Adam Cebula „W gruncie rzeczy wróżba”

Felietony Adam Cebula - 19 kwietnia 2016
kot_sredni0

Foto: Adam Cebula

Komputer twoim oknem na świat we wszelkich jego aspektach, czyli Adam Cebula przetrząsa zakamarki globalnej sieci.

Nie wiem, czy kojarzenie ze sobą bardzo odległych faktów jest dobre, czy złe. Myślę, że za każdym razem trzeba się przyglądać, co z tego wynika. Możemy się wpuścić w maliny, ale także możemy wyciągnąć ciekawe i pożyteczne wnioski. Możliwe, że efekt będzie, co do wartości, gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnymi opcjami, choć jedno jest raczej pewne: jeśli zajmujemy czymś raz od Sasa, raz od lasa – rozumowanie musi być ryzykowne.

Są zdarzenia, o których pisanie jest niebezpieczne samo w sobie. Nie potrzeba nic innego, samo o nich wspominanie naraża autora tekstu na śmieszność. Otóż w sieci, jak się zdaje, rozpętała się burza w szklance wody. Myślę tu o opisywanym już nie tylko u nas felietonie „Kwestia zinów” opublikowanym na portalu „Nowej Fantastyki”.

Pisanie o nim grozi śmiesznością, bo piszemy na łamach owego e-zinu, ale nie tylko. Autor postawił nas bowiem w bardzo trudnej sytuacji. Tak trudnej, że ledwie zasygnalizowawszy inspirację, lepiej czmychnąć ku owemu dalekiemu skojarzeniu: zjawisku fanboya.

Nie wiem, na ile poprawne jest znaczenie wzmiankowanego słówka, którym chcę się posłużyć. Tym mianem na niektórych forach dyskusyjnych określa się internautów, którzy kochają jakaś firmę, kibicują jej, jakby była drużyną piłkarską naszego miasta, a może nawet bardziej wiernie. A to w tym sensie, że o ile przegrany mecz jednak trzeba uznać za porażkę, w przypadku fanboya firmy wszelkie zdarzenia (dobre, złe, obojętne) bywają interpretowane jak jedno pasmo sukcesów.

Choć siedzę w sieci właściwie od jej początków w Polsce, tak dawno, że trudno dłużej, odkrywałem to zjawisko i z niedowierzaniem, i – na skutek pewnych przyzwyczajeń z realu – z dużym opóźnieniem w stosunku do młodszych ode mnie. Zwyczajnie w głowie nie mieściło mi się coś takiego, żeby kochać jakąś markę. Właśnie, bardziej chyba chodzi o markę, niż firmę czy koncern. Marka, czyli logo, zespół reklamowych sloganów tworzonych przez jej marketingowców, zespół legend na temat właściwości produktów, pewien charakterystyczny sposób dowodzenia wyższości wyborów, tych którzy… No właśnie… Chyba jednak NIE nabyli tego magicznego produktu. Oni zdecydowali się mu kibicować.

Jest pewna firma fotograficzna, która faktycznie robiła i robi bardzo dobre aparaty i obiektywy do nich. Są one (pewnie) znakomite, ale ‒ nie tylko w mojej opinii ‒ stosunek ich ceny do jakości jest karkołomny. Do tego jakość jest dobra, ale nie najlepsza, szczerze mówiąc, nie oceniona. Właśnie taka, a nie „nieoceniona”. A to z tego powodu, że firma stara się omijać portale konsumenckie, które poddają produkty badaniom, prowadzą obiektywne fizyczne pomiary ich właściwości. Nie wdając się w szczegóły i nie prowokując niepotrzebnie prawników, trzeba powiedzieć, że zaporowa cena sprzętu sprawia, że trudno go faktycznie użytkować, nawet gdy możemy sobie na niego spokojnie pozwolić, bo złodziejowi opłaci się dać nam nam w łeb. Można z dużym prawdopodobieństwem zaryzykować stwierdzenie, że jeśli ktoś rozpływa się w zachwytach, to albo widział to cudo na półce w sklepie, albo na zdjęciach w katalogu, albo – przypadek najbardziej niezwykły – ma to w domu. Ale nie używał. Tak czy owak, zachwyty są mocno teoretyczne.

Mógłbym jeszcze wymienić kilka kierunków aktywności fanboyów z obszaru fotografii. Kochają określone rozwiązanie techniczne: duże albo małe matryce (co się zasadniczo wyklucza), obiektywy manualne albo wręcz przeciwnie (cokolwiek to znaczy). Są entuzjastami bezlusterkowców. Ostatnia frakcja może być przykładem pewnej socjologicznej cechy fanboya: jest hejterem. Czyli stara się wmówić wszystkim wkoło, że dopuszczanie myśli, by jakiekolwiek inne niż przez niego uznane za słuszne rozwiązania techniczne są szkodliwe, głupie, et cetera, i tak dalej, i temu podobne. Z nie do końca zrozumiałego dla mnie powodu „bezlusterkowcy” usiłują wmawiać posiadaczom innych aparatów, że są be, głupi, a producenci ich sprzętu powinni zaraz zbankrutować.

