Emil Gieras „Piękny dzień” (2)

Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

– Następny, proszę!

Podaję przedramię.

– Mariusz Kowal, obywatel trzeciej kategorii.

Skan, bramka, alarm.

– Rozrusznik typu ZR-201C. Mam go prawie od urodzenia.

– Wiemy, wiemy. Miłego dnia.

– Miłego.

Ot, życie.

Pamiętacie o punkcie zwrotnym, o którym mówiłem wam w moim pierwszym mnemowpisie? Cóż, nie byłem zbyt precyzyjny. Tak, zrozumiałem, po co zostałem powołany do życia, pojąłem, czemu chodzę po tym padole. Tak, dotarło do mnie, kim jestem, jaki jest sens mojej egzystencji. Jednak dopiero dziś rano poczułem impuls pchający do działania, wskazujący wyraźny cel, rozwiewający wszystkie wątpliwości. No, prawie wszystkie.

Przerażające i wspaniałe uczucie. Mówię wam.

Mijam ostatnią bramkę przed samym Lagoon Tower i już jestem w pracy. Winda dowozi mnie na dziesiąte piętro do Działu Jakości – mojego działu. Piętro pachnie herbatą i cytrusami. Klaudia – nasza recepcjonistka siedząca za lekkim ażurowym biurkiem – wita mnie wyuczonym uśmiechem. Nigdy nie rozmawialiśmy na inne tematy niż zawodowe, ale wydaje mi się, że jest miłą dziewczyną.

– Miszu już w pracy? – pytam, choć mam sygnał, że jest nieopodal.

– Tak. Przekazać, że idziesz?

– Jeśli możesz, poproś też Mirka Żyńskiego. W razie czego przypomnij mu, że byliśmy umówieni.

Mijam jej biurko i idę korytarzem w stronę masywnych drzwi zdobionych złotą pajęczyną – ponoć alegorią jakiegoś odległego układu planetarnego.

Wchodzę bez pukania. Szef wita mnie karykaturą uśmiechu.

– Cześć – mówi ciepłym, sympatycznym głosem tak niewspółgrającym z resztą jego osoby. – Rozumiem, że to dzisiaj mamy to spotkanie?

Przytakuję.

Miszu jest jednym z nich – zdobywców i władców nowego świata, przybyłych tak naprawdę nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy. Przez dekady infiltrowali ludzkie społeczności, gromadzili kapitał, przejmowali władzę. Aż w końcu pewnego pięknego dnia – może równie pięknego jak dzisiaj – ujawnili się. Ludzkość przeżyła szok, kiedy ze zgrozą uświadomiła sobie, że Ziemia została podbita przez obcą cywilizację. Tylko że już nikt nie mógł nic zrobić. Obcy posiedli władzę absolutną.

– Usiądź proszę, a skoro i tak czekamy na Mirka, zjem coś. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, ale… Rozumiesz, jeszcze nic dzisiaj nie jadłem.

– Nie krępuj się.

Miszu przetoczył swe ogromne, galaretowane cielsko po gabinecie. Wyglądał niczym ożywiony obłok z sennych koszmarów lub bajek na Cartoon Network.

Obcy, jeśli chcieli, potrafili wbić swoje miękkie ciała w rodzaj humanoidalnego kombinezonu, który doskonale imitował przedstawicieli ludzkiego gatunku, może niezbyt zgrabnych, może niezbyt szczupłych, ale jednak. Początkowo paradowali w tych garniturach bez przerwy, lecz powoli, stopniowo przyzwyczajali społeczeństwo do swojego prawdziwego wyglądu, do amorficznego, szarego cielska, bez przerwy falującego, nabrzmiewającego i kurczącego się, do dziesiątek nibynóżek wyrastających i chowających się na zawołanie w fałdach obrzydliwego puddingu.

Teraz, po latach rządów i oswajania podbitej ludności obnoszą się już ze swoją odmiennością prawie w całej okazałości. Prawie, to znaczy z jakichś względów pozostawili ludzkie twarze, zagnieżdżone gdzieś pośrodku szarej, falującej masy. Zawsze były to twarze mężczyzn – choć sami rozmnażali się bezpłciowo, wśród ludzi ewidentnie upodobali sobie płeć męską. Może bardziej się z nimi utożsamiają? Zawsze były to piękne i uśmiechnięte twarze, zawsze młode. Zawsze groteskowe.

