołując Matrixa z lasa), nie stosuje.

Weźmiesz sobie gazetę, a tu nowy wirus (pewnie nie-wirus) grasuje. Śledzą cię różne służby. Czają się hackerzy. Wielkie firmy zbierają informacje. Masz się bać i nie wolno ci pomyśleć, że wystarczy tak prosta operacja jak wyjęcie wtyczki.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Adam Cebula

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

– I to się sprawdza? Po śmierci są szczęśliwsi?
Silas uśmiechnął się tak szeroko, że odsłonił kły.
– Czasami. Zazwyczaj nie. Zupełnie jak ludzie, którzy wierzą, że będą szczęśliwi, jeśli przeprowadzą się w jakieś inne miejsce, lecz przekonują się, że to tak nie działa. Dokądkolwiek się udasz, zabierzesz tam siebie, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

— Neil Gaiman, Księga cmentarna

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

7 Salon Ciekawej Książki
od do
Aktualności
Hala Expo - Łódź (Łódź, al. Politechniki 4)
Spotkanie z Jackiem Komudą
Aktualności
ProMedia (Szczecin, al. Wojska Polskiego 2)
Spotkanie z Andrzejem Ziemiańskim
Aktualności
Mediateka Góra Mediów (al. Wojska Polskiego 9; Zielona Góra)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!