Praktycznie fanboy zajmuje się hejtowaniem. Owszem, hejtuje w kontekście miłości do kochanego logo, najlepszej na świecie marki, ale głównie hejtuje. To znaczy wygaduje możliwie najgorsze rzeczy, ale oczywiście bez uzasadnienia, na wszystko, co nie mieści się w jego światopoglądzie. Stara się sięgać po jakieś argumenty, na przykład cytuje techniczne parametry, wyniki pomiarów, usiłuje się posługiwać niezbitą logiką, lecz zazwyczaj wychodzi z tego emocjonalny bełkot techniczny, z którego można odczytać jedynie ową ślepą miłość do marki.

Oraz irytację graniczącą z furią, że ktokolwiek ma czelność negować jedynie słuszne marketingowe prawdy. Fanboy ma wiernych towarzyszy. Rzecz charakterystyczna, zazwyczaj gdy pojawi się na internetowym forum, to albo zamilknie, słysząc zbiorowe pukanie się w czółko, albo, jeśli znajdzie się choć jedną bratnią duszę, będzie walczył o swoje prawdy aż do wiecznego bana. Wystarczy, że pojawi się ktoś choćby częściowo przytakujący ‒ kolejne zjawisko sieciowe ‒ a rychło zacznie gęgać w dokładnie tym samym tonie, tymi samymi argumentami i z taką samą zajadłością co prowodyr.

Skoro wdepnąłem w zjawiska bardzo odległe od punktu wyjścia moich dywagacji, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden fakt z życia sieci. Opisał go portal www.swiatobrazu.pl. Link do tekstu http://www.swiatobrazu.pl/dlaczego-anonimowe-ocenianie-zdjec-nie-jest-miarodajne-24022.html. Otóż na innym portalu, gdzie między innymi można przechowywać i udostępniać swoje zdjęcia, powstała grupa DeleteMe!, która zajęła się poszukiwaniem zdjęć, powiedzmy skromnie, idealnych. Jej uczestnicy z pewnością musieli się wykazywać i wielką wrażliwością plastyczną, i ogólną wiedzą artystyczną, i doskonałą znajomością technik fotograficznych.

Znany z imienia i nazwiska użytkownik portalu Flickr, Andre Rabelo, wysłał do grupy pewne zdjęcie, które zostało, powiedzmy to bez ogródek, zjechane i wyrzucone z szacownego grona dzieł fotograficznych. Pozwolę sobie sprawę skomentować trochę inaczej niż autor tekstu na portalu „Świat Obrazu”. Ludzie pretendujący do miana znawców fotografii okazali się zwyczajnymi dyletantami. Kompletnymi ignorantami. Pomijam tu wiedzę ogólną o plastyce, w szczególności wyrobienie gustu, wrażliwości plastycznej. Wszystko to w tym konkretnym wypadku nie miało najmniejszego znaczenia. Rzecz w tym, że wrzucona fotografia to klasyka. Coś, na czym się uczymy. Jeśli tego nie znasz, to znaczy, żeś nie podjął żadnego wysiłku, by rozumieć fotografię. Już o tym pisałem, to mniej więcej coś takiego, jakby za ocenę opowiadań fantastyczno-naukowych brał się człowiek, który nie czytał Lema, albo powieści awanturnicze z marsową miną i mentorskim tonem recenzował człowiek, który nie tknął sienkiewiczowskiej trylogii.

Autorem zdjęcia jest Henri Cartier-Bresson, zaś samo zdjęcie nie należy bynajmniej do jakichś jego mniej znanych prób, to pewnie jedna ze stu najbardziej znaczących fotografii (ależ oczywiście, są różne zestawienia), które ukształtowały współczesną sztukę malowania światłem. Autor jest współzałożuycielem słynnej agencji fotograficznej, ale ‒ co o wiele ważniejsze ‒ uznawany za twórcę kierunku, od którego wywodzą się współczesny reportaż, fotografia uliczna i jeszcze co najmniej kilka innych nurtów. To on jest twórcą często cytowanej zasady „decydującego momentu”. Jeśli chodzi o sławę, może wyprzedza go Robert Capa, lecz nikt, kto chce uchodzić za choć trochę zorientowanego w fotografii, nie może go nie znać.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Political niefiction”
Felietony Adam Cebula - 14 maja 2018

Nie ma jak dreszczowiec – nic lepiej nie przyciąga publiki. Czym żyją tzw. media?Pewna…

Adam Cebula „Matrix, matrix wszędzie!”
Felietony Adam Cebula - 27 października 2017

Pewnie to już kilka razy pisałem: za młodych lat brakowało mi filmów…

Adam Cebula „Error displaying the error page”
Felietony Adam Cebula - 1 czerwca 2018

Nie jest to jakaś fantazja, nie cytat z kabaretu czy też filmu SF. To prawdziwy komunikat, który można przeczytać,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!