– Mam rozumieć, że masz jakiś problem z Mirkiem? – Szef podpływa na idealnie skoordynowanych nibynóżkach do zacienionego rogu gabinetu. Rozbrzmiewa cichy syk i fragment podłogi rozsuwa się, ukazując ogromną kadź wypełnioną różowawą, bulgoczącą breją. Pachnie ananasami. Obcy zanurza się w niej do połowy, a na jego twarzy maluje się iście anielski błogostan.

– Jeśli chodzi o tę aferę z Microfuss Ltd., to się nie przejmuj – mówi, popatrując na mnie spod przymkniętych powiek. – Wiem, że nie ty zawaliłeś.

– Wolę wyjaśnić to w trójkę.

– Rozumiem.

Zanurza się głębiej. Mruczy cicho. Rozkoszuje się smakiem. Dobrze, że nie jestem w stanie się porzygać. Sensory komunikują mi, że różowa breja składa się w głównej mierze z ludzkiej krwi i innych ludzkich tkanek, pozostały niewielki procent to jakieś chemikalia konserwujące i katalizujące. Nie jestem zszokowany. Od lat docierały do nas kontrolowane przecieki, co i rusz pojawiały się nowe artykuły w tak zwanych niezależnych mediach o tym, jakoby przybysze żywili się zmarłymi. Oficjalnie władze wszystkiemu zaprzeczały, ale jednocześnie pojawiła się nowa narracja, nowy sposób myślenia kreowany przez usłużnych dziennikarzy i publicystów. A nawet jeśli, to co? Biorąc pod uwagę wszystko, co im zawdzięczamy, dobrobyt, światowy pokój, czyste powietrze. Jeśli za to wszystko mieliby konsumować naszych zmarłych, to chyba nie nazbyt wysoka cena. Przecież nikomu nie dzieje się krzywda. Tak mówili.

Sęk w tym, że to nieprawda.

– Wiesz, że masz we mnie wsparcie? – pyta retorycznie. Zaspokoił chyba już pierwszy głód, gdyż rozkosz nie maluje się już w takim natężeniu na jego ludzkiej masce. – Przez ten rok pracy tutaj przyczyniłeś się do znaczącego rozwoju spółki. Doceniam twoją pomysłowość i zaangażowanie. Czytanie twoich KPI to czysta przyjemność, a projekt AVOCADO dla naszego Contact Center to strzał w dziesiątkę. Ufam ci i wierzę, że będziemy mieli z ciebie jeszcze wiele pożytku.

Uśmiecham się.

Coraz trudniej ludziom wierzyć w mitycznych bandytów, w jakieś mroczne ugrupowania wyrosłe na gruzach organizacji faszystowskich czy tym podobnych. Coraz częściej ludzie mówią o porywaniu i mordowaniu nas przez nowych władców świata. Niektórzy podejrzewają ich nawet o ludożerstwo. Ja nie podejrzewam, ja wiem. Prawda jest taka, że ich metabolizm potrzebuje do życia organizmów takich jak nasze, najlepiej świeżych, napompowanych hormonami i z działającymi genami. Czy nie mogliby stworzyć syntetycznego odpowiednika? Może rzeczywiście nie, a może po prostu nie widzą takiej potrzeby.

Przyznać im jednak trzeba, że poskramiają swoje apetyty i zabijają stosunkowo rzadko, jednego człowieka na dwójkę przybyszy dziennie. Możliwe, że nadal nie czują się stuprocentowo pewni swojej dominującej roli na Ziemi, a może przez lata życia wśród ludzi poczuli do nas odrobinę sympatii. Trudno osądzić. Faktem jest, że rzeczywiście w ich obrzydliwych zupach dominują nieboszczycy zwinięci z prosektorium czy szpitala. Zawsze jednak musi znaleźć się tam przynajmniej trochę „świeżaka”. Dowody zebrane przez wywiad nie pozostawiają w tym temacie żadnych złudzeń.

Wiem, że porwani nieszczęśnicy przed śmiercią poddawani są różnym zabiegom. Zdecydowana większość jest najzwyczajniej w świecie torturowana, innych stymulują seksualnie, rozśmieszają, karmią czekoladą i słodyczami. Czy zatem traktują nas i produkty naszych gruczołów niczym przyprawy? W takim razie zarzynają nas dokładnie tylu, ilu potrzebują.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Tomasz Jarząb „Wola życia”
Opowiadania - 5 marca 2018

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”
Opowiadania - 21 maja 2018

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!