ISSN: 2658-2740

[FRAGMENT] Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka” (2)

Fragmenty Tomasz Gnat - 2 grudnia 2019
Tytuł: "Braciszkowie niebożątka"
Autor: Tomasz Gnat,
Seria wydawnicza: Behemot
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 27 listopada 2019
Liczba stron: 304
Format: 20,5x13,5 cm
Oprawa: broszurowa,
ISBN (papier): 978-83-245-8406-2
Cena (papier): 39,90 zł
Więcej informacji: Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka”
Recenzje fantastyczne: [RECENZJA] „Braciszkowie niebożątka” Tomasz Gnat

Gdy dwójka stała nadal przy wejściu, zabójca karalucha ruszył w stronę kontuaru. Mordechaj już od wejścia mierzył go złowrogim spojrzeniem. Jan jednak znał knypka na tyle, by dostrzec, że pod zawodową niechęcią ukrywał coś jeszcze – lęk, odrazę, gniew…? Magazyn i dama z rozkładówki zostały odłożone na bok, a w ręce karła pojawiło się wieczne pióro z okrutnie ostrą stalówką, nie wiedzieć, czy dla precyzyjniejszego wypełniania blankietów, czy do obrony własnej.

– Jestem komisarz Wyżnik, a to aspiranci Mocny i Żagiew – przedstawił towarzyszy wróg plemienia robaczego, wskazując kolejno na głaz przy wejściu i zjawisko w bieli. – Jesteśmy z poruczenia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kto tu pełni obowiązki dyżurnego ruchu?

– Ja – oznajmił Mordechaj.

– Będziemy potrzebowali dostępu do telegrafu.

– Nie działa – zaburczał pod nosem dyżurny ruchu. – Wczoraj się zepsuł i nie działa.

– A kiedy będzie działał?

– Jak ktoś naprawi.

Mordechaj wyraźnie odzyskał rezon. Lata doświadczenia w byciu wrzodem na dupie przeważyły nad lękiem, który odczuwał na początku. Uśmiech komisarza Wyżnika stał się już wyraźnie wymuszony.

– A kto jest odpowiedzialny za naprawę? – zapytał, zgrzytając zębami.

– Ja – odparł zadowolony z siebie Mordechaj i dodał, drapiąc się po brzuchu: – ale teraz nie mam czasu, bo pełnię obowiązki dyżurnego ruchu.

Komisarz Wyżnik mierzył go przez chwilę zmęczonym wzrokiem, po czym bez słowa wrócił do swoich towarzyszy. Rzucił coś ściszonym głosem. Drugi mężczyzna odpowiedział basowym mruknięciem, a kobieta westchnęła cierpiętniczo. Widać jednak, że zrozumieli, torby podróżne położone zostały na podłodze i oboje skierowali się w stronę kontuaru, za którym siedział p.o. dyżurnego ruchu. Tymczasem komisarz Wyżnik na nowo przykleił do twarzy uśmiech i w tym przebraniu podszedł nieśpiesznie do ławy, przy której sterczał Jan. Stanął przed nim bez słowa, niby od niechcenia, a jednak z premedytacją zasłaniając widok na kryjówkę dróżnika.

– Widzisz pan, jakie to teraz czasy nastały. Społeczeństwo narzeka, że za dużo biurokracji, że pięć biurw jeden stołek grzeje, a tu widać jednak brakuje pracownika.

Komisarz Wyżnik wyłuskał z wewnętrznej kieszeni marynarki blaszaną papierośnicę i zaprezentował ją wyćwiczonym ruchem. Jan automatycznie sięgnął po oferowanego papierosa i wymamrotał podziękowanie. Odpalił od podanego ognia i zaciągnął się głęboko, nerwowo szukając bezpiecznej odpowiedzi. Wyżnik nie schował zapalniczki, ale zaczął ją z wirtuozerią obracać w palcach i przekładać nad knykciami. Srebrny sześcian to pojawiał się, to znikał w jego dłoni. Pokaz i poza przemawiały wyraźnie: patrz no tutaj, obywatelu; to, co za nami, nie jest twoim problemem. Mimo że Jan podobne pokazy znał i przekaz rozumiał, tępa ciekawość nie pozwalała nie zerknąć nad ramieniem komisarza. Bazaltowa statua zamarła pochylona nad kratami, biała zjawa stała wyprostowana, kropla potu spływała z jej skroni, ryjąc ścieżkę w podkładzie pudru. Mimo bezruchu obu postaci było w tym impasie wolno rosnące napięcie, jak struna naciągana powolnym ruchem grała coraz to wyższą nutę.

Nabrać w płuca gorącego dymu raz jeszcze, pomyślał Jan, uniknąć wdawania się w rozmowę, obserwować, jak się sytuacja rozwinie. Jeszcze chyba nic mi nie grozi, nie moje przewinienie. Mordechaj w łeb pałką dostanie, to pewnie od razu zmieni nastawienie. Jan już widywał nakłanianie do współpracy, ale by tak brata urzędnika do porządku doprowadzać w obecności obywateli, to coś nowego. Ciekawie popatrzyć, spokojne sumienie gapia. Na razie to władza swoje brudy pierze, a postronny może choć obśmiać bielejący znad opuszczonych spodni tyłek systemu. Komisarz spostrzegł, że karczemne sztuczki nie wystarczą, trzeba uwagę obywatela zwrócić na jego własny problem kontaktu z władzą.

– A pan gdzie podróżuje? Interesy, przyjemność? – zagaił, przesuwając się o pół kroku do przodu, z wyraźną inwazją w przestrzeń osobistą rozmówcy.

– Jadę do stolicy – odparł Jan szybko.

Za plecami komisarza nadal panował dziwny bezruch, ale naciągana struna zaczęła drżeć ledwo wyczuwalnym tonem.

– A co Ministerstwo Spraw Wewnętrznych robi na przysiółku? – rzucił Jan z udawaną nonszalancją. – Znowu ewidencja ludności?

– A nie, nie. My akurat jesteśmy z Wydziału Metafizyki – zripostował tamten, wpatrując się z nagłą intensywnością w rozmówcę.

– Bogobójcy… – szepnął Jan mimowolnie i zbladł na widok grymasu komisarza.

Grymas jednak szybko zniknął, powrócił obowiązkowy uśmiech, tylko oczy nadal wwiercały się w rozmówcę.

– A co pana do stolicy wiedzie?

– Na pogrzeb jadę – odpowiedział Jan, za szybko, za nerwowo.

Rzut okiem za plecy komisarza. Coś zaczęło się tam dziać, podprogowy pisk struny sprawiał, że drobiny kurzu wirowały szaleńczo w smudze bladego światła wpadającego przez okno.

– A, to moje kondolencje. Pan miejscowy?

A temu po co wiedzieć? Zaraz, a co bogobójcy tu na prowincji robią? Przecież po coś musieli przyjechać, za czymś węszą. Chyba nie tamte sprawy przedwieczne, pogrzebane, zamknięte? Nie, na pewno nie. A więc tylko pewnie pan komisarz uprawia zwykłe urzędowe zastraszanie przez nadmierną ciekawość.

– Tak, miejscowy, w szkole uczę.

– O, intelektualista. I to widać nie byle jaki, skoro z Uniwersytetem obeznany. – Uśmiech komisarza stracił na sztuczności, zyskał za to coś z wyszczerzonego pyska ogara, co zwęszył krew.

Skąd on, do cholery…? Herb, zatarty i ledwo w tym półmroku widoczny, natychmiastowa zła karma za odpoczywanie bagażu. A więc nie tylko pusta ciekawość. Tamten instynktownie wyczuł, że coś jest nie tak. Jan zaczął desperacko szukać jakiejś odpowiedzi. Komisarz nie przerywał ataku.

– A ja akurat wiem, że akademię ostatecznie opuścił profesor Ochorowicz, emeritus od lat kilkunastu. Pan były student… czy może współpracownik dawny?

– Ja…

Ostry ból przeszył nagle dłoń. Zapomniany papieros sparzył palce i Jan odruchowo go wyrzucił. Kometa żarząca ogonem przeleciała nad posadzką, nad pagórkami śmiecia, nad truchłem karalucha wędrownika. Krzyk bólu i pękła struna. Pisk z podprogowego przeskoczył od razu w najwyższą oktawę. Trzasnęło pękające szkło.

Obraz zamarły w bezruchu eksplodował na kilkanaście fragmentów, każde studium malowane drapieżną kreską jaskrawego światła bijącego od postaci kobiety. Okulary przyciemniane rozpryśnięte, wywrócone białka oczu, wykrzywione w grymasie usta, a w nich rodził się skowyt. Wyżej i wyżej, wycie podnosiło twarz ku sklepieniu. Padała na kolana w brud posadzki, ręce uniosła w obronnym geście. Spod sufitu w odpowiedzi zaczęła sączyć się maź smołowa, wolno, jakby badając nieznane sobie prawa grawitacji. W mazi ostre dzioby, spiczaste pióra, zajadłe szpony kotłowały się i przelewały – głodne, wrogie, obce. Struga spływała w dół, rozchlapując po posadzce czarną kałużę. Zaczęła rosnąć, formować, wypuszczać szponiasto-dziobate macki, które pełzły bliżej i bliżej ku klęczącej kobiecie. Zawodzenie ustało, usta na darmo próbowały złapać oddech. Powietrze ołowiane przejęło od tej mazi coś ze śliskiego ciężaru, wypełniało płuca sadzą. Po posadzce, skrobiąc i stukając jak nożem po szkle, szpon, dziób i kostka zatopione w mazi drapały i pełzły.

– Co żeście, kurwa, narobili?! – wykrzyknął Mordechaj i zeskakując ze swojego zydla, zniknął za kontuarem.

Aspirant Mocny zbudził się z otępienia i przez chwilę widać było, że walczy z dylematem, gonić tamtego czy pomagać tutaj. Wybrał to drugie. Szarpał chwilę za zapięcie marynarki. Niecierpliwie zerwawszy guzik, dobył krótkiej drewnianej pałki i runął w stronę smolistej potworności. Raz obruszona w dół lawina nabierała pędu, gromadziła siły w swym impecie, by z potężnego zamachu walnąć w najbliższą mackę pełznącą po podłodze. Czarna jucha bluznęła dookoła i macka eksplodowała fetorem starej padliny, rozsypując wokół wyschłe truchła ptasie. Aspirant Mocny chciał wznieść pałkę do kolejnego ciosu, ta jednak przywarła do posadzki i na nic prężył się granitowy biceps. Broń sterczała pod dziwnym kątem, przyklejona do podłogi.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Krzysztof Jagiełło „Piast Mściciel”
Fantastyka Krzysztof Jagiełło - 19 kwietnia 2019

Informacja o książce „Piast Mściciel”, której autorem jest Krzysztof Jagiełło.

SeeIT, FeelIT, BelieveIT

„SeeIT” jest bardzo dobrą powieścią science-fiction, godną polecenia miłośnikom twórczości George’a Orwella,…

[Recenzja] „Słowodzicielka” Anna Szumacher

W „Słowodzicielce” jest więcej elementów, które mogą nasuwać skojarzenia z warsztatem Pratchetta.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!